• facebook
  • rss
  • Odpowiedź wymaga odwagi

    dodane 24.05.2012 00:11

    Z ks. Zygmuntem Zapaśnikiem, ojcem duchownym w Wyższym Seminarium Duchownym w Paradyżu, rozmawia
Krzysztof Król.


    Krzysztof Król: – Jak było z księdza powołaniem?


    Ks. Zygmunt Zapaśnik: – Jako młody chłopak nie myślałem o tym. Regularnie praktykowałem, ale nigdy nie byłem ministrantem i nie angażowałem się bardziej w życie Kościoła. W klasie maturalnej moja mama miała poważny wylew i była częściowo sparaliżowana. Wtedy kierowałem do Pana Boga takie „obiecanki”, że jeśli wyzdrowieje, pójdę do seminarium. Choroba się cudownie cofnęła, ale ja szybko stwierdziłem, że Pan Bóg nie może chcieć takich obietnic pod wpływem traumatycznych przeżyć. Jednak myśl o powołaniu wciąż mi towarzyszyła. Chciałem iść na historię na KUL. Szukałem informacji na ten temat i trafiłem do ówczesnego wikariusza parafii Najświętszego Zbawiciela w Zielonej Górze, ks. Edwarda Dajczaka. On nie mógł się skontaktować z nikim z Lublina, więc spotykałem się z nim kilkakrotnie i zawsze mi opowiadał o swoim przeżywaniu kapłaństwa, ale nigdy nie stwierdził, że ja mógłbym zostać księdzem. Za którymś razem powiedziałem, że nie potrzebuję już tych informacji, bo idę do seminarium.


    Pewnie nie ma gotowego przepisu ma rozeznanie powołania, ale na co warto zwrócić uwagę?


    – Kapłaństwo to tajemnica i każde powołanie to indywidualna historia. Na pewno trzeba przyjrzeć się swoim pragnieniom i ich motywacjom. Moje powołanie nie może być ucieczką od świata, ale chęcią niesienia temu światu Ewangelii. Dlatego rozeznając je muszę siebie samego zapytać, na ile chcę być z ludźmi i dla ludzi, od których kapłan nie może uciekać. Powołanie jest zgodą na życie samotne, ale ta samotność nie może być wyizolowaniem od innych. To samotność z której wychodzi się ku ludziom. Ważne jest też osobiste rozeznanie na modlitwie. Nie bez znaczenia są opinie innych osób. Może w nim pomóc także kapłan, który oczywiście nie podejmie za nikogo decyzji, ale może dać wiele cennych wskazówek.


    Co powiedziałby ksiądz osobie, która wyraźnie słyszy w swoim sercu wezwanie do kapłaństwa, ale ma wątpliwości?


    – Powiedziałbym: „Zaryzykuj”. Jeśli człowiek uczciwe podejdzie do życia seminaryjnego, to nigdy nie będzie to czas zmarnowany. Jeśli nie jest to ta droga, a ktoś zaryzykował i odejdzie, to będzie w spokoju mógł sobie powiedzieć: „Spróbowałem”. Jeśli tego nie zrobi, to pytanie może powracać jak bumerang. Często jest presja, że jak już ktoś poszedł, to nie może się wycofać, bo będzie wstyd. Nic bardziej mylnego, ponieważ seminarium to także czas rozeznawania. Gdy wstępuje się do niego, żadna klamka nie zapada, ale przez prawie pięć lat kleryk – przez modlitwę, osobistą refleksję, której sprzyjają rekolekcje czy dni skupienia, towarzyszenie duchowe przez ojca duchownego czy też przez rozmowy z przełożonymi – weryfikuje swoją decyzję i poddaje ją również weryfikacji Kościoła.


    Czy nagłaśniane w mediach problemy i kryzysy księży mają istotny wpływ na zgłaszających się?


    – Odpowiedź na powołanie wymaga dzisiaj dużo odwagi od kandydatów. Kiedyś może bardziej uważano bycie kapłanem za coś nobilitującego. Dzisiaj to jest raczej zgoda, że będę znakiem sprzeciwu. Trzeba uczciwie powiedzieć, że nie bez znaczenia jest negatywna kampania w mediach, które pokazują kapłanów bardzo często w złym świetle. Tymczasem pozytywnych przykładów kapłańskiego życia nie brakuje. Oczywiście zdarzają się negatywne, a nawet sytuacje odejścia z kapłaństwa. Kryzysy w kapłaństwie, podobnie jak w małżeństwie, istnieją. Nie muszą one oznaczać od razu tragedii. Są często czymś twórczym, bo zmuszają do postawienia na nowo pytań i wzmocnienia swojej motywacji. W tym przypadku do jeszcze bardziej świadomego szukania Boga.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół