• facebook
  • rss
  • Wiatr w żagiel

    dodane 05.07.2012 00:00

    – Uwielbiam pływać na desce i chciałbym to robić do końca życia. To dla mnie życiowa pasja, niesamowita frajda, odskocznia od codzienności i poczucie spełnienia – twierdzi Piotr Burchardt.

    Deska, maszt, żagiel, bom, przedłużka – powtarzam to do znudzenia, wsiadając do samochodu, żeby nad wodą nie okazało się, że przyjechałem na darmo – mówi z uśmiechem Piotr Burchardt z Zielonej Góry, który od 15 lat uprawia windsurfing. Najprostsza definicja to: sport wodny uprawiany przy użyciu deski i przymocowanego do niej żagla.

    Proboszcz uczy surfować

    Pierwszy raz na takiej desce stanął w rodzinnej Przytocznej. Chodził wtedy do drugiej klasy liceum. – To było ściśle powiązane z moim nawróceniem się. Wywodzę się z rodziny katolickiej, ale do kościoła chodziłem tylko z tradycji. Siostra namówiła mnie do udziału w kursie „Filip”. I nagle poznałem Pana Boga i zobaczyłem, że moje życie nie musi być szare – opowiada Piotr. Pływać na desce nauczył go ówczesny proboszcz Przytocznej ks. Piotr Mazurek.

    – Jak pierwszy raz stanąłem na desce, to momentalnie dostałem kręćka na punkcie tego sportu – wyjaśnia Piotr Burchardt i kontynuuje: – Pierwsze próby wyglądały tak: stajesz na desce i wpadasz do wody, stajesz i wpadasz, i tak w kółko przez kilka dni. Chodziło o to, żeby stanąć na desce, wyciągnąć żagiel i utrzymać równowagę. Z czasem trzeba jeszcze zacząć próbować płynąć. Dopiero po opanowaniu podstaw zacząłem myśleć, jak ustawić żagiel do wiatru, aby jak najlepiej płynąć.

    Miałem stracha

    Zielonogórzanin najczęściej pływa w Niesulicach, a jak przyjeżdża do rodziców, to na Jeziorze Lubikowskim. – Bardziej mi odpowiada płaska woda, ale morze też lubię. Jak jeszcze nie miałem samochodu, to pakowałem deskę i żagiel do autobusu PKS i jechałem nad morze. Oczywiście tam się inaczej pływa, bo jest duża fala. Dobre warunki są już przy wietrze cztery w skali Beauforta. Wtedy już jest wiatr ślizgowy – tłumaczy Piotr Burchardt. Przed wodą, a szczególnie przed morzem trzeba mieć respekt. Zielonogórzanin przekonał się o tym kilkakrotnie. – Kiedyś pojechaliśmy nad Zatokę Pucką. Czekaliśmy na wiatr 8 dni. W końcu był od brzegu. Wypłynąłem spory kawałek ok. 3–4 km w morze. Nagle patrzę, a z daleka zaczyna się zbliżać burza. Oczywiście postanowiłem wracać, ale przy zwrocie urwał mi się trzpień łączący deskę z żaglem i nie było mowy o dalszym płynięciu – opowiada Piotr. – Naprawdę miałem stracha. Zacząłem machać do ludzi i na szczęście podpłynął katamaran, który odholował mnie do brzegu.

    Głęboki oddech

    Pływanie pływaniem, ale na co dzień też trzeba wiatru w żagiel. Pomiędzy pracą i zwykłym zabieganiem Agnieszka i Piotr Burchardtowie mają swój małżeński sposób na głęboki oddech. Oboje należą do wspólnoty modlitewno-formacyjnej prowadzonej przez ks. Roberta Patro przy zielonogórskiej parafii św. Stanisława Kostki. – Co tydzień widujemy się na modlitwie, rozważaniu słowa Bożego i dzieleniu się. Co dwa tygodnie mamy spotkania w małych grupach w domu i przed Bożym Narodzeniem jeździmy na rekolekcje do Żar, a na przełomie maja i czerwca na weekendowy wypoczynek do Lubniewic – tłumaczy zielonogórzanin. – Wspólnota jest środkiem, dzięki któremu możemy trochę bardziej być w Kościele i doświadczać Pana Boga. Także bardziej mobilizować się do służby, rozwoju wiary i do modlitwy. To po prostu spotkanie z przyjaciółmi i z Bogiem. Dla mnie wspólnota to taki wiatr w żagiel. Życie od niedzieli do niedzieli to jest chrześcijańskie minimum, a z Panem Bogiem trzeba żyć na co dzień.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół