• facebook
  • rss
  • Azymut – słowo Boże

    dodane 19.07.2012 00:15

    Pielgrzymka z Arką Przymierza. Nie śpieszą się, bo i po co? Drogę, którą można by przejść pewnie w dwa, trzy dni, oni pokonują w tydzień.

    Chcą słuchać słowa i to nie byle jakiego, ale tego najpewniejszego.

    Każdy, kto był na Elżbietańskiej Pieszej Pielgrzymce z Żar do Rokitna, zapytany o to, co ją wyróżnia, odpowie w podobny sposób: rodzinny klimat. – Tutaj nie idzie dużo osób. Dzięki temu ludziom łatwiej dostrzec siebie, a zależy nam na budowaniu więzi – wyjaśnia odpowiedzialna za pielgrzymkę elżbietanka s. Inga Józków, która obecnie pracuje w Żarach, a pochodzi z Głogowa. – Kiedy mija siedem dni, to wszystkim jest trudno się rozstać, bo już dobrze się poznaliśmy – dodaje.

    Prowadzi ich Arka

    Charakterystycznych rzeczy na pielgrzymce, która w tym roku wyruszyła po raz dziewiąty, jest wiele. Każdego dnia pątnicy pokonują niewiele, bo około 20 kilometrów.

    – Dzięki temu mamy więcej czasu na różne zajęcia w grupach, a także spotkania z mieszkańcami – podkreśla s. Inga. Specyficzne dla tej wędrówki jest także to, że oprócz znaku pielgrzymki i krzyża z kwiatami czterech pielgrzymów w białych szatach niesie na czele symboliczną Arkę Przymierza z Pismem Świętym w środku. – Idziemy za słowem Boga. Chcemy, żeby Ono było takim azymutem naszego życia i wytyczało nam szlaki nie tylko na trasie z Żar do Rokitna, ale i w naszym codziennym życiu – podkreśla s. Inga. Pątnicy zaczynają dzień od Mszy św. i medytacji słowa Bożego. Co roku w wędrówce przyświeca im inny temat duszpasterski. Oczywiście teraz zgłębiają hasło: „Kościół naszym domem”. – Ludzie mają ogromny problem z tym, aby w Kościele poczuć się jak u siebie. Nie czują się często córkami i synami Ojca, który jest w niebie – zauważa ks. Roman Tomaszczuk, przewodnik duchowy pielgrzymki, a na co dzień redaktor naczelny świdnickiego „Gościa Niedzielnego”. – Przez te siedem dni próbujemy w ludziach pobudzić świadomość, że sakrament chrztu św. to nie tylko historyczne wydarzenie, ale coś faktycznego, co trwa i ma realny wpływ na naszą codzienność. Trzeba to wydobyć, bo jeśli to się uda, to wtedy znajdziemy swoje miejsce w Kościele, będziemy się w nim czuć dobrze i będziemy do niego wracać – dodaje.

    Weselicho pod chmurką

    Po sześciu latach przerwy w pielgrzymce poszła Milena Ramotowska, ale tym razem już w habicie elżbietańskim. – Byłam na trzech pierwszych pielgrzymkach jako świecka dziewczyna. Szłam do Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej, aby modlić się o swoje powołanie. Na tegorocznej pielgrzymce dziękuję za nie – za rok będę miała śluby wieczyste – wyjaśnia s. Milena pochodząca z Wałbrzycha. – Matka Boża z Rokitna to matka z wrażliwym uchem. Ona jest wyjątkowym znakiem dla współczesnego świata i podobnie jak Jej Syn jest zawsze gotowa wysłuchać i odpowiedzieć na pytania – dodaje. S. Milena wymodliła sobie dar powołania zakonnego, a jej imienniczka z pielgrzymki dar małżeństwa. Na trzeciej pielgrzymce przed Bogiem ślubowali sobie Milena i Kamil Caparowie. – Znaliśmy się już od dziecka, ale na tej pielgrzymce zostaliśmy parą, a później wzięliśmy ślub. Dlaczego na pielgrzymce? Tak czuliśmy – tłumaczy Kamil. – Była wyjątkowa atmosfera. Oprócz 140 osób z rodziny, było ok. 100 pielgrzymów i ok. 200 mieszkańców Kalska. Oczywiście było prawdziwe weselicho z tańcami na świeżym powietrzu – dodaje. W tym roku Milena jest w ciąży z drugim dzieckiem i małżonkowie, mieszkający w Połomie Małym koło Nowego Sącza, przyjechali tylko na jeden dzień. – Za każdym razem ta pielgrzymka jest dziękczynną za miniony rok i okazuje się, że każdy kolejny rok jest coraz lepszy – zapewnia Kamil, który urodził się i mieszkał w Żarach. – Znalazłem się na tej pielgrzymce dzięki mojej siostrze, a zarazem elżbietance s. Asumpcie, która była pomysłodawczynią tej pielgrzymki.

    Policjant idzie do Rokitna

    Ta wędrówka to konkretne świadectwo. Wciąż dołączają się nowe osoby, które spotkały pielgrzymkę na swojej drodze. Tak było w przypadku Piotra i Renaty Gaździewiczów i ich syna Mateusza z Nowogrodu Bobrzańskiego. – Pielgrzymi jedzą obiad w Krzewinach u mojej mamy. Obserwowaliśmy to wszystko i oczywiście jej pomagaliśmy. Za każdy razem, kiedy pielgrzymi przychodzili do nas, pytali: „Idziecie z nami?”. W końcu zdecydowaliśmy, że idziemy – opowiada z uśmiechem pan Piotr i kontynuuje: – Bardzo chciałem dojść na własnych nogach do Rokitna, ale nie udało się. Miałem chyba 32 odciski i krwawe rany na nogach. Ostatni etap już jechałem samochodem. Słyszałem, że ludzie chodzą aż na Jasną Górę, a ja – taki duży człowiek – nie dałem rady. Żałowałem i wyruszyłem drugi raz. Tym razem już doszedłem na własnych nogach. Zdaniem rodziny z Nowogrodu Bobrzańskiego pielgrzymka to dobry sposób na rodzinne spędzenie wolnego czasu. – Na co dzień natłok spraw związanych z pracą, a tu wyłączam się, zapominam o wszystkim, nie odbieram telefonów – mówi pan Piotr, który jest policjantem. – Tutaj naprawdę ładuję akumulatory na cały rok. Gdy powiedziałem w pracy, że idę na pielgrzymkę, to kolega zapytał: „Ile na tym zarobisz?”… – śmieje się. – Wiem jedno, na pewno zyskam duchowo.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół