• facebook
  • rss
  • Przygoda z wiosłem

    dodane 19.07.2012 00:15

    Kajakarstwo dla mnie to pasja, radość, rekreacja, część duszpasterstwa, a także odkrywanie obecności Pana Boga. Tego wszystkiego nie oddzielam – przyznaje ks. Robert Perłakowski.

    Wczoraj płynęliśmy Nysą Łużycką ośmioosobową grupą z parafii. Wcześniej byliśmy tam przy niższej wodzie, a wczoraj było trochę powyżej średniej. Na szczęście wszyscy byli dobrze przygotowani i poradzili sobie, choć jak zawsze przygód nie brakowało – opowiada ks. Robert Perłakowski, wikariusz parafii pw. Trójcy Świętej w Gubinie, o parafialnej wyprawie kajakowej z 10 lipca.

    Pływać z ludźmi

    Dla ks. Roberta przygoda z kajakiem zaczęła się już dobrych 15 lat temu na pierwszej parafii w Słubicach. – Kolega zorganizował kajaki, a ja zebrałem chętnych – tłumaczy ks. Perłakowski.

    Miłość do tego sportu zaczęła się już od pierwszego wiosła, a potem były kolejne spływy. – W parafii NMP Królowej Polski w Gorzowie Wlkp. zrobiłem spływ rzeką Drawą. Część uczestników jechała rowerami, a część kajakami, zmieniając się – tłumaczy ksiądz. – Potem na parafii w Pszczewie pływaliśmy z ministrantami i ich rodzicami na różnych rzekach. Później w Głogowie, a teraz tuta, w Gubinie – dodaje. Ksiądz Robert pływa kajakiem tylko w wolnych chwilach, zarówno po nizinach, jak i w górach. – Kajakarstwo górskie to wyższa szkoła jazdy, dlatego wziąłem udział w specjalnym szkoleniu na Dunajcu niedaleko Krościenka. Jedno i drugie kajakarstwo ma swój urok, ale dla mnie ma sens jedynie w grupie. Próbowałem pływać sam, ale zdecydowanie wolę zespołowo – zauważa.

    Pokora wobec wody

    Kajakarstwo przydaje się w duszpasterstwie. – Z pozoru to tylko turystyka, ale przecież między ludźmi tworzą się więzi – zauważa ks. Perłakowski, który zachęca do organizacji spływów w parafiach. Trzeba jednak bezwzględnie pamiętać o bezpieczeństwie. – Kamizelki ratunkowe muszą być założone i zapięte. Często ludzie w ogóle nie zakładają tej ochrony, bo tłumaczą się, że potrafią pływać. Ale ona jest niezbędna w razie nagłego wpadnięcia do wody, bo wynurza człowieka na powierzchnię – wyjaśnia ksiądz. – Trzy żelazne zasady to: po pierwsze zapięte kamizelki, po drugie pływanie z doświadczonym kajakarzem i wreszcie, po trzecie, wzajemna aseku- racja kajakarzy. Jak ktoś się wywróci, to nie płyniemy dalej, ale pomagamy sobie wzajemnie. Trzeba pokory wobec rzeki – dodaje.

    Ręka Pana Boga

    Na terenie diecezji nie brakuje miejsc do pływania. W czerwcu tego roku odbył się trzydniowy parafialny spływ kajakowy śladami Jana Pawła II na rzece Obrze. Wzięło w nim udział 11 osób. – Papież płynął rzeczywiście tą trasą w 1952 roku. Zanim wpłynęliśmy na Obrę pomiędzy Bledzewem a Skwierzyną, pokonaliśmy odcinek rzeczką Struga Jeziorna, która płynie między Jeziorem Chycińskim a zalewem Bledzewskim. To takie „Mazury” ziemi lubuskiej. Ludzie byli zachwyceni. Można było naprawdę zobaczyć na własne oczy rękę Pana Boga w tej przyrodzie. Oczywiście codziennie była Msza św. – opowiada wikariusz i dodaje: – W przyszłym roku chciałbym, aby ten trzydniowy spływ odbył się Drawą albo Pliszką. Kilka razy w przygodzie uczestniczył Ireneusz Buchal z Gubina. – Kiedyś w szkole podstawowej należałem do klubu kajakowego. Po latach znowu namówił mnie syn Mateusz, który jest ministrantem, i znowu załapałem bakcyla – podkreśla pan Ireneusz. Kilka razy z córkami płynęła już Irena Wróbel z Gubina. – Kajaki to sposób na rodzinne spędzanie wolnego czasu, a także integrację parafian – zauważa pani Irena. – A poza tym to fantastyczny sposób na odstresowanie się – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół