• facebook
  • rss
  • Ogrzewam się wczorajszym ogniem

    dodane 27.09.2012 00:15

    Cygan Edward Dębicki. „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”? Ależ są i żyją wśród nas. Jednym z nich jest gorzowianin z Kresów.

    Honorowy Obywatel Gorzowa, Lubuszanin XX wieku, krewny cygańskiej poetki Bronisławy Wajs, czyli Papuszy, założyciel i dyrektor cygańskiego zespołu „Terno”, akordeonista, pisarz, poeta i kompozytor. Znany w Polsce i na świecie. Występował z wieloma znanymi osobami, m.in. Edytą Geppert, Jerzym Zelnikiem czy Januszem Józefowiczem. Autor książek: „Ptak Umarłych”, „Wczorajszy ogień” i tomu poezji „Pod gołym niebem”. Od lat utrwala pamięć o cygańskich taborach, kulturze i zwyczajach swoich przodków. Chce przekazać innym to, co bezpowrotnie zginęło, ale żyje w jego pamięci.

    Wychowany w taborze

    Pan Edward urodził się na Kresach w miejscowości Kałusz, w dawnym województwie stanisławowskim. – To mała miejscowość, gdzie wydobywano sól. Dzisiaj Ukraina. Tam też zostałem ochrzczony. Przed wojną nazywałem się Krzyżanowski, a po wojnie Dębicki. Podczas okupacji Ukraińcy mieli nas wymordować i dlatego zmieniliśmy nazwisko. Po wojnie ojciec kupił nam nowe dokumenty – wyjaśnia pan Dębicki. Był dzieckiem taboru, wychowywał się wśród swoich krewnych. Jedną z nich była ciotka Papusza, znana dziś cygańska poetka. – Chodziłem w podartych spodenkach, boso. Żyliśmy w lesie, ale było pięknie. Nie było światła, czynszu, byliśmy wolnymi ludźmi – wspomina pan Edward. Choć w taborze spędził niełatwe dzieciństwo, bo przeżył wojnę i widział jej okrucieństwo, wspomina z nostalgią dawne czasy, a o swojej rodzinie opowiada z miłością i dumą. – Jestem szczęśliwy, że urodziłem się w takiej rodzinie. Mój tabor to prawie cały klan: wujkowie, ciotki, rodzice, rodzeństwo. Był wyjątkowy, nazywany taborem harfiarzy i muzyków, kulturalnych Cyganów. Dominowały muzyka, śpiew, taniec i poezja. Była z nami ciotka Papusza, która mówiła wierszem, ale byli też lepsi od niej, tylko się nie ujawniali – wspomina Cygan. – W dzień chodziło się na ryby i grzyby, a wieczorami gromadziliśmy się koło ogniska, gdzie co wieczór opowiadano bajki i opowieści. Niektórzy nie umieli czytać ani pisać, ale opowiadali tak, że słuchało się tego z otwartymi ustami. Zarówno w taborach cygańskich, jak i obecnie nie zapominano o Bogu. Większość Romów jest wyznania rzymskokatolickiego. – Cyganie mało praktykują, ale wierzą. U nas na Boga coś złego powiedzieć, to wyrzucą z domu. Obchodzimy te same święta co Polacy. Czcimy Matkę Bożą i Pana Jezusa – tłumaczy Edward Dębicki.

    Muzykalny genetycznie

    – Chciałem grać na skrzypcach, bo wychowałem się wśród muzyki, ale jako dziecko włożyłem palec do sieczkarni i moje marzenia legły w gruzach. Moi pradziadowie grali na harfach na dworach królewskich. To przechodziło z pokolenia na pokolenie – mówi pan Edward. Z czasem rodzina namówiła pana Dębickiego do nauki gry na akordeonie. Jego marzeniem było pójście do szkoły muzycznej. Ta decyzja spowodowała, że rozpadł się cygański tabor. – Kiedy powiedziałem, że chcę iść do szkoły muzycznej i do internatu, w taborze powstały zamieszanie i kłótnie. Ojciec sprzedał konia, kupił akordeon i zapisał mnie do szkoły. Wtedy pół taboru osiedliło się w Gorzowie, drugie pół przeniosło się do Nowej Soli, Żagania i Żar – wyjaśnia pan Dębicki. – Poszedłem do szkoły w 1953 roku, ale pierwszy raz przyjechaliśmy do Gorzowa już w 1947 roku. Wtedy były to ruiny. Spodobało nam się Lubuskie, ponieważ było tu dużo lasów i wód. Były ryby, wioski, przyroda i upatrzyliśmy sobie to miejsce. Kilka razy wracaliśmy, aż w końcu zostaliśmy na stałe. Cyganie wywodzą się z Indii. Nie wiadomo, co ich skłoniło do wędrowania. Przemierzali cały świat, wzbogacali się kulturą i obyczajami państw, w których mieszkali. Tabory znikły, gdy komuniści narzucili Cyganom przymusowe osiedlanie się. – Zabrano nam całe dobro, nie pytając o zdanie. Gdy jestem w lesie, to mi się wszystko przypomina, widzę obrazy z mojego życia. Żeby ono wróciło, oddałbym wszystko, co mam. To było życie beztroskie, wolne i romantyczne. Kiedyś ludzie się bardziej szanowali, postrzegali Cygana jako wróżbiarza czy handlarza i dzielili się kawałkiem chleba, dziś tego nie ma – mówi pan Edward.

      W ogrodzie pana Edwarda stoją dwa cygańskie wozy, które przypominają mu o taborowym życiu
    Katarzyna Buganik

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół