• facebook
  • rss
  • Pani Józefa na 102

    dodane 04.04.2013 00:15

    Życie z Panem Bogiem. Urodziła się 24 września 1911 r. w Korżowie, na dzisiejszej Ukrainie, ale od końca wojny mieszka w Mirocinie Dolnym, niedaleko Kożuchowa. Jest najstarszą parafianką, a wszyscy mówią o niej Babcia Pierzchalska.

    Nasza wieś leżała cztery mile rosyjskie od Podhajec w województwie tarnopolskim. A kościół parafialny mieliśmy w Tostobabach. Ale dziś ta wieś inaczej już się nazywa. Co niedzielę chodziliśmy na Mszę św. pieszo, bo u nas był tylko przydrożny krzyż – wspomina pani Józefa Pierzchalska. – Przy krzyżu w maju codziennie śpiewaliśmy Litanię do Matki Boskiej, a w październiku był Różaniec. Śpiewaliśmy też dużo pieśni maryjnych. Przychodzili prawie wszyscy. Wtedy to ludzie mocno wierzyli w Pana Boga. Dziś już tak nie ma… – mówi najstarsza mieszkanka parafii pw. św. Jerzego w Mirocinie Górnym.

    Zawsze z Bogiem i Maryją

    – Różnie bywało, jak to w życiu. Czasami radość, słońce, a czasami było ciężko, bardzo ciężko… ale Pan Bóg jakoś pomagał. Zawsze była modlitwa i wiara. Tego się trzymałam i trzymam do dziś – zaczyna swoją opowieść pani Józefa. – W domu było nas sześcioro dzieci. Ja jedna dziewczyna i pięciu braci. Urodziłam się druga. Rodzice byli bardzo wierzący. Tata miał na imię Jan i był Ukraińcem, a mama Franciszka była Polką, katoliczką. U nas była taka tradycja, że jak urodził się syn, to chrzczony był w cerkwi, a jak dziewczynka to w kościele. Tak robili wszyscy – mówi seniorka, mimo upływu lat, wciąż z wyraźnym wschodnim zaśpiewem. Pani Józefa pamięta swoją Pierwszą Komunię św. – Mieliśmy dużo przygotowań. Musieliśmy chodzić pieszo do kościoła kilka kilometrów, a ksiądz nam pięknie opowiadał o Panu Jezusku – wspomina. Na uroczystość dostała buty, jednak założyła je dopiero przed kościołem, całą drogę idąc boso. – Nie było wtedy ludziom ciężko coś dać dla Pana Boga. Rano w domu wstawaliśmy przed świtem, by z samego rana iść paść krowy, a przed tym zawsze był pacierz. Mama uczyła nas modlitw i przykazań – opowiada. Za mąż za Mikołaja wyszła w 1929 roku. – Miałam wtedy niecałe 18 lat. Poszłam do domu męża. Dobrze mi tam było. Mieliśmy trójkę dzieci – uśmiecha się 102-latka. – Mąż dobry dla mnie był. Teściowa też. Ona należała do Żywego Różańca i pewnego dnia powiedziała mi, żebym też była, bo jedna z pań zmarła. I tak w Różańcu jestem już ponad 80 lat – dodaje. Od tamtego czasu tej maryjnej modlitwie jest wierna. Przez wiele lat w parafii w Mirocinie była też zelatorką jednej róży. Dziś, choć brakuje już sił, pani Józefa niemal cały czas ściska w ręku różańcową koronkę. – Codziennie odmawiam wszystkie cztery części. Pierwszą tajemnicę radosną z samego rana, a później następne. Wieczorem jest ostatnia. Modlę się do Maryi, bo bardzo Ją kocham. Proszę Matkę Boską o różne sprawy. Modlę się za dzieci, za wnuki, prawnuki i praprawnuki. Modlę się też za księży, za zmarłych i za tych, którzy odeszli od wiary. Jest o co się modlić – uśmiecha się pani Józefa, która ma 9 wnucząt, 12 prawnuków i 7 praprawnuków.

    Pogoda ducha

    Pani Józefa zapytana o przeżycia z wojny śmieje się: – A o którą wojnę chodzi? Bo ja pamiętam jeszcze tę z Austriakami. Miałam kilka lat, ale pamiętam dobrze. Dobry humor nie opuszcza Babci Pierzchalskiej. Żartuje cały czas. Proboszcz, ks. Andrzej Jancia, mówi, że kiedyś, podczas szkolnych rekolekcji, swoim zwyczajem pani Józefa przyszła na Mszę św. do kościoła. – Zapytałem ją, do której klasy chodzi, bo nie widziałem jej w szkole, a ona mi odpowiada: „W tym roku już do pierwszej, bo w zeszłym roku byłam przecież w zerówce” – śmieje się ksiądz.

    Sama pani Józefa opowiada inną historię. Były to lata 50. ubiegłego wieku. – Ksiądz chodził po kolędzie w naszej wsi i skończył późno, więc zapytał męża, gdzie we wsi mógłby przenocować. Mąż wcale się nie namyślał, tylko powiedział, że u nas może – wspomina 102-latka. Ksiądz poszedł odwiedzić jeszcze kolejne rodziny, a małżonkowie zaczęli przygotowywać miejsce dla proboszcza. – Jeszcze nigdy ksiądz nie spał u nas w domu. Zaczęło się sprzątanie pokoju, by godnie go przyjąć. Był problem, bo mieliśmy wtedy tylko jedną pierzynę. Razem pod nią spać nie mogliśmy… Tej nocy pierzynę oddaliśmy księdzu, a spanie miał w pokoju, gdzie był piec – śmieje się nestorka. Mimo ponad 100 lat cały czas seniorkę ciągnie do kościoła. – Czasem sił trochę brak, ale biorę moją paliczkę i powolutku sobie idę. Skoro mogę chodzić po domu, to do kościółka też dojdę – wyznaje z uśmiechem. – W drodze powrotnej czasami ktoś weźmie panią Józefę pod rękę i odprowadzi. Chętnych „narzeczonych”, – jak ja ich nazywam – nie brakuje. Wszyscy życzliwie mówią o niej Babcia Pierzchalska – mówi proboszcz. Dla wszystkich jest wzorem pobożności, głębokiej wiary i zaangażowania w życie parafii. – Jej miłość do Pana Boga i Maryi niejednego może zawstydzić. W kościele od godz. 10 w Wielki Piątek mamy adorację Najświętszego Sakramentu. Panią Józefę spotkałem na samym początku i mówię: „Zimno jest, niech pani idzie do domu”. Uśmiechnęła się i odpowiedziała: „Proszę księdza, ale ja ubrałam się ciepło i nic mi nie będzie”. Modliła się aż do nabożeństwa o 18.00. To jest prawdziwa miłość do Pana Boga – mówi ks. Andrzej Jancia.

    Zasługi i prezenty

    – Teraz częściej myślę już o tych, którzy są po tamtej stronie. Nie żyją już rodzice i moi bracia, mąż zmarł 26 lat temu, zmarł też już mój syn… Mam nadzieję, że spotkam ich w niebie. Nie wiem, jak tam jest, ale tęsknię już za niebem – poważnieje pani Józefa. Rodzina państwa Pierzchalskich zawsze była blisko Pana Boga, Kościoła, a więc i księży. Dzisiaj już trzecie pokolenie ma pod swoją opieką klucze od kościoła. – Tata całe lata był kościelnym. Robił remonty i dbał o wszystko. A mama zawsze zaczynała pieśni podczas Mszy i nabożeństw – mówi Franciszka Kuźma, córka pani Józefy. – Po wojnie mąż remontował nasz kościółek. Zbierał po wsi ludzi i razem pracowali. Cały tydzień pracowaliśmy w polu, ale w sobotę znajdował czas, by zrobić coś też w kościele. Nie było szkoda czasu i sił, bo to przecież dla Pana Boga i na zasługi dla nieba. To przecież jest nasz kościółek, a w niebie też przecież na końcu chce się być – uśmiecha się pani Józefa. – Przez lata było różnie, ale Pan Bóg dawał siły, dawał swoje dla nas błogosławieństwo. Nie mieliśmy wiele, ale zawsze starczało – dodaje. Dzisiaj, gdy siły na pracę nie pozwalają, to zasługiwanie na niebo ogranicza się do modlitwy. – Modlę się za wszystkich, za rodzinę, księży i sąsiadów. Wiem, że dziś wielu się nie modli, więc odmawiam modlitwy za nich. No i czasem trzeba też za zmarłych, by znaleźli się w niebie, bo chcę ich tam później spotkać. To takie moje duchowe prezenty – podaje intencje seniorka. W tych intencjach tradycyjnie w piątek, a także w sobotę pości. Świadectwem rozmodlonego życia są m.in. książeczki do nabożeństwa, których kartki są bardzo już wytarte. – Mama modli się bardzo dużo. Przez lata nauczyła się na pamięć kilku litanii, nowenn, bardzo dużo pieśni i wiele innych modlitw – mówi córka Franciszka. – W młodości bardzo mi się podobały nieszpory, które co niedziela śpiewaliśmy w kościele przed Sumą. Je też umiałam na pamięć, ale tutaj, w Polsce, nie ma tego zwyczaju. Szkoda, bo to jest piękna modlitwa – uzupełnia mama. – Nie wiem dlaczego inni się nie modlą, ja nie wyobrażam sobie, żeby dzień minął bez modlitwy, bez pacierza czy Różańca. Nie mogłabym też przeżyć niedzieli bez Mszy św. – mówi pani Józefa. – Modlę się, bo kocham Pana Boga i Matkę Bożą. Lubię tak rozmawiać z Jezusem i mam nadzieję, że potem Jezus mi policzy to za zasługi i wpuści do nieba, bo tam mocno chcę być – dodaje z wiarą Józefa Pierzchalska.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół