• facebook
  • rss
  • Trzeba mieć wrażliwe uszy

    dodane 04.04.2013 00:15

    Z s. Joanną Kwiatkowską, nową matką generalną ZSJM, rozmawia Krzysztof Król.

    Krzysztof Król: Niedawno została wybrana Siostra na matkę generalną…

    S. Joanna Kwiatkowska ZSJM: Matka generalna to nie awans w kategoriach tego świata, ale bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Na pewno ani ja nie kandydowałabym sama z siebie na stanowisko matki generalnej, ani inna siostra. Kiedy jednak przyszło pytanie, czy przyjmuję ten urząd, nie mogłam powiedzieć: „nie!”, bo wierzę, że to jest wola Pana Boga. Każdego dnia pytam się: „Czego chcesz ode mnie, Panie?” i staram się być otwarta na to, co Chrystus mi daje. Wiem, że to Jego dzieło i On tym pokieruje. Matka generalna troszczy się o całe zgromadzenie. Odpowiada za sprawy personalne, kwestię placówek i nowe inicjatywy na całym świecie, a mamy placówki również na Wschodzie, w obu Amerykach czy w Afryce. W podejmowaniu wszelkich decyzji wspierają mnie siostry radne. I dzięki Bogu!

    „Czego chcesz ode mnie, Panie?” – kiedy pojawiło się po raz pierwszy to pytanie?

    W siódmej klasie podstawówki pojechałam na rekolekcje do sióstr salwatorianek i zapytałam Pana Boga: „Przyjaciele, rodzina, góry i wiele innych rzeczy. Czy to jest wszystko, co masz dla mnie, Boże? Czego chcesz ode mnie?”. Wciąż jednak nurtowało mnie, że jeśli Bóg uratował mnie w pierwszych chwilach mojego życia i chciał, żebym żyła, to ma On dla mnie jakiś plan. W końcu przyszła odpowiedź i pojechałam na rekolekcje dla dziewcząt do domu generalnego w Gorzowie Wlkp., a potem tu złożyłam papiery, choć nie znałam w ogóle tego zgromadzenia. Nie było żadnych objawień, ale po prostu wewnętrzne przekonanie, że mam tu być.

    Większość życia zakonnego spędziła Siostra w Niemczech…

    Tak. Najpierw jednak byłam w Gorzowie Wlkp. Tutaj spędziłam postulat, nowicjat i trzy lata po ślubach. Później byłam rok w Niewodnicy koło Białegostoku, a potem zgromadzenie wysłało mnie do Weiler w Niemczech, przy granicy z Austrią i Szwajcarią, gdzie posługiwałam przez ostatnie 20 lat. Katechizowałam w szkole w klasach od 1 do 10. Byłam także odpowiedzialna za duszpasterstwo dzieci, młodzieży i dorosłych – zwłaszcza przez przygotowanie do sakramentów świętych i prowadzenie różnych grup parafialnych oraz kursów ewangelizacyjnych (np. Kurs Alfa, Kurs Wiary, Kurs Dziesięciu Przykazań, Kurs Eucharystii, Kurs Ojcze Nasz). Razem z siostrami prowadziłyśmy Apostolstwo Bożego Miłosierdzia. Praca w Niemczech nauczyła mnie, iż trzeba kochać ludzi takimi, jakimi są, i wsłuchiwać się w ich potrzeby, a nie tylko proponować gotowe rozwiązania. Wtedy można zrobić więcej. We współczesnym Kościele trzeba mieć ogromne i wrażliwe uszy do słuchania.

    Na terenie naszej diecezji takie wystawione ucho ma Matka Boża Cierpliwie Słuchająca z Rokitna…

    Z tym wiąże się tajemnica dodana do mojego imienia, czyli s. Joanna od Matki Bożej Rozradowanej. Byłyśmy kiedyś z siostrami w Rokitnie i była odmawiana litania do Matki Bożej Rokitniańskiej. Jedno z wezwań brzmiało: „Uśmiechu Boga samego”. Ono tak mi się spodobało, że pomyślałam, że słowa Maryi: „rozradował się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim” staną się moim zakonnym programem. Radość w Bogu jest czymś niesamowicie ważnym. Radujmy się, bo Chrystus nas zbawił! Przed swoim odejściem napisał o tym na Twitterze papież Benedykt XVI: „Chciałbym, aby każdy odczuwał radość z tego, że jest chrześcijaninem i że jest kochany przez Boga, który oddał za nas swojego Syna”.

    Charyzmat Waszego zgromadzenia można by streścić w słowach: „Jezu, ufam Tobie”…

    Chcemy, by na nas spełniły się słowa Jezusa przekazane przez s. Faustynę: „Duch Mój będzie regułą życia waszego. Życie wasze ma być na Mnie wzorowane, od żłóbka, aż do skonania na krzyżu”. Słowa: „Jezu, ufam Tobie!” powtarzane z uwagą i miłością zaczynają nadawać ton życiu. Są jakby ukrytą sprężyną, która podnosi do nieba. Miłosierdzie staramy się realizować nie tylko przez odmawianie koronki, ale posługując też ludziom, pośród których stawia nas Bóg. Również w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej pracujemy wśród ubogich, bezdomnych, chorych, umierających. Naszym zadaniem jest wielbić, głosić i wypraszać miłosierdzie Boże całemu światu. Każdy element jest bardzo ważny. Jeśli moje życie jest wielbieniem Bożego Miłosierdzia, to będzie to promieniowało na zewnątrz. Trzeba Mu zaufać i uwielbiać Go nawet w sytuacjach trudnych. Od jakiegoś czasu szczególnie towarzyszy mi tekst biblijny z Księgi Daniela o trzech młodzieńcach, którzy, będąc w piecu ognistym, wielbią Boga, a On sprawia, że płomienie ich nie dotykają. Czasami mamy podobne sytuacje w naszym życiu. Kiedy przychodzą trudności, staram się zacząć dzień modlitwą: „Chwała Ojcu”, żeby nie narzekać, ale radować się w Bogu.

    Po co Kościół daje nam Święto Miłosierdzia?

    Po to, żeby ludziom uświadomić, że Bóg jest zawsze miłosierny. Papież Franciszek w trakcie pierwszego spotkania z wiernymi na modlitwie „Anioł Pański” przypomniał: „Bóg nigdy nie zmęczy się tym, by nam przebaczać. Problem w tym, że to nas męczy proszenie Go o przebaczenie”. Bóg mówi do nas: „Nie męcz się! Przyjdź i napij się z tego źródła. Nie umieraj, gdy obok jest studnia miłosierdzia”. Niedziela Miłosierdzia Bożego to takie czerwone światło „stop” dla świata, abyśmy uwierzyli w końcu, że Bóg nas zbawił.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół