• facebook
  • rss
  • Marzył o wolnej Polsce

    dodane 27.02.2014 00:15

    Żołnierz wyklęty. Za pragnienie niepodległej Polski i działalność konspiracyjną nazwany wrogiem ludu i bandytą. Więziony i represjonowany w czasach komunizmu. Zdzisław Ściernicki, dziś jedyny żyjący w Głogowie świadek tamtych wydarzeń.

    Zdzisław Ściernicki urodził się w Krzesinach koło Poznania. Kiedy wybuchła wojna, miał 15 lat. Już jako młody chłopak – po śmierci ojca – musiał pomagać matce, dlatego pracował w niemieckim gospodarstwie. Wtedy też zaczęły się jego pierwsze kontakty z podziemiem. – W gospodarstwie miałem dni wolne i wtedy chodziłem do domu. To był 1942 rok. Szedłem przez las, a miałem do domu 6 km, spotkał mnie człowiek z AK i zapytał, czy nie nosiłbym listów. Zgodziłem się i tak się zaczęło. Nigdy tych listów nie otwierałem i nie wiedziałem, co w nich było – opowiada Zdzisław Ściernicki. – Byłem młody, nie bałem się. Byłem nauczony, że Polska to jest matka i my musimy jej bronić i cieszyłem się, że mogę coś robić – dodaje.

    W oddziale „Dzielnego”

    Na jednej z wiejskich zabaw pojawili się żołnierze z AK. Zdzisław Ściernicki, zapytał dowódcę, czy przyjmuje ludzi do swojego oddziału. Odpowiedź była pozytywna. Tak zaczęła się jego działalność w strukturach Armii Krajowej i kontynuowana była w oddziałach AK: „Dzielny”, „Kościuszko” i „Zawisza”. Jednym z zadań młodego akowca, który otrzymał pseudonim „Lis”, było gromadzenie amunicji. Z tego powodu w 1945 roku Zdzisław Ściernicki przyjechał do Głogowa, gdzie broni nie brakowało, ponieważ do niedawna stacjonowały tam oddziały niemieckie. Wraz z kolegą zbierali naboje i amunicję. Znajdywali ją m.in. w opuszczonych piwnicach czy koszarach wojskowych. Działalność w AK wiązała się też z gotowością do walki i akcjami, których nie brakowało. Potyczki z bezpieką zdarzały się często. AK przede wszystkim broniło zwykłych ludzi, którym działa się krzywda lub groziły represje ze strony komunistycznego państwa. – W Koszkowie był majątek i przyszło ośmiu milicjantów z Borku, którzy bili i poniewierali ludzi. Nasz oddział poszedł ich rozbroić. Innym razem na wsi niedaleko Kościana było zebranie PPR. Wpadliśmy do pomieszczenia, pozabieraliśmy pistolety ubowcom, zabraliśmy im też ubranie, a w Wojciechowie zaatakowaliśmy posterunek milicji – wymienia Zdzisław Ściernicki. – W Jaraczewie synowie gospodarzy, przebrani za żołnierzy AK, rabowali majątki i gospodarstwa. Złapaliśmy ich. Giedymin zadzwonił na UB i kazał im odebrać bandytów. Milicja jednak nie przyjechała, więc nasz oddział sam ich zlikwidował, by nie prześladowali więcej niewinnych ludzi – dodaje.

    Bóg czuwał nade mną

    – Kiedy byłem na jednej z przepustek z gospodarstwa, we wrześniu 1945 roku, przyjechało po mnie UB. Pamiętam, że pomagałem wtedy mamie kopać ziemniaki. Kiedy ukopaliśmy dwa worki, przyszliśmy do domu na śniadanie. Nagle do domu wpadli funkcjonariusze UB. Było ich czterech. Założyli mi kajdanki i aresztowali. Po drodze złapali też innego akowca – mówi pan Ściernicki. – Zawieźli nas do Śremu i zamknęli w piwnicy, gdzie było nas szesnastu. Tego samego dnia, dwóch ubowców obudziło nas o północy. Zabrali mnie na przesłuchanie. W pokoju był tylko stolik i krzesło. Zaczęli mnie wypytywać i przesłuchiwać. Odpowiadałem, że nic nie wiem i nikogo nie znam – dodaje. Funkcjonariusze zarzucali oskarżonemu, że należy do leśnej bandy, że działa w AK, i bili kablami od prądu po całym ciele. – Jeden uderzył mnie też pistoletem po głowie. Oczy mi zapuchły od tego bicia. Powiedziałem: „Boże odpuść im, bo nie wiedzą, co robią”. Oni nagle ode mnie odskoczyli i stanęli na baczność. Pomyślałem wtedy, że Bóg czuwa nade mną. Przestali mnie bić i zaprowadzili z powrotem do piwnicy – wspomina akowiec. Po przesłuchaniach i pobycie w więzieniu, w grudniu 1945 roku, odbył się sąd w Śremie. Na rozprawie Zdzisław Ściernicki został skazany na trzy lata więzienia. Karę, wraz z innymi skazanymi, miał odbywać w Obozie Więźniów Politycznych w Płocku. Podczas transportu do Płocka, dzięki pomocy żołnierzy AK z Kutna, Zdzisławowi Ściernickiemu udało się uciec. – Wyskoczyłem z pociągu i wpadłem w zagajnik. Kiedy uciekałem, ktoś strzelał i kula odbiła się od drzewa, i trafiła we mnie. Dostałem, w miejsce, gdzie trzymałem portfel z obrazkiem św. Antoniego. Kula się tam zatrzymała. Nic mi się nie stało. Wiem, że to św. Antoni mnie obronił – mówi Zdzisław Ściernicki.

    Wyklęci z miasta nad Odrą

    Po ucieczce z transportu Zdzisław Ściernicki przyjechał ponownie do Głogowa. Tu do 1947 roku ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – jako Antoni Pachura. Wznowił również swą działalność w konspiracji. Nawiązał kontakt z nieformalną grupą AK, którego dowódcą był Marian Rączka ps. „Kościuszko”. Grupa nie prowadziła ożywionej działalności konspiracyjnej. Jej działania przede wszystkim były nastawione na obronę dobrego imienia Armii Krajowej. Grupa gromadziła też broń, by w każdym momencie można było stanąć do walki z władzami komunistycznymi. W 1947 roku Zdzisław Ściernicki podjął decyzję o ujawnieniu się przed komisją amnestyjną. Miał nadzieję, że zacznie normalne życie. Stało się jednak inaczej, bo represje zamiast zmaleć, znacznie wzrosły. Żołnierz AK traktowany był jak wróg ludu i bandyta. Co trzy miesiące zwalniano go z pracy i szykanowano. Sytuacja zmusiła go do wznowienia działalności konspiracyjnej, która nasiliła się w 1949 roku, po przybyciu por. Mariana Rączki do Głogowa. Na terenie głogowskiej cukrowni żołnierze AK stworzyli tajną organizację podziemia antykomunistycznego. Placówki AK zakładano również w innych miejscowościach, m.in. w Gaworzycach i Polkowicach. – W Gaworzycach było ok. 25 osób. Oni chowali broń na cmentarzu w poniemieckim grobowcu. Niestety UB odkryło to miejsce – mówi pan Ściernicki. AK w Wielkopolsce i na tzw. Ziemiach Odzyskanych zajmowała się również produkcją i kolportażem ulotek i plakatów antykomunistycznych. – To były ulotki przeciwko ZSRR i bezpiece. Pisaliśmy je na maszynie i roznosiliśmy po wioskach, przyklejaliśmy na płotach. Pisaliśmy też na murach prawdę o PPR. Chcieliśmy, żeby ludzie wiedzieli o tym, że oni mordują i aresztują niewinnych ludzi – wyjaśnia pan Ściernicki.

    Multimedialnie o AK

    Dziś Zdzisław Ściernicki ma 88 lat i mieszka w Głogowie. Z chęcią opowiada o tamtych czasach, bo wie, że przez wiele lat na temat żołnierzy wyklętych nie mówiło się wcale. Z radością zareagował również na pomysł stworzenia filmu o głogowskim oddziale AK, którego realizacji podjęli się pasjonaci historii z Fundacji Bolesława Chrobrego. Premiera filmu „Marzyliśmy tylko o wolnej Polsce” ma odbyć się 1 marca, w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jego pokaz zaplanowany jest w 40 polskich miastach, głogowskich szkołach i ośrodkach polonijnych w Londynie. – Żyjemy w świecie multimedialnym, dlatego film będzie dostępny za darmo w internecie na YouTube, by każdy mógł go obejrzeć. Robimy to dla podtrzymania tradycyjnych wartości, na których opiera się naród polski, czyli m.in. wiary, tradycji i historii – mówi Paweł Chruszcz z Fundacji Bolesława Chrobrego. Pomysł filmu powstał rok temu, podczas odsłonięcia pamiątkowej tablicy poświęconej żołnierzom wyklętym, której pomysłodawcami byli członkowie Fundacji Bolesława Chrobrego. Ponadto głogowscy pasjonaci historii aktywnie działają w sieci, poprzez m.in. udostępnianie materiałów poświęconych żołnierzom wyklętym, historycznych zdjęć czy współczesnych interpretacji muzycznych związanych z tą tematyką. – Chcemy, by to, co robimy, żyło i było przekazywane dalej, udostępniane, by docierało do szerokiego grona odbiorców. Po wrzuceniu na Facebook zwiastuna filmu, widzimy, jak dużo jest jego odsłon i to nas bardzo cieszy – mówi Paweł Chruszcz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół