• facebook
  • rss
  • Ballada o życiu

    dodane 17.04.2014 00:15

    Wywiad. O wierze, wyobraźni i dostrzeganiu piękna człowieka w najdrobniejszych gestach z siostrą Ritą Stasińską ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego w zielonogórskiego hospicjum

    Ks. Marcin Siewruk: W jaki sposób wiara inspiruje Siostrę w codzienności?

    S. Rita Stasińska: Bardzo pomaga mi, że zaczynam dzień z Bogiem, ze słowem Bożym, ze spotkaniem w Eucharystii. Słowo Boże zawsze bardzo mocno odnosi się do mojej pracy, więc patrzę na człowieka jak na kogoś, kogo dał mi Bóg na ten dzień. Tak naprawdę każda osoba jest dla mnie darem. Wiara pomaga mi podchodzić do chorego, zwłaszcza gdy bywa dla mnie trudny, z największą delikatnością, czułością, chociaż brakuje mi już czasem cierpliwości. Jeżeli zachowam cierpliwość, może pomoże to choremu trochę się zmienić. Wiara daje mi siłę, żeby każdego dnia iść do pracy i nie traktować jej tylko jako obowiązek, ale żeby to było rzeczywiście spotkanie z drugim człowiekiem. Nie wiem, czy dałabym radę bez Boga troszczyć się o człowieka, widzieć potrzeby, o których on często nawet nie mówi. Nie wiem, czy starczyłoby mi siły. Moje powołanie pielęgniarskie odkryłam w Zgromadzeniu Sióstr Jezusa Miłosiernego, dlatego to jest moje jedyne odniesienie. Bóg daje mi siłę.

    Z jakimi ludźmi spotyka się Siostra w swojej pracy, jakie są ich historie?

    Spotkanie z człowiekiem wywiera na mnie ogromne wrażenie, a może jeszcze inaczej: odciska się na moim życiu. Historie konkretnych osób bardzo mocno na mnie wpływają. Czasem są to porażki, z których nie jestem dumna. Kiedyś nie zrozumiałam kobiety w jej cierpieniu i zabrakło mi po prostu wytrwałości. W czasie jednego z dyżurów nieustannie dzwoniła dzwonkiem i w dziesiątej godzinie żadna z osób personelu nie miała już cierpliwości. Pani za każdym razem powtarzała, że się dusi, że kłuje ją serce, ale nie było żadnych zewnętrznych oznak, wezwałyśmy lekarza, właściwie po ludzku, z medycznego punktu widzenia, zrobiłyśmy już wszystko, co można było zrobić. Ta pani leżała w ostatniej sali, a w pokoju na początku umierała inna osoba, która się dusiła. Przy kolejnym dzwonku powiedziałam pani powtarzającej o dusznościach, że to w innym pokoju ktoś naprawdę się dusi. Do końca dyżuru ta kobieta już nie zadzwoniła. Tej nocy zmarła tak cicho, że nikt tego nie zauważył. Odeszła, siedząc w fotelu. Kiedy rano dowiedziałam się o jej śmierci, czułam się winna, że jej nie zrozumiałam. Jej wcale nie chodziło o to, że się dusi. Ona po prostu bała się śmierci i chciała, żeby ktoś przy niej był. Lekarze powiedzieli mi potem, że takich sytuacji trzeba się uczyć i to najlepiej za pierwszym razem, żeby to się już nigdy więcej nie powtórzyło. Już nigdy więcej nie popełniłam takiego błędu. Ta porażka bardzo wiele mnie nauczyła. Wszystko zależy od wieku, od tego, kim są pacjenci, kim byli. Przypomina mi się historia pana, który w czasie wojny był w obozie. U nas mamy zwyczaj, że do kąpieli wieziemy pacjentów na wózku, to jest świetne udogodnienie dla personelu, bo pozwala wygodnie najechać na wannę. Temu panu często wydawało się w tym momencie, że jest wieziony jako skazaniec, i powtarzał monotonnie swoje imię i nazwisko. Dopiero kiedy poczuł, że to kąpiel, uspokajał się. Zwyczajne czynności, które dla nas są oczywiste, u wielu osób wywołują niewyobrażalne skojarzenia. Takie doświadczenia pomagają zdać sobie sprawę z tego, co wiele osób mogło przeżyć, pomagają uwrażliwić się na osobiste doświadczenia. Kiedyś też rodzina odnalazła swojego krewnego dzięki programowi telewizyjnemu, w którym wystąpił jako mieszkaniec naszego hospicjum. Bliscy wiedzieli tylko, że w przeszłości wybrał bezdomność, i byli przekonani, że on już dawno nie żyje, a nagle go zobaczyli w telewizji, że mieszka po drugiej stronie ulicy w hospicjum. To była bardzo piękna historia pojednania, kiedy rodzina po latach mogła się z nim spotkać, tym bardziej że po paru miesiącach ten pan umarł… Chociaż jest również wiele wypadków bardzo smutnych, gdzie jest dużo bólu, buntu, gdy ludzie nie mogą się pogodzić z tym, że ktoś bliski odchodzi.

    Dojrzeć w człowieku ogromną wartość, mądrość, piękno oszlifowanego diamentu… – czego tak naprawdę potrzeba, żeby mieć taką wrażliwość?

    Na pewno wiary i wyobraźni. Jestem pewna, że dzięki wyobraźni cały świat jest piękniejszy. Patrząc bez wyobraźni na 30 osób mieszkających w naszym domu, nie można nadać życiu koloru. Wyobraźni potrzeba, gdy się dobiera odpowiedni kolor ścian w salach, meble. Bez niej trudno by było ubrać chorych – wtedy pewnie wszyscy nosiliby smutne kolory. Przede wszystkim jednak wyobraźnia pozwala widzieć więcej, niż nakazują procedury, komunikuje chory czy mówi rodzina.

    Na co siostra zwraca szczególną uwagę w kontakcie z osobami chorymi?

    Na przykład ubierając chorych, z którymi możemy rozmawiać, zawsze pytamy, co chcieliby włożyć, w czym się będą dobrze czuli, ponieważ bardzo ważna jest możliwość wyboru. To są drobiazgi, które są jednak bardzo ważne. Często widzę zakłopotanie rodziny, kiedy się dowiadują, że powinni przywieźć do hospicjum oprócz piżamy jeszcze inne ubrania – na rehabilitację, na wyjście do świetlicy, na święta. Jak pięknie nasi chorzy wyglądają, kiedy są święta. Wszyscy zakładają białe bluzki, koszule – to jest coś pięknego, wszyscy są tacy eleganccy. Kiedyś, pamiętam, ubrałyśmy jednego pana w koszulę w łososiowym kolorze, wyglądał bardzo wytwornie i okazało się, że jest bardzo przystojnym mężczyzną. Cała rodzina nie mogła wyjść z podziwu, a on leżał bardzo dumny, że tak pięknie jest ubrany, że ma na sobie coś innego niż piżamę. Niby nic, a tyle szczęścia.

    W miarę możliwości z okazji świąt ubieramy panie w suknie, spódnice, żeby poczuły się wytwornie, kobieco. Kiedyś jednej z pań pomalowałyśmy paznokcie, nie miałyśmy kolorowego lakieru, więc użyłyśmy bezbarwnego. Pani miała już ponad 90 lat i nie mówiła. Przyszedł jej mąż i był bardzo zaniepokojony, bo żona uśmiechnięta, radosna, pokazywała mu ręce, palce, a on nie wiedział, co się dzieje, czy ją coś boli, i dopiero po chwili wyjaśniło się, że pokazuje mu polakierowane paznokcie. Mały gest, wydawać by się mogło, bez znaczenia, a sprawił jej ogromną radość.

    W opowiadaniu „Oskar i pani Róża” spotkanie z chorym chłopcem zmieniło dojrzałą kobietę. Czy w Waszym domu zdarzają się podobne przypadki?

    Najbardziej przypominam sobie historię rodziny opiekującej się chorym mężem, tatą. Dwa lata żona i dzieci z niezwykłym poświęceniem troszczyli się o ciężko chorego, wykonując bardzo trudne zabiegi pielęgnacyjne, wymagające ogromnej wiedzy specjalistycznej i cierpliwości. W pewnym momencie na nowotwór zachorowała żona tego pana. Musiała poddać się chemioterapii. Syn i córka przerwali studia prawnicze, rozpoczęli pracę i każdego dnia przychodzili do hospicjum pielęgnować tatę, żeby mama mogła podjąć leczenie. To byli wyjątkowi ludzie, pełni poświęcenia, zawsze mogłam na nich liczyć. Chociaż deklarowali się jako niewierzący, nie mieli żadnych oporów, żeby ze mną współpracować, bardzo dobrze się z nimi rozumiałam. Po śmierci taty jego syn zapytał mnie, czy to wszystko miało sens, te wyrzeczenia, przerwane studia, czy to nie był zmarnowany czas. Powiedziałam mu: „Spójrz, chłopie, gdyby nie przydarzyła się choroba twojego taty, nie byłbyś taki delikatny, jak jesteś, nie potrafiłbyś zrobić tylu rzeczy przy chorym, nie dostrzegałbyś cierpienia w drugim człowieku. Ty potrafisz więcej niż niejedna pielęgniarka. Potrafiłeś godzinami mówić do taty, opowiadać mu wszystko, co się dzieje, co z mamą”. Nie zapomnę, powiedział mi wtedy, że zazdrości mi jednego – wiary, że kiedyś spotkam jego tatę, bo on nie ma takiej pewności. Obiecałam mu, że jak spotkam Włodzia, to powiem, żeby do niego przyszedł.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół