• facebook
  • rss
  • Dzwon wciąż bije

    dodane 24.04.2014 00:15

    Wincenty Zamroziewicz mieszka dziś w Sulechowie, ale jego rodowód sięga miejscowości Podwysokie k. Lwowa leżącej na terenie dzisiejszej Ukrainy.

    To właśnie na kresach nauczył się wiersza: „Kto ty jesteś?”. – Ten wiersz bardzo spodobał się ks. Frankowskiemu. Blisko naszego domu było pole parafialne i ksiądz proboszcz często przechodził obok naszego domu. Jak mnie zauważył, to zaraz mnie wołał i musiałem mu mówić ten wierszyk, a w nagrodę dostawałem cukierka. Ten sam ksiądz niechcący ukradł mi jeden rok życia – śmieje się pan Wincenty. – Kiedyś na Wschodzie ksiądz zapisywał ochrzczone dzieci w parafialnej księdze chrztów i zgłaszał do gminy. Po roku było szczepienie małych dzieci i okazało się, że nie było mnie na liście. Mama poszła do księdza z tą sprawą i okazało się, że zapomniał mnie wpisać do księgi i nie zostałem też zgłoszony przez niego do gminy. Niestety księga z poprzedniego roku była już zamknięta i wpisał mnie do tej z nowego roku. W dokumentach mam, że urodziłem się 1 lipca 1933 roku, a tak naprawdę urodziłem się 1 lipca 1932 roku. I tak skradziono mi rok życia – śmieje się. Dostaliśmy polskie flagi W albumie pana Wincentego zachowały się tylko trzy zdjęcia z rodzinnych stron, ale w pamięci pozostało znacznie więcej obrazów. – Był strach, jak przyszła wojna, a potem baliśmy się, gdy bandy UPA mordowały. We wsi mieliśmy porobione wartownie. Każdy, kto usłyszał coś niepokojącego, miał robić jak największy hałas, aby ostrzec innych – wspomina pan Wincenty. – Pewnego razu nasze życie uratował jeden z mieszkańców o nazwisku Krzus, który zauważył zbliżającą się bandę UPA i od razu wszczął alarm. Gdyby nie on, toby zamordowali nas podczas snu. A tak zaraz zaczęły bić kościelne dzwony, ruch we wsi się zrobił i odjechali – dodaje. W Podwysokiem była dzwonnica z trzema dzwonami i osobna wieżyczka z sygnaturką. – W czasie wojny Niemcy zabierali dzwony z kościołów, aby przerobić je na amunicję. Do naszej wioski też przyjechali i policzyli, że na dzwonnicy są trzy dzwony. Zapisali to i następnego dnia mieli po nie przyjechać – opowiada Wincenty Zamroziewicz. – Nie wiedzieli nic o sygnaturce. Nocą ludzie zdjęli największy dzwon i schowali go w rzece Narajówka, przyczepiając go mocnymi łańcuchami do potężnego drzewa, a w jego miejsce zawiesili mały dzwon. Niemcom liczba dzwonów się zgadzała, więc zabrali je i odjechali, a my później wyciągnęliśmy dzwon z rzeki – kontynuuje. W końcu przyszedł czas wyjazdu z rodzinnego domu. – Wsiedliśmy do wagonów towarowych. Razem z nami jechał cały nasz dobytek. Zabraliśmy też ornaty i inne rzeczy z kościoła. Oczywiście zabraliśmy też dzwon. Ks. Chabin, kolega kursowy ks. inf. Mieczysława Marszalika, dał nam polskie flagi, które zawiesiliśmy na wagonach – opowiada pan Wincenty. – Wysiedliśmy w Mirocinie Górnym k. Kożuchowa. Pamiętam, jak ks. Chabin powiedział wtedy: „Są domy i jest kościół. Zostajemy” i zostaliśmy – opowiada. Jakbym wszedł do nieba W Sulechowie pan Wincenty osiadł na dobre w 1960 roku.

    – Przyjechałem do Sulechowa obejrzeć dom dla siebie. Moja siostra też tu mieszkała i spotkałem swoją przyszłą żonę u niej w domu. Wkrótce potem wzięliśmy ślub – uśmiecha się sulechownianin. Rodzinne strony pan Wincenty odwiedził w 2008 roku. – Syn namawiał mnie na wyjazd. Była wycieczka autokarowa, ale nie było wiadomo, czy na pewno będą w mojej miejscowości. Już miałem nie jechać, ale w mgnieniu oka zdecydowaliśmy się na rodzinny wyjazd – wspomina z uśmiechem pan Wincenty. – Na miejscu najpierw pojechaliśmy do kościoła, który teraz służy jako cerkiew. Jak wszedłem do kościoła, to jakbym wszedł do nieba. Tak było pięknie – kontynuuje łamiącym się ze wzruszenia głosem. – Potem poszliśmy na cmentarz pomodlić się za dziadków i ks. Faranowskiego, a później byliśmy zobaczyć dom rodzinny – znów w oczach pana Wincentego pojawiają się łzy. Podczas odwiedzin w rodzinnej miejscowości spotkał koleżankę z dawnych lat – Marylkę Bandurową. – Przywitaliśmy się i poszliśmy do niej domu. Wypiliśmy herbatę i porozmawialiśmy. Zapytała mnie, gdzie myśmy ukryli ten dzwon. Oni po wojnie szukali go nawet wykrywaczem metalu. Wykopali wiele dziur, ale dzwonu nie znaleźli. Dopiero ja jej powiedziałem, że zabraliśmy ten dzwon ze sobą do Polski – wyjaśnia Wincenty Zamroziewicz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół