• facebook
  • rss
  • Sternik w morzu ognia

    dodane 01.05.2014 00:15

    Przemysł. Miedź z głogowskiej huty jest zarejestrowana na giełdach w Londynie i Szanghaju. Jak wygląda praca hutników i proces produkcyjny? To trzeba osobiście zobaczyć, stanąć blisko ludzi.

    Święty Florian, patron wszystkich pracujących w bliskości ognia, a więc: strażaków, hutników, koksowników, metalowców, nie ma najmniejszego problemu, żeby każdego dnia być obecny, między innymi na terenie Huty Miedzi „Głogów I”. Nam było o wiele trudniej wejść na teren zakładu, żeby przyjrzeć się codziennej pracy hutników. Zapewne z pomocą św. Floriana udało się…

    Globalny gracz

    Głogowska huta to jeden z Oddziałów KGHM Polska Miedź S.A., globalnego gracza na rynku metali nieżelaznych. Spółka posiada jedno z największych na świecie złóż miedzi, dające gwarancję ciągłości produkcji w Polsce przez kolejne 40 lat. Koncern jest aktywny w Polsce, Kanadzie, Chile i na Grenlandii. Jednym z produktów końcowych głogowskiej huty są katody zarejestrowane na giełdach w Londynie i Szanghaju, natomiast srebro rafinowane posiada certyfikaty giełd w Londynie, Dubaju i Nowym Jorku. KGHM zajmuje pierwsze miejsce na świecie właśnie w produkcji srebra, a siódme w przypadku miedzi. – Produkujemy bardzo cenne i wysokiej jakości wyroby, dlatego wszyscy pracownicy, oraz osoby przebywające na terenie huty muszą być zarejestrowani w systemie ochrony, dla naszego bezpieczeństwa – powiedziała Anna Stasyszyn, starszy specjalista ds. administracji i informacji. Wchodzącym na doskonale strzeżony i zabezpieczony teren Huty „Głogów I” wydać by się mogło, że przekraczają granicę nieznanego świata. Dziesiątki kilometrów rurociągów, taśmociągów, wewnętrznych dróg, gdzie porusza się mnóstwo samochodów, labirynt torów kolejowych, wszystko sprawia ogromne wrażenie. Wchodząc do poszczególnych hal, w których prowadzony jest technologiczny proces produkcji miedzi, oglądamy potęgę przemysłu – tutaj naprawdę można się przekonać, że proces reindustrializacji w Polsce i w Europie dokonuje się z pełnym impetem. W środku pracującej na pełnych obrotach huty toczy się jeszcze budowa gigantycznego i bardzo nowoczesnego pieca zawiesinowego.

    Na pełnych obrotach

    Świat wielkiego przemysłu, najnowocześniejszych technologii jest niezwykle fascynujący, ale w święto patrona hutników św. Floriana chcemy spotkać ludzi, którzy każdego dnia wprawiają tę gigantyczną machinę w ruch. Spotykamy mistrza na Wydziale Przygotowania Wsadu P-1 Kazimierza Wróbla, który pracuje w głogowskiej hucie od 1977 roku. – Jesteśmy w takiej części huty, która jest bardzo rzadko odwiedzana i jak gdyby zapomniana przez wszystkich, a tutaj właśnie wszystko się zaczyna – powiedział Kazimierz Wróbel. Pan Kazimierz przez ponad 34 lata pracował na stanowisku sternika ciągów technologicznych. To bardzo odpowiedzialna praca, sternik na swojej zmianie ma pieczę nad całą produkcją działu i jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo pracowników. – Ludziom pracującym na sterowniach trzeba bardzo ufać, bo ich koncentracja, odpowiedzialność mają wpływ na zdrowie i życie innych. Na naszym wydziale jest 5 stanowisk kolejowych, teren obejmuje powierzchnię 5 ha., jest ok. 10 km taśmociągów. Nasz wydział jest największy, najbrudniejszy, ale dzięki naszej pracy przygotowany jest cały wsad do pieców szybowych. Na zmianie, w ciągu 8 godzin produkujemy 1000 ton wsadu. Ktoś może powiedzieć: co to jest 1000 ton? Proszę sobie wyobrazić, że to jest 3,5 miliona sztuk brykietu, który opuszcza naszą halę, a to już robi wrażenie – tłumaczył Kazimierz Wróbel. Dział, w którym pracuje pan Kazimierz, przygotowuje w ciągu doby: 220 ton koksu, 800 ton żużlu i 3000 ton brykietu-koncentratu miedzi. – Tutaj ciągle trzeba uważać, maszyny pracują na pełnych obrotach, a za to wszystko odpowiedzialny jest dozór. Mistrz to jak kapral w wojsku – dodaje mistrz Wróbel. W dalszym etapie produkcji brykiet trafia do pieców szybowych i jest wytapiany do formy kamienia miedziowego. Starszy specjalista ds. analiz technologicznych Mariusz Stasiak prowadzi nas na ogromną halę, gdzie pracuje kilka suwnic. Operatorzy dźwigów muszą przy każdym manewrze wykazać się wielkim refleksem i wyczuciem, bo to oni zaczepiają na ogromnych hakach kadzie, do których spływa wytapiany w temperaturze ok. 1200 st. Celsjusza kamień miedziowy, i przenoszą je do pieców konwertorowych, gdzie powstaje już miedź konwertorowa, czyli produkt o zawartości ok. 98, 5 proc. czystej miedzi.

    Precyzyjna rutyna

    Wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku, każda procedura ma swoje wyznaczone tempo, a do tego przewidziane są jeszcze prace remontowe pieców, żeby proces produkcyjny toczył się bez zakłóceń. Jesteśmy już przy kolejnym etapie, gdzie w piecach anodowych usuwa się z miedzi kolejne zanieczyszczenia w procesie rafinacji ogniowej. Powstałe w ten sposób anody poddawane są elektrorafinacji, podczas której miedź anodowa rozpuszcza się w elektrolicie i pod wpływem prądu stałego osadza na podkładkach katodowych, tworząc produkt finalny – miedź katodową o zawartości 99,99 proc. czystej miedzi. Wszystko dzieje się szybko, ale pod pełną kontrolą. Jednak, żeby ta czysta miedź trafiła do odbiorców, wielu hutników musi się bardzo napracować. – W przeszłości, pamiętam, czasami na koniec zmiany ktoś pytał, czy ja nie wróciłem czasem z Afryki, bo taki byłem czarny, ale pracowało się – wspomina Kazimierz Wróbel. Współczesna produkcja w hucie jest na wysokim poziomie bezpieczeństwa i dbałości o środowisko naturalne. Pan Kazimierz wspomina, że w przeszłości jadąc pociągiem do pracy widział buchające czarnymi kłębami dymu kominy hutnicze.

    – Teraz jest nie do pomyślenia, żeby działo się coś podobnego – dodaje wieloletni sternik ciągów technologicznych. Płynność pracy w hucie zależy od ilości przygotowanego wsadu do pieców szybowych. W kwietniu przy wiosennej pogodzie nie ma żadnych przeszkód atmosferycznych w przygotowaniu materiału, ale bywały mroźne zimy. Wagony z koncentratem przyjeżdżające z kopalni zamar- zały i trzeba było je wysadzać ładunkami wybuchowymi, żeby je rozładować i rozpocząć produkcję brykietu. – Czasami trzeba było pracować po 16-godzin, ale robiliśmy to chętnie – wspominał Kazimierz Wróbel. Po takiej 16-godzinnej zmianie hutnik wracając do domu, nie miał właściwie na nic siły. W normalnej sytuacji pan Kazimierz miał jednak czas na grę w piłkę, spotkania z przyjaciółmi, wycieczki górskie w Bieszczady i oczywiście czas dla rodziny. – Jestem bardzo dumny ze swoich dzieci, wykształciłem czwórkę – podkreślał Kazimierz Wróbel.

    Podejście do człowieka

    Mistrz zmianowy Kazimierz Wróbel starał się zawsze wprowadzać życzliwą atmosferę w swojej brygadzie. Wspomina, że kiedy uczył się swojego fachu, to z łopatą musiał naprawiać swoje błędy. Dlaczego? Ponieważ błąd sternika powodował wysypanie kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu ton materiału i ktoś musiał to ręcznie przeładować. – Po dwóch tygodniach takiego kursu nauczyłem się odpowiedzialności i szacunku do współpracowników. W pracy trzeba być człowiekiem, który nie wprowadza stresu, czy niepotrzebnych niepokojów, bo i tak na co dzień mamy ich zbyt dużo. Nasze życie jest jak centymetr krawiecki, trzeba dobrze wykorzystać czas, jaki jest nam dany – powiedział Kazimierz Wróbel. Kończy się zmiana, przyjeżdża kolejna brygada, produkcja w hucie trwa bez przerwy, 24 godziny na dobę. Wychodzimy przez skrupulatnie strzeżoną bramę zakładu, wracamy do innego świata, który korzysta z mozolnej pracy hutników i może bardziej gorliwie pomodlimy się do św. Floriana, patrona hutników, żeby wszystkich strzegł, by bezpiecznie wracali każdego dnia do swoich najbliższych, którzy czekają na nich w domu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół