• facebook
  • rss
  • Długa droga z Jeziórka do Jezior

    dodane 03.07.2014 00:15

    Apolonia i Marian Zajączkowscy ze Świebodzina żyją ze sobą w małżeństwie już 61 lat. Każde z nich ma swoją kresową historię. Dziś o swoim domu rodzinnym opowiada nam głowa rodziny.

    Apolonia i Marian Zajączkowscy pobrali się w 1953 roku. – Jak się poznaliśmy? Mieszkałem wtenczas w Jeziorach k. Świebodzina. Mój ojciec zmarł, zostałem z mamą i siostrą i musiałem zająć się gospodarką. Żona dostała pracę w Jeziorach, a ja nie czekałam, ale od razu uderzałem w konkury – śmieje się pan Marian. Zapytany o receptę na szczęśliwe małżeństwo, odpowiada: – Trzeba jeden drugiemu ustępować, bo to jest najważniejsze. W życiu różnie bywa, też nieraz się pokłócimy, ale zawsze jeden drugiemu musi ustąpić. W żadnym wypadku nie można na dłuższą metę się gniewać – podkreśla.

    Lasy czereśniowe

    Wszystko jednak zaczęło się setki kilometrów stąd. Pan Marian urodził się w 1934 roku na Podolu, w województwie stanisławowskim, a dokładnie we wsi liczącej ponad 120 numerów o nazwie Jeziórko, która należała do parafii Uście Zielone. – Charakterystyczne dla naszej miejscowości było wytryskujące tam potężne źródło wody. Tworzyło ono rzekę, na której były dwa młyny. Jeden mączny, a drugi – kaszarnia – opowiada świebodzinianin. – Ziemia piękna, czarnoziem, był tylko kamień wapienny, z którego budowano domy. Lasy też charakterystyczne, bo nie było prawie wcale sosny, tylko drzewa liściaste, przeważnie grab, buk, leszczyna i – co ciekawe – ogromne lasy czereśniowe. Tak jak tutaj sosny rosną, tam rosły czereśnie... Na tym górzystym terenie niezwykle trudna była zima. – Nasz dom stał na takiej skarpie. Często były bardzo potężne śniegi. Pamiętam srogą zimę z 1940 na 1941 rok. Śniegu napadało równo z dachami. Były robione tunele, żeby przejść do obory, stajni czy chlewu. Na wiosnę, jak to wszystko zaczęło puszczać, to było strasznie. W Uściu Zielonym tylko kominy sterczały, można sobie wyobrazić, jaki to był wielki potop. Potem na wiosnę był straszny głód. Obierki kartoflane były droższe niż sam kartofel przedtem – wspomina pan Marian.

    Przybity do ołtarza

    Świebodzinianin dobrze pamięta okupację. Najpierw przyszli Sowieci. – Żołnierze radzieccy mieli szynele, czapki z takimi czubami z naszytą płócienną czerwoną gwiazdą. Dużo osób zabierali na Sybir. Z naszej wioski wzięli nauczyciela, młynarza, dziedziczkę i mojego ojca także, bo należał do kółek strzeleckich. Jemu jednak udało się uniknąć wywózki, przez kilka tygodni trzymali go jednak w gminie Dylejów. Strasznie był bity, połamali mu dwa żebra, ale na szczęście wrócił do domu – wyjaśnia pan Marian. Kolejne lata wojenne wcale nie były łatwiejsze. Przyszli Niemcy. – Początkowo armia niemiecka składała się z żołnierzy walczących w I wojnie światowej, czyli starych wojaków. Byli bardzo kulturalni, pamiętam, jak mamie płacili za mleko, masło i jajka. Niestety, później przyszło młode wojsko hitlerowskie i to było straszne. Wtenczas były rozstrzeliwania, łapanki. Mego brata, który miał 15 lat, zabrali do Niemiec na roboty. Ja i siostra byliśmy za młodzi, to nas nie wzięli – opowiada. Jakby tego było mało, życie mieszkańców było zagrożone przez bandy UPA. – Te morderstwa zaczęły się w 1943 roku. Zaczęli nas prześladować za przyzwoleniem Niemców. Od połowy 1944 roku ojciec ukrywał się do tego stopnia, że nie nocował już w domu. Do nas przyszli jednej nocy, zaczęli wyważać drzwi. My zdążyliśmy uciec przez okno – mama pierwsza, siostra za mamą i ja z krzykiem za nimi. Ukryliśmy się w jednym z sąsiednich domów, u Ukraińca – wspomina pan Marian.

    – Mama na piec, siostra gdzieś indziej, a ja pod katafalkiem, na którym leżał zmarły sąsiad. Wtedy, wszedł jego syn Antek, który był już w bandach, popatrzył na nas i powiedział: „Siedźcie cicho, żeby nikt was nie zauważył”. W ten sposób zostaliśmy uratowani, ale od tej pory już nie nocowaliśmy w domu, a w ziemiance ukrytej pod chrustem i drewnem. Ze ściśniętym gardłem świebodzinianin wspomina jedną Msze św. – W czasie tych morderstw w kościele w Uściu Zielonym była odprawiana niedzielna Msza św. Banderowcy wkroczyli do kościoła, chwycili księdza i przybili do ołtarza, po czym zabrali się i poszli – mówi łamiącym się głosem i ze łzami w oczach.

    Józek żyje

    Naszedł 1945 rok i Polacy musieli opuścić swój rodzinny dom. – Wsiedliśmy na wagony bez dachu i pojechaliśmy na Ziemie Odzyskane – mówi pan Marian, który już w czerwcu z mamą, tatą i siostrą dotarł do Świebodzina. Do kompletu brakowało tylko brata, który był na robotach w Niemczech. Poszukiwania początkowo jednak niewiele dały. – Po pewnym czasie dostaliśmy wiadomość z Łodzi, że Józef Zajączkowski nie żyje. Że znalazł się Józef Zajączkowski, ale syn Franciszka, a nie Stanisława. A to był ojca brata syn, który też był zabrany na roboty do Niemiec – tłumaczy. – Dopiero trzy lata po wojnie, w 1948 roku, nasz brat też się odnalazł. Napisał list, który doszedł do wujka. Ja wtedy akurat byłem u niego w mieszkaniu. Wujek zaczął czytać na głos, a ja, nie myśląc dużo, szybko do domu i do taty: „Józek żyje!”. Okazało się, że był już w wojsku zawodowym w Ostródzie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół