• facebook
  • rss
  • Dla mnie to była święta rzecz

    dodane 31.07.2014 00:15

    70. rocznica powstania warszawskiego. Harcerz, powstaniec warszawski, nauczyciel, zielonogórzanin i Honorowy Obywatel Warszawy – Wiesław Cieśla, ps. Wacek, opowiada o 63 dniach walki z okupantem.

    Urodził się w 1928 roku w Złoczowie w woj. tarnopolskim na Kresach. – Mój ojciec był wojskowym, brał udział w 1920 roku w wojnie polsko-bolszewickiej. Kiedy awansował, przeniesiono go z rodziną – mamą, moją siostrą i mną – do Lwowa, a w roku 1932 do Warszawy, gdzie pracował w adiutanturze Ministerstwa Spraw Wojskowych. Tak znalazłem się w Warszawie, w której się wychowałem – opowiada pan Wiesław.

    W harcerskiej drużynie

    W 1938 roku W. Cieśla wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego, do 42. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Żwirki i Wigury, działającej w Szkole Powszechnej przy ul. Grottgera 33. Kiedy wybuchła wojna, włączył się w służbę Harcerskiego Pogotowia Wojennego. – Pomagałem tzw. służbie pomocniczej, którą pełniło harcerstwo. To było m.in. kopanie rowów przeciwlotniczych – mówi pan Wiesław. 7 września 1939 roku, na polecenie rządu Rzeczypospolitej, został ewakuowany wraz z rodziną na Wschód. – Razem dojechaliśmy tylko do Krasnego Stawu. Tam nas rozdzielono. Ojciec wraz z wojskiem pojechał do Rumunii, a ja z siostrą i mamą zostaliśmy sami. Wtedy ostatni raz widziałem mojego ojca – wspomina. Po tułaczce, w maju 1940 roku, Wiesław z siostrą i matką powrócili do domu w Warszawie. – Mieszkaliśmy na Dolnym Mokotowie przy ul. Grottgera 4, obok Łazienek i pięknej ul. Willowej. We wrześniu 1940 roku Jadwiga Barbanell zachęciła mnie do wstąpienia do zastępu działającego w konspiracyjnej 49. Warszawskiej Żeńskiej Drużynie Harcerskiej w szkole przy ul. Kazimierzowskiej 60. Było nas 6 kolegów. Pamiętam, że w tym czasie na murach były napisy: „Polska walczy, Polska zwycięży”, dlatego chcieliśmy działać. Mieliśmy po 13 lat. Wybrałem sobie pseudonim „Wacek” – wspomina harcerz. W 1942 r. cały zastęp przekazano Szarym Szeregom z powodu trudności, jakie miała drużyna żeńska w zapewnieniu chłopcom odpowiedniego programu działania. Opiekunem grupy został Stefan Mirowski „Bolek”. – Nasza drużyna liczyła prawie 20 osób. Szkoliliśmy młodszych chłopców, ale to nam nie wystarczało – chcieliśmy „czegoś więcej”, dlatego nasze dowództwo skierowało nas na kurs podoficerski „Wiarus”. Ukończyłem go w stopniu kaprala. Byliśmy szkoleni do służby pomocniczej w czasie powstania i mieliśmy się ujawnić dopiero po jego wybuchu – opowiada W. Cieśla.

    Pierwsze dni walki

    Choć minęło 70 lat od wybuchu powstania i słynnej godziny „W”, pan Wiesław doskonale pamięta nie tylko dzień 1 sierpnia, ale i pozostałe dni powstania. – Rano 1 sierpnia do mojego mieszkania, gdzie był punkt kontaktowy, przyszedł mój kolega i przełożony Longin Paluszkiewicz „Leszek” i powiedział, że powstanie wybuchnie o godz. 17. Wydał mi rozkaz wysłania zastępu łączników do komendanta chorągwi na Ochotę. Wysłałem 6 chłopaków, a ja i pozostali czekaliśmy na rozkazy od przełożonych. Kiedy przez długi czas żadne wiadomości ani rozkazy nie nadchodziły, w nocy z 1 na 2 sierpnia, uzbrojony w pistolet szóstkę belgijkę, przekradłem się przez park przy ul. Promenada, następnie ul. Dolną i dalej Puławską dotarłem do powstańców, gdzie dowiedziałem się o sytuacji po pierwszym dniu walki – wspomina powstaniec. Później wrócił do swojego mieszkania i już 4 sierpnia wraz z kolegami transportował rannych do szpitala elżbietanek przy Goszczyńskiego. Podczas powrotu z lecznicy spotkał drużynowego Jerzego Kannenberga „Kostka”, który pomógł jemu i jego kolegom zaciągnąć się do kompanii O2 batalionu „Olza” pułku AK „Baszta”. Bezpośrednim przełożonym „Wacka” był kpr. pchor. Ryszard Karwowski „Ryszard”. – Warunkiem przyłączenia się do AK było posiadanie broni. Ja miałem pistolet. Dostałem go w zamian za rower, który zabrałem Niemcom. W czasie różnych akcji podczas okupacji polowaliśmy na rowery, które były potrzebne dla łączników. Były sklepy Mainra, w których kupowali tylko Niemcy i volksdeutsche. W imieniu Polski Podziemnej zabieraliśmy im te rowery – wspomina W. Cieśla.

    Chcieliśmy być wolni

    „Wacek” podczas powstania wraz z kolegami włączył się m.in. w pomoc przy organizowaniu szpitala dla rannych w domu starców przy ul. Belwederskiej, uczestniczył w akcjach bojowych, takich jak szturm na niemieckie bunkry przy ul. Dworkowej, wyprawa po broń czy ratowanie zbombardowanego kościoła św. Michała, oraz w walkach na Reducie „Magnet”. – Byliśmy młodzi i działaliśmy z wielkim zapałem. Mieliśmy broń, na zmianę strzelaliśmy z karabinów. Zajmowaliśmy się tzw. polowaniem na Niemców. W fabryce „Magnet” w oknach porobiliśmy barykady ze skrzyń z piaskiem, a naprzeciwko była tzw. czerwona willa, w której byli Niemcy. Najpierw do nich strzelaliśmy, a później obrzuciliśmy willę granatami. W tej fabryce przeżyliśmy wiele, m.in. naloty niemieckich samolotów szturmowych – wspomina powstaniec. – Nienawiść do okupanta była bardzo duża. Nie znoszę pytań o celowość powstania, wtedy o tym nikt nie myślał. Czekaliśmy na jego wybuch, chcieliśmy walczyć i zwyciężyć, i być wolni. Byliśmy nasiąknięci patriotyzmem i miłością do ojczyzny. Dla mnie to była święta rzecz. Były powstania kościuszkowskie, styczniowe, wielkopolskie... Istotą powstania warszawskiego była walka, zniszczenie Niemca i obrona Polski – dodaje. Pan Wiesław jest mocno przekonany o tym, że podczas wojny nad jego życiem czuwała opatrzność Boża. Wiele razy uniknął śmierci. – Podczas powstania zostałem ranny. Mój kolega „Bohdanek” schodził ze służby wartowniczej i czyścił broń, i wtedy nieumyślnie trafił mnie w głowę. Miałem duże szczęście, bo kula przeszła po czaszce w okolicach skroni. 3 mm dzieliły mnie od śmierci – opowiada „Wacek”. – Bóg, Honor i Ojczyzna – te wartości zawsze i wszędzie nam przyświecały Jako harcerze uczestniczyliśmy obowiązkowo w czasie okupacji w specjalnej Mszy św., tzw. dziewiątówce, w kościele pw. Najświętszego Zbawiciela. Jak się szło na akcję, to ksiądz kapelan Zieja udzielał nam ogólnego rozgrzeszenia. Opatrzność mocno czuwała nade mną, bo byłem w wielkich tarapatach i ze wszystkich wyszedłem.

    Kanałami do Śródmieścia

    Od 8 września W. Cieśla zaczął działać w Harcerskiej Poczcie Powstańczej na Mokotowie. Zorganizował 6-osobowy zastęp łączników bojowych, składających się ze starszych uzbrojonych chłopców pozostających przez 24 godziny do dyspozycji dowództwa. Po kapitulacji Mokotowa włączony został do resztek batalionu „Zośka”. – Niemcy likwidowali powstanie, niszcząc po kolei poszczególne dzielnice. Zaczęli od Ochoty przez Wolę, Stare Miasto, Czerniaków, Mokotów i na końcu Śródmieście. Około 28 września padł Czerniaków. Pamiętam, jak żołnierze grupy „Radosława” z Czerniakowa kanałami wychodzili u nas, na Mokotowie, m.in. straszliwe resztki „Zośki” i „Parasola”. Wtedy było już wiadomo, że Mokotów też padnie. Młodszych chłopców z Poczty Polowej rozesłano do domu, a nas wcielono do resztek batalionu „Zośka” – mówi powstaniec. – Wchodziliśmy do kanałów – 700 osób z bronią w ręku. Szliśmy do Śródmieścia, by tam dalej walczyć. Wchodziliśmy późnym wieczorem. Coś takiego trudno przeżyć. Schodziliśmy po klamrach do kanału w dół ok. 4 do 5 m. Prowadzili nas tzw. kanalarze, którzy znali drogę. Było ciemno, woda, której poziom się podnosił, odór. Kanały miały różne rozmiary. Były tzw. burzowce, wysokie na 2 m i tam można było iść normalnie, ale były też takie, w których poruszaliśmy się na czworakach. Przejście kanałami z Mokotowa do Śródmieścia wiązało się nie tylko z trudem i zmęczeniem, ale i z niebezpieczeństwem, bo Niemcy otwierali włazy do studzienek i wrzucali do nich karbid i granaty. Grupa, w której znalazł się „Wacek”, szczęśliwie pokonała podziemną trasę i wyszła w Alejach Ujazdowskich, na rogu ul. Wilczej. – Normalnie bym tę trasę przeszedł ulicami w 40 minut, my szliśmy kanałami 10 godzin. Tam, na Wilczej, spotkałem jednego z łączników, którego wysłałem 1 sierpnia na Ochotę. Po wyjściu z kanałów skierowano nas na stanicę harcerską i zaopiekowano się nami. Brakowało wody i jedzenia. Za 3 dni była kapitulacja i zawieszenie broni. Pamiętam ostatni apel, były odznaczenia, awanse i życzenia. Na koniec odśpiewaliśmy też pieśń: „Wszystko, co Polsce damy” – wspomina „Wacek”.

    Dla ojczyzny wszystko

    Po kapitulacji W. Cieśla nie poszedł z wojskiem, ale opuścił Warszawę wraz z wypędzaną pod niemiecką eskortą ludnością cywilną. Zatrzymany w Krakowie, został wywieziony na roboty do Rzeszy. Do kraju powrócił w maju 1945 roku. W Warszawie spotkał matkę i siostrę. Ojciec zmarł w Londynie. W 1947 r. opuścił stolicę i przyjechał na Ziemie Zachodnie. Podjął studia zaoczne i pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego oraz kontynuował działalność harcerską w Chorągwi Zielonogórskiej. Po 70 latach mówi, że nadal jest harcerzem, a zapytany o powstanie, rzuca twardo: – Nigdy nie wolno się cofnąć przed ofiarą życia za ojczyznę. Dla niej trzeba wszystko poświęcić, nie patrząc na nic. Polska jest najważniejsza. Dla niej trzeba żyć i pracować.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół