• facebook
  • rss
  • Pseudonim „Ksiądz”

    dodane 31.07.2014 00:15

    Okrągła rocznica polskiego zrywu w stolicy przyniosła nowe produkcje filmowe i telewizyjne. Takich ludzi honoru, którzy z całego serca kochali ojczyznę, mamy jednak nie tylko na szklanym ekranie. Niektórzy, na szczęście, są jeszcze pośród nas.

    Imię i nazwisko: Tadeusz Goszczyński, rok urodzenia: 1925, miejsce urodzenia: Nowa Wieś-Śladów, stopień: strzelec, oddział: Armia Krajowa, Grupa „Kampinos”, 2. Szwadron, szlak bojowy: Kampinos–Jaktorów, pseudonim: „Ksiądz”. To tylko garść suchych faktów zapisanych na stronie internetowej Muzeum Powstania Warszawskiego. Za tymi kilkoma informacjami kryje się historia jednego z bohaterów tamtych dni, który do dziś mieszka w Gorzowie Wlkp. Niemcy błagali Niemców Wprawdzie na świat przyszedł u rodziny na wsi, to jednak Starówka w Warszawie była mu prawdziwym domem. – Ojciec był krawcem, a mama zajmowała się domem. Ludzie na Starówce żyli biednie, ale radośnie – wspomina pan Tadeusz. – Uczęszczałem do szkoły katolickiej i któregoś razu na lekcji religii przeczytałem swój wiersz liczący chyba ze 40 zwrotek. Cała klasa się uśmiała. Ksiądz katecheta powiedział: „Masz gadkę! Ty księdzem zostaniesz”. Prawdziwym księdzem nie zostałem, ale pseudonim do czasów wojennych został. Spokojne życie przerwała jednak wojna. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zgasić młodzieńczego ducha. – 1 września na ulicach śpiewaliśmy: „Anglia z nami, Francja z nami, my Hitlera w d... mamy”, ale – niestety – wkrótce okazało się co innego – mówi pan Tadeusz. Tuż po rozpoczęciu wojny wybrał się na wieś do rodziny, by zawieźć siostrę z dzieckiem. Tam też jednak nie było zbyt bezpiecznie. W pobliżu jego miejsca urodzenia rozegrała się największa potyczka podczas kampanii 1939 roku, czyli bitwa nad Buzrą. – Strasznie tam było. Bzura była czerwona od krwi. Trupów pełno – wspomina. – Jako harcerz dostałem się do niewoli razem z żołnierzami. Na szczęście czmychnąłem i ukryłem się wśród cywilów wracających do swoich gospodarstw. Zaraz potem okrążyli nas Niemcy. Wśród nas było też trzech miejscowych Niemców, którzy tłumaczyli, że wszyscy jesteśmy tutejszymi gospodarzami. Oficer jednak krzyczał, że wszystkich nas rozstrzela. Wtedy gospodarze niemieccy padli na kolana i jakoś ubłagali żołnierzy, którzy nas puścili. Po powrocie do Warszawy wcale nie było łatwiej. Każdy starał się normalnie żyć, ale bezpiecznie nikt nie mógł się czuć. Podczas jednej z łapanek został aresztowany razem z bratem. – Trzymali nas na Skaryszewskiej na Pradze. Było tam betonowe ogrodzenie zakończone stalowymi prętami ze szpicem. Przesiedzieliśmy noc na podwórku, a na drugi dzień w kilkanaście osób zdecydowaliśmy się na ucieczkę. Jeden drugiemu pomógł, raz i na mur uciekliśmy. Niemcy zaczęli strzelać, ale na szczęście nikogo nie zabili. Do mostu mieliśmy tylko kilkaset metrów i udało się uciec – wspomina pan Tadeusz. Powstanie i Kampinos Jako 19-latek nie wyobrażał sobie nie wziąć udziału w powstaniu warszawskim. W samej stolicy przez dwa tygodnie służył jako łącznik i nosił rozkazy. Bardzo chciał walczyć, ale wciąż brakowało broni. – Gdy dowiedziałem się, że w Puszczy Kampinoskiej są partyzanci, pomyślałem sobie, że trzeba do nich ruszyć – wspomina. Po drodze udało mu się załatwić broń oraz konia i pojechał. Nie było łatwo znaleźć żołnierzy, ale po różnych perypetiach dotarł do celu.

    – Jak przyjechałem do partyzantów, od razu zaczęli mnie wypytywać jak w sądzie. Wkrótce przyjechał dowódca „Dolina”. Zapytał: „O co chodzi?”. Partyzanci odpowiedzieli: „On chce się do nas przyłączyć”. Na to dowódca: „Ma konia, broń, to do ułanów, do naszego szwadronu” – opowiada pan Tadeusz, który miał okazję spotkać w Kampinosie późniejszego prymasa Polski ks. Stefana Wyszyńskiego, bo był w tamtym czasie zastępcą tamtejszego kapelana ks. Jerzego Baszkiewicza. Grupa „Kampinos” dwa razy słała pomoc do powstania warszawskiego, a na terenie Puszczy Kampinoskiej stoczyła kilkadziesiąt zwycięskich bitew z hitlerowskim okupantem. Zginąć można było w każdej chwili i oczy trzeba było mieć dookoła głowy. – Pamiętam, w drodze do Jaktorowa byłem na czujce. W którymś momencie zauważyłem w krzakach Niemców z cekaemem. Mówię do dowódcy „Okonia”: „Uwaga, Niemcy!”. On do wszystkich: „Cicho. Przygotować się!”. Krzyknęliśmy: „Hände hoch!” i tak rozbroiliśmy ich. Zapytali, czy będziemy ich rozstrzeliwać, odpowiedziałem: „Nein” – relacjonuje pan Tadeusz. We wspomnianym Jaktorowie odbyła się 29 września bitwa z wojskami niemieckimi. Ciężkie walki zakończyły się rozbiciem Grupy „Kampinos”, która wcześniej liczyła ok. 1200 żołnierzy. – Nas, żywych, zawieźli na gestapo do Żyrardowa. Miałem przy sobie zaświadczenie, że pracuję u Niemca na wsi i to uratowało mi życie. Przesłuchujący mnie żołnierz zobaczył to zaświadczenie i kazał zaczekać. Wyszedł, ale nie zamknął drzwi na klucz. Nie zastanawiałem się długo i wyszedłem. Nikt mnie nie zatrzymywał i tak uciekłem. Później, po drodze, różni żołnierze mnie zatrzymywali, ale za każdym razem ten papier ratował mi życie – wspomina. I dodaje: – W końcu wróciłem z powrotem do Warszawy. Wkrótce po zakończeniu wojny dostałem od kumpla informację: „»Ksiądz«, uciekaj, bo UB cię szuka”. Jakbym został w Warszawie, to pewnie... I tak przyjechałem do Gorzowa w 1945 roku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół