• facebook
  • rss
  • Mamo, ktoś puka do drzwi

    dodane 28.08.2014 00:15

    Wojenna historia. – Dla rodziców to było coś normalnego, nic nadzwyczajnego. Po prostu pomogli przyjacielowi. Nieważne, Żyd czy nie. Najważniejsze, że człowiek – podkreśla Apolonia Zajączkowska ze Świebodzina.

    Wczasie II wojny światowej udzielili schronienia swojemu żydowskiemu znajomemu Szymonowi Kantorowiczowi. Ich poświęcenie w 2008 roku docenił Instytut Yad Vashem w Jerozolimie i przyznał tytuł Sprawiedliwi wśród Narodów Świata – Marii i Kazimierzowi Krepskim oraz ich dzieciom: Kazimierzowi, Michałowi i Apolonii. Na medalu widnieje, pochodzący z Talmudu, napis „Kto ratuje jedno życie – ratuje cały świat”. Takie odznaczenie otrzymało już ponad 25 tys. osób, w tym 6,5 tys. Polaków. Wśród nich także nasi diecezjanie. – Taka szkoda, że rodzice i bracia nie doczekali tej chwili – mówi pani Apolonia ze Świebodzina.

    Ciche pukanie

    Apolonia Zajączkowska mieszka z mężem Marianem w Świebodzinie. Jednak korzenie jej rodziny sięgają o wiele dalej. Przyszła na świat w 1934 roku, jako owoc miłości Marii i Kazimierza Krepskich. Razem z rodzicami i rodzeństwem mieszkała w Helenowie koło Nieświeża na terenie dzisiejszej Białorusi. Drewniany dom stał z dala od wioski na polu. – Rodzice żyli z gospodarki. Mieliśmy 20 hektarów. Było zboże, sad, krowy, świnie, pszczoły i piękne konie – wylicza pani Apolonia. Przyjaźnili się z mieszkającym w sąsiedniej wsi Uznoga młodym krawcem i jego ciotką Judą. – Przychodzili do nas po mleko, ser i jajka. On był i fryzjer, i krawiec, i strzygł, i szył. Ojciec nie chodził do fryzjera, tylko Szołom przychodził, to był Szymek, ale wszyscy go tak nazywali. To był taki przyjaciel rodziny – wspomina pani Apolonia. A prawdziwych przyjaciół poznaje się przecież w biedzie. O tym przekonał się Szołom w trakcie II wojny światowej. – We wsi mieliśmy dużą szkołę. Chodziliśmy tam razem z braćmi. W czasie wojny zakwaterowali się w niej Niemcy – wspomina mieszkanka Świebodzina. – Po pewnym czasie zaczęli zabijać Żydów. We wrześniu 1942 roku zabili ciotkę Szołoma, a on sam uciekł i parę dni siedział w lesie. Żywił się tylko tym, co tam znalazł. Jak zrobiło się chłodno przyszedł do nas pod okno. Zapukał tak cichutko, że to pukanie pamiętam do dziś bardzo dobrze. Spaliśmy razem i mówię: „Mamo, ktoś puka do drzwi”. Mama wstała i pyta: „Kto tam?”. Głos za oknem odpowiedział: „To ja, Szołom. Otwórzcie, tylko światła nie palcie”. Na pewno bał się, że ktoś może go zobaczyć – kontynuuje.

    Kryjówka pod podłogą

    Krepscy dobrze wiedzieli, co grozi za przechowywanie Żydów domu, ale przyjęli Szymka bez wahania. – Szołom siedział w domu, szył ubrania, kożuchy, coś reperował, zawsze miał jakieś zajęcie. A w piątek po zachodzie słońca wyciągał Torę. Wtedy nie wolno było mu przeszkadzać – wspomina pani Apolonia. Ze względu na duże zagrożenie, bo przecież niedaleko w szkole stacjonowali Niemcy, Krepscy kazali swoim dzieciom milczeć na temat wszystkiego, co działo się w ich domu. Apolonia, Kazimierz i Michał Krepscy codziennie stali na czatach i wypatrywali, czy do ich domu nie zbliża się niemiecki patrol. – Na szczęście w domu mieliśmy okna dookoła i z każdej strony widzieliśmy, kto do nas szedł. Nikomu nie mówiliśmy, że u nas ktoś się ukrywa, i żyliśmy w ciągłej niepewności. Od pilnowania, kto idzie, były dzieci. Miałam dwóch starszych braci, którzy co jakiś czas siedzieli na dachu i wypatrywali. Niemcy przychodzili często. Kupowali od nas słoninę czy jajka. Pamiętam, że najczęściej przychodził jeden i ten sam. To był Niemiec austriacki – dodaje. Gdy tylko ktoś się zbliżał, Szołom chował się do kryjówki. – Ojciec w pokoju wyjął deskę z podłogi i pod nią zrobił głęboki dół. W razie niebezpieczeństwa podnosiło się deskę, Szymek wchodził, a na desce kładł się duży pies i nie ruszył się za żadne skarby. Nawet jakby ktoś go kopnął, to i tak nie zszedłby z niej. Kryjówka była na tyle duża, że można było tam usiąść, chodzić na pewno nie, bo to nie była piwnica – wyjaśnia pani Apolonia. Z czasem okazało się, że o ukrywającym się żydowskim krawcu wiedzieli niemal wszyscy mieszkańcy Helenowa. A mimo to przez cały okres okupacji nikt nie zdradził tajemnicy, która mogła sprowadzić śmierć również na rodzinę Krepskich.

    Życie jest bezcenne

    Po wojnie rodzina pani Apolonii wyjechała na Ziemie Zachodnie. Do pociągu z repatriantami wsiadł Szymon Kantorowicz. – Jechaliśmy z całym dobytkiem. Szymka rodzice schowali w sianie. Wysiadł za Warszawą, chyba w Łodzi. Chciał nam zapłacić za ocalenie życia, ale ojciec nie przyjął zapłaty – wspomina pani Apolonia. Krepscy osiedlili się w Glińsku. Szymon Kantorowicz odnalazł swoich przyjaciół w 1947 roku. Ożenił się z Żydówką z Łodzi. – Wyjechał do Holandii. Później korespondowaliśmy, nawet gdzieś miałam jego zdjęcie z żoną i dzieckiem, które nam przysłał. W końcu popłynął statkiem do Kanady i stamtąd też pisał – wspomina pani Apolonia. Tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata został przyznany rodzinie pani Apolonii w sierpniu 2006 roku. Uroczystość wręczenia odbyła się dopiero 18 marca 2008 roku podczas ceremonii w Sali Kolumnowej Sejmu RP w Warszawie. Na uroczystości wręczenia medalu Sprawiedliwi wśród Narodów Świata w Warszawie w 2008 roku nie mogły być obecne dzieci Szymona Kantorowicza. Przyszedł jednak list: „Mam na imię Rubin. Moim ojcem był Szymon (Scholim) Kantorowicz (…) Mój ojciec niewiele mówił o tamtych czasach. Jednakże gdy je wspominał, opowiadał o warunkach, które doprowadziły do Holokaustu. Jednym z nich była m.in. polityka odczłowieczania Żydów. Uważam, że należy oddać hołd rodzinie Krepskich oraz wszystkim tym, którzy się jej przeciwstawili i zachowali ludzką postawę, podejmując ryzyko w warunkach nazistowskiej okupacji” – napisał w liście Rubin i kontynuował: „Wiem, że w czasie wojny mój ojciec posiadał złote monety z wizerunkiem cara Mikołaja. Nadal posiadamy kilka z nich. (…) przy każdej okazji podkreślał, że jego propozycja nigdy nie była przyjęta. Moim zdaniem jest to świadectwo ludzkiej postawy Krepskich i innych rodzin”. Pani Apolonia już nigdy nie spotkała Szymona Kantorowicza, ale jego synów owszem. – Skontaktowaliśmy się przez internet. Jego synowie odwiedzili nas podczas podróży do Anglii. Nasz wnuk zna dobrze angielski i pomógł nam w komunikacji. Powiedzieli, że z Warszawy pojadą pociągiem do Poznania, i poprosili, żeby po nich wyjechać. Powiedziałam, że ten pociąg jedzie przez Świebodzin. Wtedy przyjechał Beniu i już na dworcu krzyczał: „Apolonia, Apolonia”, kwiaty kupił, dziękował, że dzięki rodzicom i nam oni mogli się urodzić. Powspominaliśmy dawne czasy i trochę popłakaliśmy – opowiada. – Z Rubinem spotkałam się we Włocławku. Chcą ponownie nas odwiedzić – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół