• facebook
  • rss
  • Czas honoru pana Dominika

    dodane 04.09.2014 00:15

    „Wie Pan, ja jestem żołnierz wyklęty. Wojna skończyła się w 1945 roku, 
ale nie dla mnie” – tak rozpoczyna opowieść mieszkaniec Serbów k. Głogowa.

    Dominik Kiziak urodził się
4 września 1924 roku w Majdanie Pieniackim, na terenie dzisiejszej Ukrainy, jako owoc miłości Anny i Jana. – Mój ojciec w trakcie I wojny światowej służył w austriackim wojsku. Dostał się do niewoli włoskiej, a stamtąd został zwerbowany do armii Hallera. Po uzbrojeniu i przeszkoleniu żołnierze wrócili pociągiem do Warszawy. Tata walczył z bolszewikami, doczekał się stopnia kaprala – opowiada pan Dominik.


    Oblali benzyną i podpalili


    – W maju 1942 roku weszła do nas organizacja AK. W czerwcu, mając 18 lat, złożyłem swoją przysięgę – opowiada Dominik Kiziak. W 1943 roku rozpoczęła się fala mordów na Wołyniu. – Wołyniacy uciekali na bezpieczniejsze tereny. Zatrzymywali się w wioskach, gdzie przyjmowały ich polskie rodziny. Dotarli także na nasze tereny. Było u nas pięć wiosek czysto polskich: Huta Pieniacka, Majdan, Huta Werchobuska, Huta Oleska i Podhorce – mówi. – Ludzi ogarnął strach. Zaczęła tworzyć się samoobrona. Największy bastion powstał w Hucie Pieniackiej. Trzeba było jak najwięcej broni zgromadzić. W październiku, na Stefana, miał miejsce pierwszy mord w naszych okolicach. Gdzieś około 12 km od nas, w kolonii Halerczyn. W nocy banderowcy zamordowali 16 osób. Jedna kobieta była w stanie błogosławionym – dodaje.
Po mordzie strach był jeszcze większy. Okopywano wioski, wystawiano warty, kopano ziemianki, w stodołach robiono schrony. – Ludzie byli przerażeni. Z każdej zmobilizowanej wioski wybrano i przeszkolono sześciu chłopaków do obrony. Ja również dostałem się do „szóstki”. Byłem najmłodszy – kontynuuje.
Największa tragedia rozegrała się 28 lutego 1944 roku w Hucie Pieniackiej. We wsi miał miejsce mord na ludności polskiej, dokonany przez żołnierzy 4. Pułku Policji SS, złożonego z ukraińskich ochotników SS-Galizien pod dowództwem niemieckim, przy udziale oddziału UPA i oddziału paramilitarnego ukraińskich nacjonalistów. – Rankiem 28 lutego otoczono wioskę. Wszystkich mieszkańców wyprowadzono z domów i spędzono do kościoła i stodół. Oblano benzyną i podpalono. 1200 ludzi zostało spalonych. Z rodziny mojej babki 16 osób – opowiada pan Dominik. – Atak na Hutę trwał od szóstej rano do wieczora. Kobiety, dzieci, młodzież, starzy: spaleni, zabici – kontynuuje.


    Więzienie dla akowców


    Pan Dominik wiele mógłby też opowiedzieć o wojennej partyzantce. Po zakończeniu II wojny światowej władze kraju wcale nie uznały go za bohatera. – Wojna skończyła się, ale nie dla nas. NKWD szukała akowców. Musieliśmy trzymać się razem, aby nie dać się złapać – zauważa pan Dominik. – Za Miechowem, niedaleko Książa Wielkiego, 22 czerwca 1945 roku wpadliśmy w pułapkę UB. Po pierwszej rozprawie dostaliśmy wyroki 7 lat więzienia za nielegalne posiadanie broni i udział w nielegalnych organizacjach. W kolejnych rozprawach adwokaci zbili wyrok do 2 lat – dodaje. Karę odsiadywał w krakowskim więzieniu „Michał”. Warunki były tam straszne. – W sali 5 na 6 metrów siedziało około 30 ludzi. Nie było miejsca, żeby rozłożyć sienniki, i ludzie spali na drewnianej podłodze. Żeby się pomieścić, wszyscy spali na boku, a żeby się obrócić, to wszyscy musieli obracać się na komendę, taki był ścisk. Racja żywieniowa była bardzo skromna i ludzie padali z głodu – opowiada.
Na szczęście udało się uciec. We wrześniu 1946 roku pan Dominik ponownie trafił do partyzantki, tym razem w okolicach Wadowic. – Tam nas uzbrojono. To była nieduża grupa, około stu ludzi, pod dowództwem „Mściciela”. Naszym zadaniem było ukrywanie się i na ile to możliwe przeszkadzanie panującej władzy – wyjaśnia. Tak było do 18 kwietnia 1947 roku. Na polecenie dowódcy „Stasiaka” ujawnił się cały oddział. – Około 60 osób razem ujawniło się w Wadowickim Urzędzie Bezpieczeństwa. Zdaliśmy broń, podaliśmy nasze dane. Dostaliśmy dokument ujawnienia – tłumaczy Dominik Kiziak.
Wojenna tułaczka skończyła się w Serbach, gdzie odnalazł rodzinę. To jednak wcale nie oznaczało sielanki. – Podczas meldunku w Sławie, gdzie zgłosiłem się z dokumentem ujawnienia, powiedziano mi, że z takimi dokumentami ciężko mi będzie znaleźć pracę, bo takich mają na oku. Później jeszcze UB sprawdzało, czy nie kontaktuję się z kimś podejrzanym, czy nie prowadzę jakiejś nielegalnej działalności, i chyba chcieli mnie zastraszyć – tłumaczy mieszkaniec Serbów.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół