• facebook
  • rss
  • Kozioł ślubny i klarnet Es z maryną

    dodane 25.09.2014 00:00

    Jubileusz „Kotkowiaków”. Charakterystyczne stroje, niezwykła muzyka i oryginalny instrument. On właśnie wyróżnia koźlarzy od innych ludowych muzyków.

    Chociaż kapela ze Zbąszynka ma dopiero 25 lat, jednak jej dzieje mają swój początek o wiele wcześniej. „Kotkowiacy” to nowa nazwa, nadana kapeli koźlarskiej, która rodziła się w latach 60. XX wieku. Twórcą i założycielem ówczesnej kapeli koźlarskiej w Zbąszynku był Tomasz Kotkowiak, muzyk i pasjonat regionalnej tradycji. – Dziadek urodził się w Siedlcu koło Wolsztyna, w rodzinie muzyków ludowych. Do Zbąszynka przyjechał za pracą i tu stworzył kapelę, która działała przy Domu Kolejarza, pod patronatem Związków Zawodowych Kolejarzy – opowiada Jurek Skrzypczak, wnuk Tomasza i szef kapeli koźlarskiej „Kotkowiacy”.

    – Dziadek grał ze swoimi braćmi i innymi koźlarzami. Podstawowymi instrumentami w kapeli były kozioł weselny biały, skrzypce i klarnet Es. Kapela grywała głównie na zabawach i weselach. Dziadek uczył też gry na koźle. Wykształcił ok. 150 młodych ludzi grających na instrumentach i śpiewających, uczył również tańca. Oprócz tego zbudował kilkanaście instrumentów. To był wspaniały człowiek!

    Śpiewałem na szafie

    Jurek, dzięki wielkiej pasji dziadka i obecności koźlarskiej muzyki w domu rodzinnym, już w wieku 9 lat zaczął interesować się muzyką i grą na instrumentach ludowych. – Wyrosłem w koźlarstwie. Śpiew i muzykę kozła znam od dzieciństwa. Odkąd pamiętam, w domu mojego dziadka się grało, nie tylko przy okazji imienin czy świąt, ale zawsze, kiedy schodziła się rodzina. Starsi brali instrumenty, grali i śpiewali. Pamiętam również kozy, które się pasły u dziadka na podwórku – wspomina koźlarz. – Kiedy miałem 9 lat, byłem za mały, by napompować kozła, więc dziadek wziął mnie do kapeli, żebym śpiewał. Byłem niskiego wzrostu, więc siedziałem na szafie i śpiewałem. Później dziadek specjalnie dla mnie zbudował małego koziołka, żebym grał – śmieje się.

    Kapela brała udział w rozmaitych konkursach, biesiadach koźlarskich i świętach państwowych. Pomimo że w okolicy muzyków ludowych nie brakowało, kapela prowadzona przez T. Kotkowiaka była znana i lubiana w regionie. Przyszły jednak czasy, kiedy Tomaszowi wręczono wypowiedzenie i po 30 latach pracy musiał odejść z Domu Kultury w Zbąszynku. Powodem był brak pieniędzy na prowadzenie kolejnych sekcji i kółek zainteresowań. – Dziadek bardzo to przeżywał. Pojechał nawet do ówczesnych władz i powiedział, że jeżeli nie pozwalają mu grać, to niech obetną mu ręce, bo bez koźlarstwa on nie umie żyć. Nic to jednak nie dało – opowiada Jurek.

    Na cześć dziadka

    Pomimo trudności, lepszych i gorszych czasów dla koźlarzy i regionalnego folkloru, kapela przetrwała, choć jej skład się zmieniał. Młodzi koźlarze, wychowani przez pokolenie „dziadka Kotkowiaka”, bo tak mówiono o protoplaście kapeli, postanowili na jego cześć 25 lat temu nadać zespołowi nazwę „Kotkowiacy” i kultywować oraz pielęgnować spuściznę swoich rodziców i dziadków.

    – Wyrastałem w rodzinie koźlarskiej i dziś staram się to wszystko zachowywać i opowiadać, by przetrwało – mówi szef kapeli. Przemysław Dudziński w kapeli jest od 2000 roku. Granie i śpiewanie to jego hobby i odskocznia od pracy. – W wieku 13 lat podjąłem naukę w szkole muzycznej. Grałem na instrumentach ludowych, ale także na skrzypcach i pianinie. Mój tato też grał i ja poszedłem w jego ślady. Uczyli mnie starsi muzycy ludowi – mówi koźlarz. – Pamiętam, jak nasi rodzice i dziadkowie sadzali nas na kolanach i nucili nam piosenki do ucha. Każdej uroczystości rodzinnej towarzyszyły śpiewy i przyśpiewki ludowe.

    Nie jesteśmy anonimowi

    Granie i śpiewanie w kapeli koźlarskiej to często rodzinna tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie. W rodzinie Skrzypczaków, oprócz Jurka, w kapeli śpiewała jego żona Mirosława. Do zespołu dołączyła również ich córka Marta, która do dziś gra na skrzypcach i śpiewa w kapeli. – W zespole gram od ponad 10 lat, bo wychowałam się przy tej muzyce. Moi rodzice grali i śpiewali, w domu muzyka była na co dzień i dlatego ją pokochałam. Lubię grać, śpiewać i rozsławiać Zbąszynek. Również moim dzieciom śpiewam piosenki i mam nadzieję, że tak jak ja to pokochają. Chcę, by wiedziały, skąd pochodzą, jak to się wszystko zaczęło i żeby nie wstydziły się swoich korzeni – mówi Marta Liczbańska. – Dziś mało ludzi przywiązuje wagę do wartości, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wielu nie wie, skąd ta muzyka i tradycja. Dla mnie to jest bardzo ważne.

    „Kotkowiacy” wiele wagi przykładają do swojego stroju i instrumentów ludowych. Gra na koźle jest zaszczytem i honorową umiejętnością. – Jesteśmy ewenementem jako kraj, bo mamy 8 odmian dud. Tylko na naszym małym obszarze, w Regionie Kozła, do którego zalicza się 7 gmin, są 3 instrumenty dudowe – kozioł weselny biały, kozioł ślubny czarny i pasterski instrument sierszenki – wylicza J. Skrzypczak.

    Wygląd kapeli jest również bardzo ważny. Jak to przy strojach ludowych bywa, każdy kolor, krój i wzór mają znaczenie. Noszenie takiego odzienia jest również powodem do dumy. – Nasz strój jest niepowtarzalny i ciekawy. Dzięki niemu nie jesteśmy anonimowi – tłumaczy M. Liczbańska.

    W kapeli jak w rodzinie

    Kapela koźlarska to mała, kilkuosobowa grupa, ale z wielkim potencjałem. Grają ok. 30 do 40 koncertów rocznie. „Kotkowiacy” bywają na dożynkach, biesiadach koźlarskich, weselach, imieninach i okolicznościowych imprezach. Grają też w szkołach i opowiadają uczniom o swoich tradycjach i folklorze.

    – Graliśmy m.in. na Mszy św. prymicyjnej w Zielonej Górze i na Pasterce w Chlastawie. Przygotowujemy się również do 40. Biesiady Koźlarskiej w Zbąszyniu. Śpiewamy piosenki ludowe, które opowiadają o tym, co się dzieje na wsi, o pracy, zabawie, świętach, weselne, ślubne i obrzędowe. Na pamięć znam ok. 200 utworów. Uczyli mnie ich mój dziadek i inni starsi koźlarze – mówi J. Skrzypczak. – Z kapelą spotykamy się również prywatnie, np. na wspólnym grillu, odwiedzamy się wzajemnie, gramy w domach. Jesteśmy koźlarską rodziną. Kiedy jest przerwa w koncertach, brakuje nam gry i śpiewu – dodaje.

    Kapela to też sposób na oderwanie się od codzienności i pracy. – Dzięki temu, że gram, śpiewam i wyjeżdżam z zespołem, mogę poznawać ciekawych ludzi i ich kultury, nowe zespoły i zwiedzać różne miejsca, a także promować nasz region – mówi M. Liczbańska. – Poza rodziną i pracą zawodową to kocham grać. Nie stoimy w miejscu, uczymy się nowych utworów. Jeździmy po kraju i za granicę. Trzeba to wszystko, co pochodzi z naszego regionu, pielęgnować – dodaje Przemysław Dudziński.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół