Nowy numer 17/2018 Archiwum

Twarda Polka, ale nieszkodliwa

– Wiarą żyło się na co dzień. Kiedy mama lepiła pierogi, ja brałam książeczkę i razem śpiewałyśmy godzinki. Dlatego znam je do dziś na pamięć – mówi Wanda Falbierska z Otynia.

Kresowych obrazów w pamięci pani Wandy pozostało bardzo wiele. W tym roku mieszkanka Otynia świętowała 85. urodziny. Na świat przyszła w Narajowie, w powiecie Brzeżany, w województwie tarnopolskim. To teren dzisiejszej Ukrainy. Mieszkała w oddalonej o 3 km Szajbówce. – Co mogę powiedzieć o tamtych czasach? Nie mogę narzekać, dzieciństwo miałam bardzo dobre. Niczego nam nie brakowało. Dużo nas było w domu – dwóch braci i trzy siostry. Mój tato był bardzo wesoły. Jak on pięknie śpiewał! A do tego złota rączka, wszystko potrafił zrobić. Mama była bardzo otwarta, umiała powiedzieć prawdę prosto w oczy, ale zawsze robiła to w taki sposób, żeby nikogo nie obrazić. Była bardzo inteligentna i lubiana. Nawet Ukraińcy mówili: „Pani jest twarda Polka, ale nieszkodliwa” – wyjaśnia pani Wanda.

– Mieliśmy trochę ziemi, ale nie to było głównym źródłem naszego utrzymania. Ojciec był kołodziejem i miał trzech czeladników w warsztacie. Tato miał też mały sklepik, w którym było takie „mydło i powidło” – dodaje.

Dziadkowie zostali zabici

Już na początku wojny przyszło do nas dwóch Ukraińców z karabinami. – Powiedzieli, że potrzebują rowerów. Mama powiedziała, że są tylko połamane. Zaczęli jednak szukać w całym domu, nawet na strychu i pod łóżkiem. Szukali też ojca, ale on na szczęście był wtedy u babci, która mieszkała w oddalonej o 8 km miejscowości Huta – wspomina. – W końcu powiedzieli, żeby na jutro na godz. 10 rano nagotować jedzenia. Wyszli, strzelili w powietrze dwa razy i poszli. Pamiętam, że wtedy nie spaliśmy całą noc. Na drugi dzień rano jednak nie uciekaliśmy, ale mama przywiozła babcię i zaczęła gotować posiłek. Zapewne tamci chcieli się najeść, a potem nas wymordować. W pewnym momencie zrobił się ruch we wsi. Jeden sąsiad przyszedł pożyczyć siekierę, drugi – młotek, a trzeci – widły. Mama wtedy powiedziała, że coś w trawie piszczy i już się nie boi. Do niczego jednak nie doszło, ponieważ w tym czasie wkroczyli Rosjanie – dodaje. I tak najpierw dwa lata byli Rosjanie. Później Niemcy i znowu Rosjanie. – W 1943 r. na Boże Narodzenie dowiedzieliśmy się, że wymordowali jedną polską rodzinę, gdzieś za Narajowem. W związku z tym od stycznia zaczęliśmy chodzić spać do Ukraińców, każdy gdzie indziej. Mieliśmy dobrych sąsiadów. Nie mogę narzekać. Zawsze nas przyjęli i zawsze nakarmili. Oni też się bali, bo przecież sami mogli mieć problemy, a jednak nas zawsze ugościli i ostrzegli. Takie to było życie – opowiada. – Któregoś razu moja mama z siostrą poszły spać do babci w Hucie. Nad ranem ktoś wali w drzwi. Mój dziadek był myśliwym i uzbrojeni mężczyźni powiedzieli do niego, żeby oddał broń. On na to, że nic nie ma. Dziadek się nie bronił, zabrali go, związali, wyprowadzili, a potem zabili. Pewnie gdyby nie było mamy z siostrą, dziadek nie dałby się wziąć żywcem i zacząłby strzelać, aż wszyscy by zginęli. Mojego drugiego dziadka i jego brata też zabili Ukraińcy. Mój tato także mógł zginąć, bo kiedy przyszli, też tam był, ale schował się w kominie i go nie znaleźli.

Ksiądz zawsze z nami

Mieszkanie w domu rodzinnym jeszcze przed zakończeniem wojny stało się niebezpieczne dla Polaków i trzeba było uciekać. – Pojechaliśmy do Brzeżan. Wszędzie z nami był narajowski proboszcz ks. Antoni Lisak, który przyjechał też z nami później do Otynia. On miał różne przejścia w czasie wojny. Pewnego razu była obława na Żydów i jeden z uciekinierów schronił się na plebanii. Ksiądz ukrył go w koszu na bieliznę i gdy przyszli Niemcy, powiedział, że nikogo takiego tutaj nie było – opowiada pani Wanda. – Innym razem przyszedł Żyd i prosił o metrykę chrztu. Ksiądz powiedział, że nie może tak zrobić, ale ten bardzo nalegał i w końcu dał mu tę metrykę. Niemcy jednak złapali tego Żyda i zabili, a potem przyszli do księdza, który powiedział, że owszem, dał metrykę, ale nie wpisał do ksiąg parafialnych. Gdyby nie koniec wojny, to na pewno naszego księdza wywieźliby gdzieś, bo miał zgłosić się do Lwowa na przesłuchanie – opowiada. W końcu przyszedł czas wyjazdu na Zachód. – Trzy tygodnie staliśmy na stacji w Pototorach, bo Niemcy zniszczyli tory. Tam też mogli nas wymordować. Każdego wieczoru razem z księdzem modliliśmy się wszyscy wspólnie i śpiewaliśmy. Potem w Opolu czekaliśmy dwa tygodnie. Moja najmłodsza siostra miała wtedy tylko 6 miesięcy – wspomina mieszkanka Otynia. Przyjechali tu na początku września w 1945 roku. – Ojciec powiedział, że nie zajmie żadnego domu, w którym mieszkają jeszcze Niemcy. Mówił: „Ja musiałem opuścić dom i wiem, co to znaczy. Nie będę nikogo wyrzucać!”. Weszliśmy tam, gdzie było pusto – mówi.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma