• facebook
  • rss
  • Stryjówka z Trylogii

    dodane 16.10.2014 00:00

    Dziadek pana Romana z Lubugoszczy 18 marca 1945 roku przeszedł do historii kraju. W Kołobrzegu dokonał symbolicznych zaślubin Polski z morzem.

    Przyszliśmy, Morze, po ciężkim i krwawym trudzie. Widzimy, że nie poszedł na darmo nasz trud. Przysięgamy, że Cię nigdy nie opuścimy. Rzucając ten pierścień w Twe fale, biorę z Tobą ślub, ponieważ Tyś było i będziesz zawsze nasze – mówił w Kołobrzegu kpr. Franciszek Niewidziajło, który urodził się we wsi Stryjówka położonej 7 km od Zbaraża, leżącego na terenie dzisiejszej Ukrainy.

    Tylko on i siostra

    Po wojnie rodzina Niewidziajłów zmuszona była opuścić swój ukochany dom. Jesienią 1945 roku przybyła do Lubugoszczy k. Sławy. Nie była jeszcze wtedy kompletna. – Najpierw przyjechała moja babcia Maria z moją prababcią Magdaleną i pradziadkiem Szymonem, a także moja mama Zdzisława – wyjaśnia Roman Frankiewicz. – Mój dziadek Franciszek nie był jeszcze zdemobilizowany i przyjechał dopiero wiosną 1946 roku. Z sześciorga rodzeństwa ocalał tylko on z siostrą Anną. Jego starszy brat Michał, który walczył w Legionach Piłsudskiego, był nauczycielem przed wojną w szkole w Krasnymstawie. W 1940 roku Niemcy go aresztowali i w ramach akcji AB [potoczna nazwa tzw. Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej – przyp. aut.] w lipcu tegoż roku rozstrzelali. Nie tylko on, ale także jego znajomi, którzy tworzyli pewien rodzaj elity powiatów krasnostawskiego i chełmskiego, zostali zamordowani w masowej egzekucji w Kumowej Dolinie k. Chełma. W czasie II wojny światowej życie stracił także młodszy brat dziadka Szymon. – Już w pierwszej deportacji z 10 lutego 1940 roku został wywieziony daleko, daleko na Wschód, w rejon Magadanu. I tam, po 9 miesiącach, zmarł na poniewierce – opowiada pan Roman.

    O włos od śmierci

    Pod koniec II wojny światowej pod Łobzem zginął także syn Franciszka Niewidziajły – Mieczysław. Natomiast sam Franciszek był bliski śmierci kilkanaście lat wcześniej. W 1919 roku uczestniczył w wojnie z Ukraińcami, podczas której cudem uratował się przed egzekucją. – Dziadek razem z 10 kolegami ze swojej wioski tworzył jednostkę poszukującą ochotników do walki o rodzinne tereny. Daleko nie zaszli. Tych 10 zostało rozpoznanych w sąsiedniej wiosce przez jednego z mieszkańców Stryjówki pochodzenia ukraińskiego – przywołuje rodzinną historię pan R. Frankiewicz. – Złapano ich i zaczęto przesłuchiwać, torturować. Dziadek wspomniał, że pobitych i mocno okaleczonych rozebrano ich do kalesonów i kazano wykopać groby. Podczas modlitwy przyszła mu do głowy myśl, żeby uciec. Długo się nie zastanawiał – pchnął wartownika i uciekł, a razem z nim jeszcze jeden Franciszek – Głowiński. Pozostałą ósemkę, niestety, rozstrzelano. Po wojnie dokonano ekshumacji, wybudowano pomnik, ale kiedy przyszli Sowieci w 1939 roku, został on zniszczony.

    Sienkiewicz uratowany

    Nie każdy „pomnik” udało się zniszczyć. Dziadek był zakochany w Sienkiewiczu. – Kiedy wybuchła wojna, z kresowej biblioteki prowadzonej przez rodzinę Małachowskich Polacy ratowali książki, po prostu ich nie oddając. Wszystko po to, aby nie zostały zniszczone przez Sowietów, którzy skręcali sobie z nich papierosy. Razem z dziadkiem do Lubogoszczy przyjechało kilkanaście pozycji. Wśród nich była, oczywiście, Trylogia Sienkiewicza, którą dziadek znał niemal na pamięć – mówi wnuk, pokazując jedną z książek. Skąd ten sentyment do Sienkiewicza? Być może jednym z powodów był występujący na kartach „Ogniem i mieczem” ukochany Zbaraż oraz wspomnienie rodzinnej miejscowości: „Noc zapadała z wolna, jednakże ciemność nie nadchodziła, bo naokół świeciły łuny. Paliły się Załościce, Barzyńce, Łublanki, Stryjówka, Kretowce, Zarudzie, Wachlówka – i cała okolica jak okiem sięgnąć płonęła jednym pożarem”. Patriotyczne i katolickie wychowanie nie bierze się znikąd. Franciszek Niewidziajło wychował się w takiej właśnie rodzinie. – Ojciec mojego dziadka Szymon Niewidziajło był rolnikiem. Stryjówka była w połowie zamieszkana przez Polaków i mniej więcej tyle samo Ukraińców. Pradziadek miał duże poparcie wśród środowiska tej wsi, w której w okresie międzywojennym był sołtysem. Sprzedał 3 morgi swojej ziemi (a wtedy ziemia miała swoją wartość) i ufundował budowę kościelnej dzwonnicy – opowiada pan Roman, który nadal bada swoją rodzinną historię.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół