• facebook
  • rss
  • Módlcie się, nie płaczcie

    dodane 30.10.2014 00:15

    O zrywaniu wiśni, pożegnaniach, pocałunku w dłoń i odchodzeniu z Joanną Stempel z Międzyrzecza rozmawia ks. Marcin Siewruk.

    ks. Marcin Siewruk: Kiedy dowiedziała się Pani o chorobie męża?

    Joanna Stempel: W połowie października 2010 r. Wcześniej nie było żadnych wyraźnych symptomów. Pojechaliśmy w odwiedziny do dzieci w Irlandii i tam się zaczęły problemy żołądkowe. Pomogłam Bronkowi doraźnie uporać się z trudnościami, ale postawiłam warunek, że po powrocie do domu idzie na kompleksowe badania. Maraton wieloetapowego diagnozowania skończył się na gastroskopii i niepokojących wynikach – w organizmie męża wykryto złośliwe komórki nowotworowe. Pojawiło się pytanie, w jakim stadium rozwoju jest choroba, czy uda uniknąć się przerzutów. Trafiliśmy do Wielkopolskiego Centrum Onkologii. Właściwie z dnia na dzień został wyznaczony termin operacji, która odbyła się 16 listopada. Konsekwencją było usunięcie żołądka i węzłów chłonnych. Badania po operacji potwierdziły złośliwość komórek rakowych. Męża wypisano ze szpitala, był w dobrym stanie, jego organizm wyjątkowo zniósł tak poważną i wyczerpującą operację.

    Jak wyglądało codzienne życie po powrocie do domu?

    Na początku Bronek zapytał, czy dam radę opiekować się nim w domu. Odpowiedziałam, że przemyślałam to i nie widzę innej możliwości, i wtedy zauważyłam, jak bardzo się ucieszył, jakby kamień spadł mu z serca. Musieliśmy wszystko zmienić, bo przecież bez żołądka mąż musiał przestawić się na odpowiednią dietę.

    Zmniejszone dawki posiłków przy częstotliwość 6, nawet 8 w ciągu dnia. Wszystko musiało być gotowane, lekko rozdrobnione. To było eksperymentowanie, bo trudno znaleźć optymalny sposób żywienia osoby pozbawionej żołądka. Jednak wspólnie z Bronkiem udało się nam osiągnąć satysfakcjonujące wyniki, nawet zaczął przybierać na wadze, można powiedzieć, że odzyskał zdrowie, mogliśmy żyć normalnie, oczywiście mając świadomość istniejących ograniczeń. Odwiedzaliśmy dzieci i wnuki. Mąż starał mi się pomagać na działce, wykonując lekkie prace. Latem 2011 r., zdecydował, że będzie zrywał wiśnie. Wszedł na drzewo, ale po czasie bardzo osłabł i nie miał siły zejść. Byłam zaniepokojona: jak ja mu teraz pomogę? Wtedy Bronek uświadomił sobie, że faktycznie nie ma już wystarczająco sił. Ale ważne było to, że sam się o tym przekonał. Starałam się unikać nadopiekuńczości, postawy żandarma, decydowania, co mąż może, a czego już nie.

    Czy mąż miał świadomość odchodzenia?

    Przyszedł taki etap, że świadomie pożegnał się ze swoimi najbliższymi, całą rodziną. Dzwonił również do swoich kolegów ze szkoły średniej, ze studiów. Chciał im podziękować za sytuacje, które przeżyli. Jednak koledzy nie za bardzo zrozumieli powagę sytuacji i ją zbagatelizowali. Mąż poczuł się rozczarowany – on naprawdę chciał się pożegnać. Pewnego dnia poprosił mnie o rozmowę. Zaczął bardzo prostym językiem opowiadać historię swojej choroby. Był narratorem tego opowiadania, a ja byłam zdumiona, że zapamiętał wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły. W opowieści pojawiła się też postać opiekunki. Mąż świadomie opowiadał: „Ona (opiekunka) powiedziała…, zrobiła…, wstała w nocy”. Słuchałam cierpliwie, ale z niepokojem, jaka będzie puenta. Mąż zawsze pięknie czytał i opowiadał bajki dzieciom i wnukom, uwielbiał to. Zakończył swoją opowieść i po chwili z uśmiechem dodał: „A tą opiekunką jesteś ty”. Pocałował mnie w rękę i podziękował.

    Na ile wiara w obecność Jezusa była decydująca w towarzyszeniu mężowi w chorobie?

    Mieliśmy świadomość, że jeśli pojawią się kolejne przerzuty, to nie jesteśmy w stanie z tym walczyć, medycyna jest bezradna, a nasza wiara była w tym momencie za mała, żeby z wielką ufnością modlić się o uzdrowienie. Oczywiście prosiliśmy o zdrowie, ale chyba nie do końca wierząc. W trakcie choroby męża zaufałam Panu Bogu, Jego opatrzności, a jednocześnie starałam się nie dramatyzować, koncentrując się na codzienności. Chociaż czasami pojawiały się momenty żalu, złości. Uświadamiałam sobie, że Bronek odchodzi, że nasze małżeństwo się kończy. Byliśmy ze sobą szczęśliwi przez 36 lat. Ale w tych chwilach żalu wychodziłam do kuchni albo do łazienki, starałam się nie okazywać swojego niepokoju wobec męża. Kiedy wracałam, wspólnie się modliliśmy. Modlitwa dawała nam obojgu ogromną łaskę cierpliwości. Czas choroby męża to były dla mnie wyjątkowe rekolekcje, odkrywanie obecności Boga. Bronek przez całe życie był religijny. Komunia święta, sakrament chorych, codzienna modlitwa dodawały mu otuchy. W czasie modlitwy ogarniał nas wszystkich spokój, mąż prosił często: „Módlcie się, nie płaczcie.” Rankiem 17 sierpnia 2012 r. wnuczka Zosia podeszła i powiedziała: „Dziadek nie oddycha”. Zapaliliśmy święcę, zaczęliśmy się modlić na różańcu – na twarzy Bronka rysował się uśmiech. On już jest po drugiej stronie, w ramionach Boga.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół