• facebook
  • rss
  • Sięgają tam, gdzie wzrok nie sięga

    dodane 20.11.2014 00:00

    Pamięć o Kresach. Krzysztof i Zbigniew Kopocińscy – bliźniacy, wojskowi lekarze okuliści, Kresowiacy, spadochroniarze i piloci – opowiadają o zawodzie, poszukiwaniu rodzinnych korzeni i ekstremalnych pasjach.

    Bracia Kopocińscy pracują w 105. Kresowym Szpitalu Wojskowym z Przychodnią w Żarach, ale nie są rodowitymi Lubuszanami, bo urodzili się we Wrocławiu, a dzieciństwo spędzili w miejscowości Sobótka u podnóża Góry Ślęży. Zainteresowanie wojskiem sprawiło, że po latach nauki i pracy w różnych placówkach rozpoczęli pracę w Żarach. – Oprócz tego, że łączy nas więź genetyczna, to również mamy wspólny życiorys, który daje podobne myślenie. Razem byliśmy w harcerstwie, wojsku, a teraz w szpitalu. Jest nawet tak, że kiedy przebywamy osobno, to pomysły i skojarzenia mamy takie same. Podobnie jest z zainteresowaniami. Od zawsze chcieliśmy być zawodowymi żołnierzami – mówi pan Zbigniew. – Od początku podobały nam się skoki spadochronowe, bo właśnie z nimi kojarzyło nam się wojsko, ponieważ w Sobótce były organizowane mistrzostwa Polski w tym sporcie. To było bardzo widowiskowe. Poza tym zawsze bywaliśmy w wojsku na dniach otwartych koszar i wszystko tam dokładnie znaliśmy. Po szkole podstawowej poszli do liceum wojskowego, a później obaj wybrali medycynę w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi.

    W ekstremalnych warunkach

    Podczas studiów bracia zdecydowali, że zostaną okulistami. Po odbytym stażu podyplomowym we wrocławskim szpitalu wojskowym otrzymali przydział do jednostki wojskowej w Wędrzynie. – Zabezpieczaliśmy strzelania na poligonie, leczyliśmy żołnierzy i myśleliśmy o tym, by zrobić specjalizację. Trafiliśmy do 111. Szpitala Wojskowego w Poznaniu i tam ukończyliśmy pierwszy i drugi stopień specjalizacji – mówią lekarze. Później braci rozdzielono. Pan Krzysztof trafił do Opola, do batalionu rozpoznawczego, a pan Zbigniew do Kłodzka, do piechoty górskiej. Wojsko dało lekarzom możliwość poznania sportów ekstremalnych, m.in. wspinaczki górskiej, nurkowania czy skoków spadochronowych, które z czasem przerodziły się we wspólne pasje. – Skoki to wolność i przebywanie w trójwymiarowej przestrzeni. Kiedy wyskakuje się z samolotu, jest huk i gwizd, i stres, a później cisza. Najpierw widzimy, jak błyskawicznie odlatuje samolot. Później otwiera się spadochron i człowiek szybuje jak ptak. Kiedy się spada, ma się wrażenie, że wisi się cały czas w jednej przestrzeni, dopiero 100 metrów nad ziemią czuć szybkość zbliżenia się do niej. Następuje gwałtowne przyśpieszenie, ale widoki, które się wtedy podziwia, są piękne – mówią. – Inaczej jest, kiedy jest się pasażerem, a inaczej, jak się prowadzi samolot i dlatego pilotowania również chcieliśmy spróbować. Latanie samolotem ma swoje uroki. Dłużej się jest w powietrzu i kiedy jest dobra widoczność, widoki też są niepowtarzalne. Przechodząc już samo szkolenie na pilota, trzeba zapoznać się z różnymi działami, np. meteorologią, i wiedzieć, jak odczytać pogodę czy w jaki sposób posługiwać się nawigacją. To jest dla nas nie tylko nowe, ale i bardzo ciekawe.

    Nie tylko oko

    Dziś lekarze pracują w jednym szpitalu, ale zanim tak się stało, obaj, osobno, pracowali w różnych szpitalach wojskowych i odbyli misje. Pan Krzysztof był w Kosowie, a pan Zbigniew w Iraku. Wspólną pracę rozpoczęli w 2005 roku po obronie prac doktorskich. Bracia Kopocińscy z zawodu, ale i z zamiłowania są okulistami. – Wzrok to jeden z najważniejszych zmysłów. Kiedy pomaga się ludziom, a mamy pacjentów od noworodków do osób starszych, ma się świadomość tego, że leczymy całą populację. Ta realna pomoc daje ogromną satysfakcję – mówią lekarze. – Ta droga nigdy się nie kończy. Wychodząc z pracy, nie przestajemy być lekarzami. W domu często analizujemy różne przypadki medyczne. To wymagający zawód i nieustanne zdobywanie wiedzy, ciągłe szkolenia i wprowadzanie nowych technik. To duże wyzwanie. Okuliści wykonują specjalistyczne zabiegi oczu. W oddziale przeprowadzane są m.in. operacje zaćmy, operacje na siatkówce i zabiegi laserowe na oku. W ich pracy potrzebne są nie tylko wiedza, precyzja i profesjonalizm, ale także dobry, nowoczesny sprzęt. – Kiedy zdobywaliśmy specjalizację, nastąpił przełom w okulistyce. W końcu lat 90. XX wieku klasyczne operacje zaćmy polegały na nacinaniu gałki ocznej do połowy i mechanicznym wydobywaniu zmętniałej soczewki, wszczepieniu sztucznej lub pozostawieniu bezsoczewkowości z przepisaniem pacjentowi okularów z grubymi szkłami. Dziś ta operacja polega na nacięciu gałki ocznej na szerokości 2,5 mm. Przez ten niewielki otwór usuwa się zaćmę i wszczepia soczewkę. To wszystko odbywa się pod mikroskopem – wyjaśnia K. Kopociński. Bracia Kopocińscy nie traktują swojej pracy jak codziennego, rutynowego nawyku czy zawodowego obowiązku. W każdym z pacjentów widzą człowieka i jego indywidualną historię życiową. Oprócz wywiadu lekarskiego często przeprowadzają z nimi prywatne rozmowy. Pytają o dawne czasy, o pochodzenie, bo fascynuje ich człowiek i historia. – Kiedy przychodzi do nas pacjent, pytamy m.in. o miejsce urodzenia. Mamy wielu ciekawych podopiecznych, którzy często przynoszą przedwojenne zdjęcia unikaty – mówi pan Zbigniew. – Mieliśmy pacjenta urodzonego w 1918 roku. Okazało się, że to był przedwojenny ułan. Opowiadał nam m.in., jak było w pułku i jak trzymać szablę – dodaje pan Krzysztof.

    Odnaleźć dziadka

    Fascynacja historią nie jest przypadkową pasją. Wynika ona m.in. z ciekawych, ale i trudnych dziejów oraz pochodzenia rodziny Kopocińskich. – Jako mali chłopcy w dowodzie naszego ojca znaleźliśmy zapisane miejsce jego urodzenia – Krosienko (ZSRR). Bardzo nas to ciekawiło. Wiedzieliśmy też o rodzinnej miejscowości Przemyślany, ale nigdzie na mapie nie można było jej znaleźć, bo wtedy Kresy były zamazane, niewidoczne. Wiedzieliśmy również, że nasz dziadek walczył pod Monte Cassino i że wiele osób z naszej rodziny zostało zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Nie znaliśmy jednak szczegółów, bo z 10-letnimi chłopcami nikt o tym nie rozmawiał – mówią bracia Kopocińscy. – Zaczęliśmy się tym interesować, bo ciekawiło nas wojsko i historia dziadka. Wysyłaliśmy listy do instytutów historycznych, m.in. do Instytutu im. gen. Sikorskiego w Londynie. Potwierdzono nam jedynie, że dziadek walczył pod Monte Cassino. Nie otrzymaliśmy jednak teczki personalnej, dopiero w latach 90. XX wieku dostaliśmy akta dziadka. Mając podstawowe informacje o swoich przodkach, postanowili dowiedzieć się czegoś więcej i stworzyć drzewo genealogiczne rodziny. – Zaczęliśmy od najbliższych, później dotarliśmy do ksiąg parafialnych na Wschodzie. Dokumenty były rozproszone, częściowo znajdowały się w archiwach w Polsce, były też w Brześciu, we Lwowie, Grodnie i Wiedniu – wylicza pan Zbigniew. – Wojna zerwała więzi rodzinne, ale dotarliśmy do wszystkich Kopocińskich na całym świecie. Ustaliliśmy, że nie ma osoby o tym nazwisku, która nie byłaby odnotowana na naszym drzewie. Wszyscy wywodzą się z Krosienka. Docieraliśmy do ludzi, którzy nieraz powątpiewali, że jesteśmy spokrewnieni. Udało nam się jednak scalić rodzinę – cieszy się pan Krzysztof. Bracia odwiedzili rodzinne miejscowości na Kresach i dawne cmentarze, gdzie znaleźli nagrobki swoich przodków. Napisali też książkę pt. „Kopocińscy. Szkic do portretu rodziny”. Podczas genealogicznych poszukiwań udało im się również odnaleźć dziadka. – Służył w armii Andersa, był wywieziony do pracy za Ural i przebywał w Iraku. Walczył także pod Monte Cassino, gdzie został ranny i trafił do Szkocji. Później, z powodu systemu totalitarnego, nie mógł ściągnąć do Szkocji naszej babci. Nie chciał też wracać do Polski. Założył tam rodzinę, a babcia wyszła drugi raz za mąż. Nie utrzymywali żadnych kontaktów – mówią bracia Kopocińscy. – Przez lata nie wiadomo było, czy dziadek żyje i gdzie jest. Zaczęliśmy go szukać. Najpierw przez Polski Czerwony Krzyż, a później przez ambasadę Polski i dowiedzieliśmy się, że dziadek żyje. Udało nam się go poznać i odwiedzić w Szkocji.

    Mamy wpływ na pamięć

    Zbigniew i Krzysztof Kopocińscy poprzez rodzinne korzenie, ale i dzięki pracy w województwie lubuskim mocno utożsamiają się z Kresami. – Ślady kresowe są bardzo mocne na tych terenach. To, że wystąpiliśmy z wnioskiem o przyznanie nazwy „Kresowy” 105. Szpitalowi Wojskowemu w Żarach, nie wzięło się tylko z naszych fascynacji rubieżami wschodnimi, ale kiedy przygotowywaliśmy monografię szpitala, okazało się, że 90 proc. kadry, która tworzyła tę placówkę, to byli Kresowiacy – wybitni profesorowie, którzy np. kończyli Uniwersytet Jan Kazimierza we Lwowie czy Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie – mówi pan Krzysztof. – Leczymy Kresowian i ich potomków. Dla nas jest oczywiste, że Kresy budowały wielkość Polski, natomiast przeciętna świadomość o tym nie jest za duża. Dziś mało mówi się o Orlętach Lwowskich, które broniły Rzeczypospolitej przed puczem nacjonalistów ukraińskich. Unika się nazwy Cmentarz Obrońców Lwowa, na którym leżą dzieci, które oddały życie, by Lwów był Polski. Nie mamy wpływu na to, że Ukraińcy pousuwali na grobach Orląt tytuł: „Obrońca Lwowa”, ale mamy wpływ na pamięć. Organizując m.in. akcję „Światełko pamięci”, mamy satysfakcję, bo angażują się w nią przedszkola i szkoły. Młodzież i dzieci poznają historię, a tym samym pamięć o Kresach trwa – mówią lekarze.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół