• facebook
  • rss
  • Skoty z lufami wycelowanymi w ludzi

    dodane 11.12.2014 00:00

    Stan wojenny. Generał Jaruzelski w telewizji, czołgi na ulicach i strajki „Solidarności” – to skojarzenia związane z 13 grudnia 1981 roku w Polsce. O tym, co wtedy działo się w Głogowie, opowiadają 
uczestnicy wydarzeń sprzed 33 lat.


    Zbigniew Szczechowiak miał wtedy 21 lat, pracował w Zakładzie Usług Radiotechnicznych i Telewizyjnych i był członkiem związku zawodowego „Solidarność”. 
12 grudnia pojechał na weekend do dziewczyny, do Pławia k. Krosna Odrzańskiego.
– To było ogólne zaskoczenie, szok. W telewizji rano nie było „Teleranka”, tylko umundurowany dziennikarz mówił o stanie wojennym w wiadomościach, a później było przemówienie Jaruzelskiego. Widziałem też w Pławiu czołg, który jechał do Zielonej Góry, ale się zepsuł i stał w wiosce – wspomina.


    Wizyty smutnych panów


    Józef Sławiński w „Solidarności” działał od sierpnia 1980 roku. Pracował w hucie w Żukowicach w zakładzie remontowo-montażowym i był wiceprzewodniczącym „S” w swoim zakładzie oraz członkiem Zarządu Regionu Dolny Śląsk.


    – 13 grudnia przed 6 rano przyszli po mnie „smutni panowie” z SB. Powiedzieli, że mam się ubrać i jechać z nimi, pokazali też jakieś papiery. Przywieźli mnie do naszej siedziby „Solidarności” przy ul. Wolności. Było ich chyba sześciu. Kazali otworzyć drzwi do biura. W środku był mój kolega, który wtedy pełnił dyżur. Nie odzywałem się do nich, byłem wystraszony. Jeden z nich wyciągnął łom i wtedy powiedziałem do kolegi, żeby otworzył – wspomina pan Józef. – Mieliśmy tam m.in. maszynę do pisania, gazety, „Tygodnik Solidarność” i faks. Funkcjonariusze SB wpadli do środka, wszystko wyciągali z tych maszyn, nawet wtyczki. Kiedy byli zajęci swoją robotą, udało mi się uciec – dodaje.


    Pan Józef pojechał wtedy do huty, gdzie zawiązano komitet strajkowy. – 13 grudnia to była niedziela, panował silny mróz, w Głogowie było dużo śniegu, ale atmosfera społeczna była gorąca i bojowa. Postanowiliśmy, że będziemy strajkować do skutku, aż przywrócą nam nasz związek i będziemy mogli działać legalnie – mówi J. Sławiński.


    Hutnicy prowadzili strajk od 14 do 18 grudnia. Po komunikacie z kopalni „Wujek” nastroje związkowców opadły. Pojawiały się też głosy o interwencji ze Wschodu. – Przyjechał prokurator i postanowiliśmy zakończyć strajk. Słyszeliśmy, co się stało w kopalni „Wujek” i wiedzieliśmy, że oni się nie cofną przed niczym, dlatego nie było sensu strajkować. Aresztowali nas – opowiada związkowiec.


    W sądzie wojewódzkim w Legnicy pan Józef otrzymał wyrok – rok w zawieszeniu na 3 lata. Prokurator zaskarżył jednak ten wyrok i oskarżonemu kazano stawić się do odbycia kary we Wrocławiu. Józef Sławiński postanowił, że dobrowolnie nie odda się w ręce milicji.


    SB znalazła jednak okazję, by go aresztować. Oskarżono go dodatkowo o podłożenie petardy w kasynie milicyjnym w Głogowie. – SB stwierdziła, że to ja byłem sprawcą. Aresztowali mnie w dniu, kiedy miałem być na ślubie i weselu mojej bratanicy. Powiedzieli, że wrócę na uroczystość, ale siedziałem w Strzelinie dwa miesiące, aż do czasu, kiedy ogłoszono amnestię – mówi pan Józef.


    Na tym aresztowaniu się nie skończyło, były kolejne... – Czasem przyjeżdżali nawet dwa razy w tygodniu. Nękali mnie, przyjeżdżali prewencyjnie, np. 30 kwietnia, 31 sierpnia i zamykali na 24 godziny. W 1984 roku postanowiłem wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Do Głogowa wróciłem stamtąd po 24 latach – mówi.


    Priorytetem byli internowani


    Jan Gaca w czasie stanu wojennego pracował w zakładach górniczych w Polkowicach. – Nie przejmowaliśmy się, co się stanie z nami, z naszymi rodzinami, pierwszym postulatem był ten, by wypuszczono naszych kolegów, których aresztowano i internowano. Nawet nie zastanawialiśmy się nad strachem. Miałem trójkę dzieci i żonę, ale wiedziałem, że rodzina mnie popiera i nikogo się nie pytałem, czy mam strajkować. Gdybyśmy się zaczęli pytać żon, to oczywiście powiedziałyby, żeby nigdzie nie wychodzić i zostać w domu – mówi. – Mieliśmy komitet strajkowy – 40 osób. Przez płot był zakład ZANAM i tam w pierwszej kolejności weszli zomowcy. Kiedy spisaliśmy postulaty, przekazaliśmy je kolegom przez płot. Z 13 na 14 grudnia podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy ze strajku. Część pracowników od nas zdecydowała się przejść dołem do kopalni „Rudna”, gdzie strajkowano. Zbieraliśmy papierosy, żywność i przekazywaliśmy drogą podziemną strajkującym kolegom. W gorącym okresie były też 23 rodziny, które trzeba było wspomóc, bo ich mężowie i ojcowie siedzieli w więzieniu – dodaje.


    Andrzej Poroszewski pracował w kopalni w Rudnej, gdzie był przewodniczącym „Solidarności”. Strajkowało tam 7 tys. ludzi, bo oprócz górników byli jeszcze pracownicy firm podwykonawczych. – W nocy 13 grudnia usłyszałem mocne pukanie do drzwi. Przyszła żona Janka Kuczyńskiego, przewodniczącego z huty, i powiedziała, że go zabrali. Pojechałem najpierw do huty, później do kopalni. Wtedy myśleliśmy tylko, jak wybrniemy z tej trudnej sytuacji. W okręgu znaliśmy się bardzo dobrze. Kontaktowaliśmy się z Lubinem i Polkowicami. Pamiętam, jak w Lubinie widzieliśmy czołgi, które jechały z Legnicy – wspomina.


    Jerzy Czarnecki pracował w głogowskiej hucie i wspomina, że nastroje ludzi były bojowe – trzeba było uspokajać atmosferę, bo najważniejsze było uwolnienie internowanych. – Kiedy ogłoszono stan wojenny, ludzie przychodzili i chcieli wysadzać tlenownię i wstrzymywać produkcję. W hucie na 5250 pracowników w „Solidarności” było 5050 osób. To była siła, ona dawała nam chęć walki – mówi.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół