• facebook
  • rss
  • I zdarzył się cud

    dodane 18.12.2014 00:00

    Opowieść wigilijna. „Przyszliśmy tu do was z radosną nowiną/ Aby się pokłonić przed Bożą Dzieciną/ Przyszliśmy weseli, byście nas przyjęli/ Hej, kolęda, kolęda!” – woła grupa bezdomnych.

    Zimne grudniowe popołudnie. Refektarz domu Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego przy ul. kard. Stefana Wyszyńskiego w Gorzowie Wlkp. Trudno nie zauważyć wielkiego napisu na ścianie z „Dzienniczka” s. Faustyny”: „Miłosierdziem swoim ścigam grzeszników na wszystkich drogach ich i raduje się serce Moje, gdy oni wracają do Mnie”. Pod nim obraz Jezusa, który trzyma upadającego człowieka. W refektarzu są nie tylko siostry, ale wielu bezdomnych i – jak się okazuje – wcale nie od święta. Właśnie trwają próby do jasełek, które mają być wystawione na wigilii.

    Marzenia, oczywiście, są

    „Ja jestem Anioł posłuszny od świętej Dzieciny/ Każdy, kto mnie widzi, czeka dobrej nowiny” – mówi swoją kwestię jeden z aniołów, którego gra pan Darek. Do sióstr przychodzi już jakiś czas. Od trzech tygodni mieszka w Domu św. Alberta w Gorzowie. Zmusiło go do tego życie. – Wcześniej miałem dobrą pracę, ale były redukcje i zwolnienia. Stopa życiowa zaczęła spadać i stało się, jak się stało – opowiada pan Darek. – Moja żona zmarła dwa lata temu. Wcześniej mieszkałem u syna na jednym pokoju, ale jego kobieta będzie rodzić i stwierdziłem, że jeden pokój to za mało na tyle osób i zdecydowałem, że pójdę do Domu św. Alberta. To była moja decyzja. Marzenia, oczywiście, są. Jest dach nad głową, to dobrze, ale człowiek chciałby mieć własny kąt i swoją rodzinę. Pracuję dorywczo, ale to za mało, żeby wynająć mieszkanie – dodaje. „My go powitali pierwsi na tej ziemi/ Przed możnymi królami, przed panami swymi” – mówi Pasterz. Pan Jacek, który go gra, stracił wszystko – dom, pracę i rodzinę. – Miałem swój biznes, podżyrowałem kredyty, a później zakład karny i wszystko się rozleciało. Poza tym wybrałem złą partnerkę życiową, która po wypadku powiedziała mi, że jej kaleka niepotrzebny. Teraz mieszkam w Domu św. Alberta – opowiada pan Jacek. – Wierzę w to, że coś można w życiu zmienić. Nie chodzi o majątek, ale normalne życie. Siostry od dawna pomagają osobom bezdomnym, głodnym, uzależnionym. Wiele z nich żyje na co dzień na działkach, w pustostanach, altanach, klatkach schodowych. Każdy z gości domu to odrębna historia. – Często słyszmy: „Siostro, to nie ma sensu. On jest skończony! Proszę sobie dać spokój!”. Ale zawsze mówimy, że z Bożym miłosierdziem zawsze jest szansa. Bywa różnie i niektórzy są już na cmentarzu na Żwirowej, niech spoczywają z Bogiem. Wielu próbuje iść do przodu. Człowiek, który nie rokował, już nie pije i mieszka z ponad 70-letnią mamą. Inny znowuż to recydywista z 12-letnim stażem w kryminale, nie pije już 6 lat. Też zajmował się chorą mamą i wszystko przy niej robił, aż do jej śmierci. Oczywiście, bywa różnie, jeden pan nie pił 3 lata, potem coś w nim pękło i znowu pije – opowiada s. Sebastiana.

    Każdemu szansę

    „Ja jestem Rokita spod bladego księżyca/ Jak ksiądz wszedł na ambonę, straszyłem go ogonem/ Udawałem anioła, skradłem tacę z kościoła/ Zawsze robię, co mogę, wszystkich świętych kopię w nogę” – mówi Diabeł. Pan Piotr pierwszy raz w życiu będzie grał w jasełkach. Po pomoc do sióstr przychodzi już ponad 10 lat. – Siostra mnie namówiła i nie mogę się wywinąć – śmieje się pan Piotr. – Obecnie mieszkam na działkach. Na ulicę trafiłem 27 lat temu. Problemy zaczęły się po śmierci mamy. Ojciec jest alkoholik i ja też jestem alkoholik. Uważam, że wina jest w połowie po mojej stronie, a w połowie po ojca. Przez ostatnie 14 lat przerwy w piciu miałem może dwa miesiące. Teraz w ogóle nie ma przerw. Leczenie nie ma sensu, bo albo człowiek chce pić, albo nie chce. Trzeba mieć warunki i motywację, a bezdomnemu ciężko. Może kiedyś wyjdę z tego. Teraz myślę, co będzie dziś i jutro, żeby nie zamarznąć... Marzeń to ja nie mam... (cisza). A może jedno mam. Wybudować chatkę na jeziorem i łowić ryby. „Ja jestem Śmierć z dyplomami, lecę z kosą nad domami/ Medycynie podstawiam nogę, sieję naokoło trwogę/ Jestem szalona, mówię wam!” – woła donośnym głosem Śmierć. W jej postać wcielił się pan Damian, który do domu sióstr przychodzi od trzech miesięcy. – Byłem w zakładzie karnym, odsiedziałem karę, kobieta mnie zostawiła, ale mam kontakt z dzieckiem – opowiada swoją historię. – Mieszkam u kolegi na działce. Mamy piec i palimy, opieka społeczna była u nas na wywiadzie środowiskowym. Jestem zarejestrowany jako bezrobotny i obecnie szukam pracy. Mam nadzieję, że wszystko się poukłada. Każdy powinien dostać szansę. Mam dopiero 40 lat i muszę stanąć na nogi. Przychodzę tu codziennie i jestem też w niedzielę na Mszy św. Będę też na wigilii. W domu zakonnym zawsze znajdzie się kromka chleba do podzielenia się, ale nie tylko. – W tym roku przyszedł nam do głowy pomysł, aby zachęcić tych ludzi do udziału we Mszy św. Zrobiliśmy Eucharystię w niedzielę, w Godzinę Miłosierdzia, i tak od 1 września jest pełna nasza kaplica. Rekord to 72 osoby na Mszy. Jest wiele spowiedzi. Ostatnio dwóch panów poszło pojednać się z Bogiem. Jeden z nich po 31 latach, a drugi – po 27. Oczywiście nikt nikogo nie zmusza. Może to nie są wielkie rzeczy, ale dla tych ludzi to olbrzymi krok – mówi przełożona s. Samuela. – W tych ludziach są wielki ból, cierpienie i samotność, ale też pragnienie miłości. Kiedy przychodzą do nas, zaczynają się otwierać. Na początek od prostych rzeczy: „Siostro, ja nie mam nic na kolację”. A potem: „Siostro, chciałbym wrócić do domu, ale nie umiem powiedzieć »przepraszam«”. Ostatnio na Mszy św. jeden człowiek, który jest silną osobowością, zaczął płakać. Nie był upity, po prostu coś w nim się ruszyło...

    Niesamowite działanie Boga

    „Śpij, Syneczku, mój maleńki, śpij, moje kochanie/ Pewnie Ci tu twardo trochę w tym żłóbku na sianie/ Pewnie Ci tu trochę zimno, maleńkie nóżęta/ Chociaż grzeją Cię, jak mogą, poczciwe bydlęta” – mówi Maryja, którą gra pani Ela. – Z początku trudno było się wczuć w Maryję. Peszą mnie koledzy. Tremy trochę jest, ale chyba będzie dobrze – mówi. – Do sióstr przychodzę od 4 lat. Nie mam mieszkania. Nocuję na klatce schodowej z moim mężczyzną. Najgorsze są mrozy, ale jest kaloryfer i jakoś sobie radzimy. Mam cały czas nadzieję, że wyjdę z tej bezdomności. Ten sam scenariusz jasełek siostry wystawiały dwa lata temu z więźniami Zakładu Karnego w Wawrowie, gdzie także posługują. – Kiedy zaproponowaliśmy jasełka tutaj, to wszyscy od razu chętnie podzielili się rolami, angażują się, ściągają nowych aktorów i chcą śpiewać. Jasełka, oczywiście, będą wystawione podczas wigilii w naszym domu, którą obchodzimy zawsze z bezdomnymi. Najpierw o godz. 17 jest Różaniec przeplatany kolędami, potem opłatek, wieczerza i kolędowanie, a na końcu Pasterka – opowiada s. Ancilla. – Bóg robi niesamowite rzeczy i bardzo różne, żeby uratować człowieka i wyciągnąć go z tego, co jest jego grzechem i słabością. „Teraz wszyscy, bez wyjątku, zaśpiewajmy Bożemu Dzieciątku!/ Zaśpiewajmy razem, donośnie, tak uciesznie, coraz głośniej!” – mówi pod koniec jeden z Aniołów i w refektarzu rozlega się kolęda: „Z narodzenia Pana dzień dziś wesoły...”. A powodów do radości tu nie brakuje. Pani Maria (prosi o anonimowość, prawdziwe imię znane redakcji) nie gra w jasełkach, ale będzie na wigilii. Kiedyś siostry też jej pomogły. Dziś ma swój dom, męża i syna. – Siostry znam od dziecka. Kiedyś z rodzicami chodziliśmy tu na obiady i koronkę. Z rodzeństwem wyjeżdżaliśmy też z siostrami na oazę. Mieliśmy cały czas kontakt – opowiada pani Maria. – Poznałam mężczyznę, urodził nam się syn, ale po 4 latach rozeszliśmy się z powodu alkoholu. On pił coraz częściej i stawał się coraz bardziej agresywny, a ja również z nerwów zaczęłam sięgać po alkohol. Przez dwa lata mieszkałam u sióstr. I zdarzył się cud. Znowu zamieszkali razem. Ona wcześniej przestała pić, a on też odstawił alkohol i zrobił sobie „wszywkę”. Mają własne cztery kąty, a także pracę. Zrobili jeszcze jeden niezwykle ważny krok. Rok temu wzięli ślub sakramentalny. – Siostra Samuela umie tak człowiekowi dobitnie wytłumaczyć, że człowiek od razu rozumie. To ona nas zapytała: „A może weźmiecie ślub?”. Podczas przysięgi staliśmy twarzami zwróconymi do siebie. Wtedy zobaczyłam u męża łzy w oczach – wspomina pani Maria. – Wszystkim, którzy mają podobne, ale i większe problemy powiedziałabym, żeby odmawiali koronkę. Tą modlitwą chyba wyprosiłam, żeby między nami było dobrze. Mogę śmiało nasze życie i nasze małżeństwo nazwać cudem. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół