• facebook
  • rss
  • Wszystko mnie tam ciągnie

    dodane 18.12.2014 00:00

    – Moje życie jakoś ciekawie się ułożyło. Mama urodziła się w Chicago, ja na terenie obecnej Litwy, a moja córka w Polsce, ale mieszka w Holandii. Zawojowaliśmy świat – śmieje się gorzowianka Monika Malicka.

    Pani Monika (z domu Juniewicz) przyszła na świat na Wileńszczyźnie już po wojnie, w 1948 roku. – Co ciekawe, moja mama Genowefa urodziła się w Chicago. To dlatego, że babcia pojechała do swojej rodziny do Ameryki i tam ją urodziła. Ale oczywiście wrócili na swoją ukochaną Litwę – opowiada M. Malicka. – Pierwszy mąż mamy miał na imię Adam. Był od niej dużo starszy, ale miał majątek. Posiadali duże, ponad 40-hektarowe gospodarstwo, a w nim bydło, trzodę i pola uprawne. Mieszkali we wsi Bendry, powiat Troki. Mieli dwójkę dzieci – Reginę i Adama. Pierwszy mąż został rozstrzelany przez Niemców w 1942 roku. Mama została z dwojgiem małych dzieci oraz dużym gospodarstwem i ciężko jej było powiązać koniec z końcem. Po roku wyszła ponownie za mąż za mojego tatę. Miał na imię Onufry, jak Zagłoba, ale na tamte czasy to było dość popularne imię – śmieje się.

    Siedmioletnia rozłąka

    W 1949 r. rodzina pani Moniki została wywieziona na Syberię. Ona sama tam jednak nie trafiła. – To wydarzyło się w moje pierwsze urodziny. Na stacji kolejowej, tuż przed wywózką, mój tato spotkał znajomego milicjanta i poprosił, żeby mnie zawiózł do dziadków. Rodzice bali się po prostu, że ja, jako roczne dziecko, nie przetrwam w tych warunkach, a jechali – jak się okazało – dwa miesiące – tłumaczy gorzowianka. – Przez 7 lat wychowywałam się u dziadków w Halampolu. Mówili mi, że rodzice musieli wyjechać z rodzeństwem i bardzo tęsknią za mną, ale na pewno wrócą. Miałam kochających dziadków, ale mimo to te 7 lat to był dla mnie bardzo trudny czas. Przecież wtedy dziecko odkrywa cały świat. Rodzina gorzowianki trafiła początkowo do małej osady w lesie, gdzie ojciec pracował jako robotnik leśny. „Następnie przewieziono nas do wsi Wierchniaja Iret Totumietskij, rejon Irkutskaja Obłost. Rodzice pracowali w kołchozie, my zaczęliśmy chodzić do szkoły. Straszne to były czasy – bieda, głód i okropne zimno. Ja więcej chorowałam niż chodziłam do szkoły, nawet nie miałam butów, żyło się z dnia na dzień. Na Syberii byliśmy 6 lat i 10 miesięcy. Kiedy otrzymaliśmy zgodę na nasz powrót do ojczyzny, ojciec napisał list do swoich rodziców, aby czekali z siostrą Moniką na nasz pociąg na dworcu w Wilnie (...). Na początku grudnia 1955 roku wyjechaliśmy do Polski, jechaliśmy 3 tygodnie, ale nie jechaliśmy przez Wilno, tylko przez Moskwę, Brześć i dalej do Polski. Dziadkowie z moją siostrą Moniką czekali na dworcu w Wilnie 2 tygodnie, dopiero w 1956 roku latem ojciec pojechał na Litwę i przywiózł siostrę Monikę (kiedy ją poznałam, miałam już 10 lat)” – pisze we wspomnieniach Maria, najstarsza siostra pani Moniki.

    Moje serce jest tam

    Pani Monika nigdy nie zapomni przyjazdu swojego ojca. – Przyjechał o 11.00 przed południem. Doskonale pamiętam godzinę, bo byłam taka wytęskniona. Tato był bardzo zmęczony i poszedł spać, a ja razem z nim. Już go ani na krok nie opuściłam i cały czas byliśmy razem. Nawet jak jechał na rowerze do dawnego domu w Bendrach, to musiał mnie zabrać – wspomina. Na Ziemie Zachodnie rodzina Juniewiczów przyjechała w 1956 roku i zamieszkała w Nowogródku, w dawnym województwie szczecińskim. Pani Monice wcale jednak łatwo nie było. – Mówiłam z litewskim akcentem i proszę wyobrazić sobie dziecko w szkole, które mówi łamanym polskim. Moje wypowiedzi kończyły się zawsze śmiechem klasy i moim płaczem. Na koniec szkoły podstawowej mówiłam już bez akcentu – wyjaśnia pani Monika, która w Gorzowie mieszka od 1976 roku. Ponownie w rodzinne strony gorzowianka pojechała razem z siostrą w wieku 20 lat. – To było już po śmierci taty, który zmarł w wieku 52 lat. Chyba w tym lesie na Syberii zmarnował sobie zdrowie. Babcia, która mnie wychowywała, jeszcze żyła i oczywiście mnie pamiętała. To przepiękne wspomnienie, aż teraz chce mi się płakać – opowiada. Pani Monika często jeździ teraz w rodzinne strony i – jak sama mówi – żadnej okazji nie ominie, aby odwiedzić Wileńszczyznę i swoją rodzinę. – Moje serce jest tam. Wszystko mnie tam ciągnie: piękny język, serdeczni ludzie, wspaniałe widoki, niezwykłe miasta i wsie, wspomnienia z dzieciństwa i, oczywiście, groby rodzinne – mogłaby tak wyliczać bez końca. Na tym jednak nie koniec – razem z innymi wilniukami stara się ocalić to, co najpiękniejsze z ich rodzinnych stron, dlatego działa w gorzowskim oddziale Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, który organizuje choćby doroczne „Kaziuki”. A jak trzeba, to i powie z pięknym akcentem: „Jedna myśla po głowi manturzysia, żeby do wszystkich wilniaków trafić...”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół