• facebook
  • rss
  • Pan Bóg w zasięgu wzroku

    dodane 01.01.2015 00:00

    Z Adrianną Borek o kabarecie, powodach do śmiechu i św. Józefie, rozmawia Krzysztof Król.

    Krzysztof Król: Już od piaskownicy wiedziałaś, że chcesz być artystką kabaretową?

    Adrianna Borek: Zupełnie nie. Wtedy chciałam być piosenkarką. Wszystko zaczęło się, kiedy przyjechałam z mojego cudnego, ale odległego Krosna na Podkarpaciu na studia do Zielonej Góry. Na drugim roku ktoś zabrał mnie do Klubu Studenckiego „Gęba”.

    I...?

    I zrobiło się śmiesznie! Gdy pierwszy raz tam przyszłam i zobaczyłam Zenona Laskowika, to mnie ścięło! Pomyślałam: „Co tu się dzieje? Co to za miejsce, że takich ludzi można tu spotkać? O co chodzi?”. Przychodziłam, przychodziłam i potem ktoś powiedział: „Ty taka śmieszna jesteś, to spróbuj, chodź na warsztaty”. Spróbowałam i spodobało mi się!

    A pamiętasz swój pierwszy występ?

    Niestety tak. To była tragedia... Nie pamiętam nic, tylko to, że strasznie się trzęsłam. Występowanie jest fajne, ale też obarczone dużym stresem. Ale pomalutku, pomalutku... I w końcu z koleżankami założyłyśmy kabaret „Babeczki z Rodzynkiem”. Z czasem dołączył do nas jedyny mężczyzna. Pamiętam, jak jeszcze przed założeniem kabaretu jeździłyśmy z koleżankami na ogólnopolski Przegląd Kabaretów Amatorskich, czyli popularną PAKĘ. Patrzyłyśmy z uwielbieniem na kabareciarzy i mówiłyśmy do siebie: „Przyjedziemy na konkurs!”. I faktycznie, przyjechaliśmy i dostaliśmy wyróżnienie. To był dla nas ogromny sukces, tym bardziej że zaproszono nas do nagrania w telewizji. Oczywiście, był to jeszcze większy stres, ale też adrenalina i ogromna frajda.

    A jak zaczęła się przygoda z obecnym kabaretem „Nowaki”?

    Chłopcy – Tomek i Kamil – zakładali właśnie kabaret i postanowili wziąć babkę do składu. Jakoś tak padło na mnie. Przez rok jedną nogą byłam w „Babeczkach z Rodzynkiem”, a drugą w „Nowakach”. To akurat zbiegło się z końcem studiów i trzeba było spojrzeć na życie już tak poważniej (śmiech), więc... zostałam z „Nowakami”. W listopadzie 2007 roku zaczęliśmy pracować, a w 2009 roku pojechaliśmy na PAKĘ i nawet zdobyliśmy pierwsze miejsce. Ale wierzę, że największe sukcesy dopiero przed nami. (śmiech)

    A z czego się śmiejecie?

    Uwielbiamy śmiać się z siebie nawzajem! Tak naprawdę śmiejemy się ze wszystkiego. A najchętniej to z niczego. (śmiech) Tematyka naszych skeczy jest głównie obyczajowa. Lubimy też absurd. Czepiamy się każdej sfery życia. No... może z wyjątkiem polityki. W naszych skeczach występują urzędnik, nauczyciel, ale także ksiądz. Jestem zdania, że ze wszystkiego można się śmiać, ale pamiętamy, że jest wielka różnica miedzy śmianiem się a wyśmiewaniem. My nie chcemy w żadnym przypadku wyśmiewać się z czegoś, co jest ważne dla innych i dla nas też. Dla mnie osobiście bardzo ważna jest wiara, ważny jest Jezus i nigdy świadomie nie chciałabym zawieść Jego zaufania. Z pewnością Pan Bóg ma ogromne poczucie humoru. Liczę na to! (śmiech) O! Chciałabym jeszcze zareklamować takiego pana, który się nazywa św. Józef. Często przyzywam jego pomocy, gdyż jako najcichszy i najpokorniejszy święty stał się mi szczególnie bliski w takich zwyczajnych, domowych sprawach, ale też w zapamiętywaniu tekstów czy w ujarzmieniu tremy. Zresztą nie bez powodu mówi się o nim „święty na dzisiejsze czasy”. A wszystko zaczęło się w momencie, kiedy od koleżanki dostałam medalik właśnie ze św. Józefem z Kalisza, który należał do jej zmarłej babci, i zaczęłam go nosić. I jakoś tak „przyczepił się” do mnie ten święty.

    Czcicielka św. Józefa i artystka kabaretowa? Dla wielu to jakoś słabo licuje...

    Dla mnie mega licuje. Wychowałam się w religijnej rodzinie i to jest moje ogromne szczęście, ale przyznam, że jak wyjechałam na studia, to jakoś się to poluzowało. Miałam swój pomysł na życie. Z czasem jednak doszło do mnie, że coś jest nie tak. Św. Józef to ogarnął. (śmiech) Mniej więcej w tym czasie, za namową znajomych, trafiłam na fantastyczne rekolekcje prowadzone przez ks. Marcina Kuperskiego i te puzzle, które otrzymałam od rodziców, zaczęły powracać na właściwe miejsce. Odzyskałam spokój, zyskałam wspaniałych znajomych, potem dałam się namówić na pieszą pielgrzymkę do Maryi na Jasną Górę. Powtórzyłam to czterokrotnie. Nawiasem mówiąc, nie sądziłam, że to okaże się najlepszym sposobem na spędzenie urlopu. Cudne rzeczy się dzieją, kiedy mamy Pana Boga w zasięgu wzroku. Dlatego trzeba nieustannie walczyć, codziennie rano, otwierając oczy, mówić Mu swoje „tak”. Staram się też dzielić wiarą z innymi. Nie jest to łatwe, ale jesteśmy do tego powołani – ja i ty, żeby świadczyć o Panu Bogu tak, jak potrafimy najlepiej. Chcę się dzielić z innymi swoją wiarą, ale też udoskonalać ją, czerpać z doświadczeń innych. Niedawno na prośbę ks. Piotra Gniewaszewskiego starałam się zachęcić uczniów szkoły średniej do uczestniczenia w rekolekcjach adwentowych. To dopiero wyzwanie! Łatwo nie było (śmiech), ale było warto!•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół