• facebook
  • rss
  • Jak zginiemy, to wszyscy

    dodane 15.01.2015 00:00

    – Na Syberii było strasznie, ale trzymaliśmy się razem i żyjemy – mówi Aniela Józefczyk.

    Aniela Józefczyk i Bronisława Biesiada to siostry. Po wojnie razem z rodzicami przyjechały do Pławia k. Krosna Odrzańskiego i tu mieszkają do dziś. Rodzina Olszewskich, bo takie mają nazwisko panieńskie, przed II wojną światową mieszkała w miejscowości Pustomyty k. Lwowa. – Mama Emilia pochodziła z samego Lwowa. Później tato Michał wziął mamę na parcelacje przy Pustomytach. Najpierw postawili stodołę, potem stajnię, a na końcu dopiero drewniany dom. Mieli cztery morgi ziemi – opowiada pani Aniela. – Kiedyś nas wujek zabrał po latach w tamte strony. Były jeszcze nasz dom i stodoła, a na naszym polu już budynki.

    Gdzie białe niedźwiedzie

    Beztroskie dzieciństwo szybko jednak skończyła wojna. Najbardziej w pamięci obu sióstr utkwił 10 lutego 1940 roku, czyli dzień wywózki na Syberię. – Ojciec wstał w nocy, bo usłyszał szczekanie psa i dzwonki sań. Powiedział, że pójdzie do siostry, która mieszkała naprzeciw. Co chciał jednak przejść na drugą stronę, to kolejne sanie jechały. W końcu wrócił z powrotem do domu. Później jeszcze raz próbował, ale do cioci wtedy też nie dotarł. Mama powiedziała w końcu, żeby poszedł spać, a ojciec na to: „Żeby tylko po nas nie przyjechali”. Gdy się położył, to zaraz psy zaczęły szczekać w sąsiedztwie. Powiedział: „Już u Kilianów!”, czyli naszych sąsiadów. Potem przyjechali do nas – opowiada pani A. Józefczyk. – Podjechali, zaczęli walić do drzwi, ojciec otworzył i weszli do środka. Ojca w kącie ustawili i przeszukali, czy nie ma jakiejś broni. Do mamy powiedzieli, żeby zbierała się, bo za chwilę musimy opuścić dom. W międzyczasie chodzili i przeszukiwali każdy kąt. Mama włożyła pieniądze do popielnika, oni je znaleźli, ale na koniec jej oddali. To przecież i tak było na nic. Mama poubierała nas w to, co zdążyła, i pojechaliśmy. Rodzinę Olszewskich, podobnie jak inne z Pustomytów, zawieźli na pobliską stację kolejową. Tam już czekał parowóz z jednym wagonem, który pojechał do oddalonego o 12 km Lwowa, a tam był już duży transport. – Miałam wtedy 7 lat. Pamiętam, było dużo ludzi. Płacze, krzyki, lamenty. Bydlęce wagony. Nie widzieliśmy przecież, gdzie jedziemy. Ojciec pytał: „Gdzie nas wieziecie?” i usłyszał: „Tam, gdzie białe niedźwiedzie” – opowiada. – Spotkaliśmy we Lwowie wujka, ale tylko jego. Oni dowiedzieli się o wywózkach i uciekli, ale wujek wrócił nakarmić zwierzęta i gdy przyszedł, już czekali na niego. On niestety później zmarł na Syberii. Aha, przyszły siostry mamy ze Lwowa i chciały mnie zabrać z siostrą, ale ojciec powiedział: „Nie! Jak zginiemy, to wszyscy”.

    Pluskwy na ścianach

    Transport jechał miesiąc. Wszyscy głodni i zziębnięci cisnęli się w wagonach, a pociąg powoli zmierzał do tajgi syberyjskiej. – Najpierw dotarliśmy do Swierdłowska, a ostatecznie do miejscowości Tułaj. Na miejscu, o Boże..., baraki z takich okrąglaków, wszędzie dziury, prawie przeźroczyste, strasznie zimno. W środku same prycze, zapchlone, zawszone, łaziły pluskwy po ścianach, ale trzeba było do wszystkiego się przyzwyczaić. Gdy przyjechaliśmy, ojciec dowiedział się, że jest tam już jakiś Polak. Tato powiadał, że był tak wychudzony, że tylko kości na nim, ale jak usłyszał polską mowę, zaczął płakać. Tata ściskał go za ręce, a on mówił: „Boże, jak się cieszę, że Polak!” – opowiada pani Aniela. Rodzina Olszewskich spędziła na Syberii półtora roku. – Mama pracowała w kopalni platyny, a tato w lesie. Przychodził strasznie wykończony i pewnie dlatego szybko zmarł po przyjeździe na Zachód. Mama też miała nielekko. Nie było prawie nic do jedzenia. Ryby i śledzie były tylko w sklepach, ale też trzeba było mieć pieniądze na to, a co tam rodzice zarobili... Na święta Bożego Narodzenia ludzie brali gałązki, żeby przypominały im choinkę i śpiewaliśmy kolędy. 12 potraw, oczywiście, nie było. Jak jedna była, to było dobrze – wspomina. Kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu, zrobili to czym prędzej. Pojechali do Muchanowa, które leży 90 km do Samary. Tam żyło się już trochę lżej. – Człowiek ma już swój wiek i nieraz nie śpię w nocy. Myślę sobie wtedy, jak myśmy to przeżyli i za co? – mówi sybiraczka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół