• facebook
  • rss
  • Czuję się grodnianką

    dodane 05.02.2015 00:00

    – W swoim życiu sporo biedy zaznałam, ale też dużo miłości – przyznaje Weronika Kurjanowicz z Gorzowa Wlkp.

    Mam już dużo lat. Wszystkie mam wypisane na twarzy – śmieje się Weronika Kurjanowicz. – Urodziłam się w Grodnie w 1927 roku i choć po 8 latach wyjechałam do Baranowicz, to tak naprawdę czuję się grodnianką.

    Quo vadis i Mickey Mouse

    Do dziś w pamięci pani Weronika nosi obrazy z Grodna. – To było piękne i zadbane miasto. Pamiętam malowniczy las grodzieński, który nazywał się Pyszki nad Niemnem – wspomina. – Już w Grodnie weszłam w atmosferę wielokulturową. Mnie nie broniono kontaktu z Żydami, Tatarami czy Ormianami. Moja matka chrzestna była Ormianką i grekokatoliczką. W rodzinie zresztą miałam różne religie i różne nacje.

    Ale od początku. – Urodziłam się w rodzinie inteligenckiej, ale bezrobotnej, bo takie sytuacje w Polsce międzywojennej też miały miejsce. Kiedy miałam 3 lata, mój ojciec zmarł. Mama nie miała zawodu. To jest też symptomatyczne dla tamtych czasów, bo wtedy kobiety nie kształciły się. Sporo biedy życiowej zaznałam, ale też dużo miłości – mówi pani Weronika. – Byłam jedynym dzieckiem, chowanym z matką, taka trochę „stara maleńka”. Już przed wojną chodziłam z mamą do kina na nieme filmy i do teatru. Mama wybierała seanse i spektakle tańsze, tzw. popołudniowe. Wszędzie mnie zabierała, bo zwyczajnie nie miała mnie z kim zostawić. To było między 3. a 8. rokiem życia. Już przed wojną widziałam „Quo vadis” i filmy z Jadwigą Smosarską czy Mieczysławą Ćwiklińską. Oczywiście jako dziecko najbardziej interesowały mnie bajki ze sławną Mickey Mouse, które puszczano przed filmami.

    Rosjanie i Niemcy

    II wojna światowa panią Weronikę zastała w Baranowiczach. Tu zamieszkała w wieku 8 lat razem z mamą, która wyszła ponownie za mąż. – Pamiętam wjazd czerwonoarmistów na czołgach. Do nas przybyli z głębi Rosji, pamiętam ich skośne oczy i czapki ze szpicami. To wszystko nas przerażało i drżeliśmy, co teraz będzie, a szczególnie mama i ojczym, którzy pamiętali rewolucję październikową – opowiada pani Weronika. – Zaraz zarekwirowano nam pokój na potrzeby oficerów, z których strony spodziewaliśmy się najgorszego. Na szczęście nam udało się i trafiliśmy na takich, którzy byli ludzcy. Po półtora roku przyszli Niemcy. Przywitaliśmy ich z pewną ulgą, bo nie wiedzieliśmy, czym „pachną”, tym bardziej że wcześniej Rosjanie nie prowadzili propagandy przeciwko Niemcom. Oni z kolei prowadzili specyficzną politykę i podburzali nacjonalistyczne uczucia wśród Ukraińców, Białorusinów. Któregoś razu Niemcy likwidowali polskie biblioteki. Ciężarówki wypełnione książkami przejeżdżały koło domu pani Weroniki. – Palili je za miastem, ale na szczęście ich nie pilnowali i my chodziliśmy wyciągać te książki. Miałam piękny księgozbiór – wspomina. – Później na tym samym miejscu, gdzie palono książki, zabijano Żydów. Niestety, ich nie udało się już wyciągnąć.

    Mickiewicz i Żeromski

    Gorzowiance w czasie II wojny światowej groziła przymusowa wywózka do Niemiec na roboty. – Mama, która o mnie drżała, wymusiła, żebym poszła do pracy do jakiejś firmy niemieckiej. Załatwiła ją, poza mną, w firmie handlowo-przemysłowej. Pracowałam na różnych stanowiskach, np. w suszarni warzyw i owoców, w makaroniarni, w rozlewni wód gazowanych, w kwaszarni kapusty, wytwórni kawy. Nie było specjalnego nadzoru niemieckiego. Miało to swoje dobre strony i mogłam wynosić jedzenie do domu – tłumaczy W. Kurjanowicz. – Pierwszy raz dostałam w twarz od Niemca, kiedy nam kazano wejść na jakąś posesję z wiaderkami na sznurku i wydobywać fekalia ze sławojek, a potem to zakopywać. Miałam torsje i nie mogłam tego znieść, ale jak parę razy dostałam, to i torsje minęły. W czasie wojny o nauce nie mogło być mowy. O swoją edukację pani Weronika jednak dbała i dużo czytała. – W młodości wpłynął na mnie Mickiewicz. W Wielkiej Improwizacji jest fragment: „A imię jego czterdzieści i cztery”. To kształtowało naszą nadzieję tam. Ja tym rodzinę zaraziłam, żeby czekać tego 1944 roku. I w 1944 roku Sowieci znowu nas wyzwolili, a w 1945 r. wyjechaliśmy. Później ważną rolę odgrywał Żeromski. Ukształtowałam się na doktorze Judymie i „Siłaczce”. Z takimi wyobrażeniami jechałam tu, na ziemie zachodnie. Mam rzeczywiście jakiś nerw społecznikowski – zauważa pani Weronika. – Jak przyjechałam po wojnie do Gorzowa, znowu mnie przeegzaminowano. Po roku zdałam małą maturę, a za dwa dużą i na studia dostałam się na Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, na polonistykę. W gorzowskim Technikum Ekonomicznym przepracowałam 31 lat. Najpierw jako nauczycielka, potem zastępca dyrektora, a skończyłam jako dyrektor. Nigdy nie byłam partyjna i ciągle miałam esbeka na głowie. I gdy poluzowano stan wojenny, postanowiłam odejść.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół