• facebook
  • rss
  • Wolność Ikara

    dodane 19.02.2015 00:00

    Szkoła lotnicza była spełnieniem marzeń. Próba ucieczki porwanym samolotem – pragnieniem wolności. Kara śmierci, jej zamiana na dożywocie – doświadczeniem koszmaru. Amnestia i nowe życie w kapłaństwie – zerwaniem zaciskającej się pętli. To nie scenariusz filmowy, ale historia ks. Alojzego Burzyńskiego.

    Trzeba przyznać, że kolorowy latawiec na niebie w środku zimy nie jest częstym widokiem, a jednak czasami uda się go zaobserwować. Smagany wiatrem dzielnie unosił się w mroźnym powietrzu i nie dawał za wygraną przy przelotnych opadach gęstego śniegu.

    Marzenia o lataniu

    Maria Olechno-Troć z Zielonej Góry, kiedy usłyszała o kolorowym latawcu na tle stalowego nieba, była przekonana, że to niezwykły symbol życia jej kuzyna – ks. Burzyńskiego. Ks. Alojzy urodził się 13 czerwca 1930 r. w Piwowarach, miejscowości leżącej ok. 50 km od Białegostoku. Edukację w szkole podstawowej przerwał wybuch II wojny światowej. Po wojnie Alojzy z kuzynem Albertem przyjechali do Zielonej Góry i kontynuowali naukę w Szkole Przysposobienia Zawodowego. – Taka forma kształcenia nie odpowiadała osobowości Alojzego, który chyba nie chciał być mechanikiem. On zawsze był bardzo cichy, refleksyjny, jego zainteresowania wykraczały poza przeciętność. Dlatego, kiedy powiedział, że wyjeżdża do Warszawy, żeby rozpocząć naukę w szkole lotniczej, nie zdziwiło to najbliższych, chociaż mało kto wierzył, że mu się uda – wspomina pani Maria.

    Z rodzinnych wspomnień wynika, że Alojzy był w szkole lotniczej w Dęblinie. Na początku lat 50. XX wieku w podbiałostockiej wsi, u matki Alojzego, pojawili się milicjanci i wypytywali o syna, o jego kontakty, kiedy ostatnio odwiedzał najbliższych. Matka była niezmiernie zaskoczona, a – jak się później okazało – wywiad milicji nie był przypadkowy. Alojzy z kolegą porwali samolot i chcieli przedostać się do Europy Zachodniej, na terytorium kontrolowane przez aliantów. Niestety, brawurowy plan ucieczki nie powiódł się, śmiałkowie zostali zatrzymani przez służby graniczne NRD i odstawieni do PRL. Służby w Polsce postawiły młodym uciekinierom najcięższe zarzuty i zasądziły karę śmierci. Zrozpaczona matka podejmowała wiele prób ratowania syna, pisała listy do prezydenta Bolesława Bieruta. W wyniku amnestii kara śmierci została zamieniona na karę dożywotniego więzienia. Alojzy ze swoim wspólnikiem zostali osadzeni w Zakładzie Karnym we Wronkach. Warunki więzienne były straszliwie wyczerpujące, szczególnie psychicznie, i doprowadziły do śmierci samobójczej kolegi Alojzego. W ramach odwilży lat 60. wielu więźniów politycznych wyszło na wolność, również Alojzy mógł zrzucić kajdany. Po wyjściu z więzienia rozpoczął przymusową pracę w jednej ze śląskich kopalń, ale po krótkim czasie ponownie wrócił do Zielonej Góry. Udało mu się znaleźć pracę w biurze konstrukcyjnym, musiał jednak zamieszkać u rodziny w Bytomiu Odrzańskim. Najbliżsi byli bardzo szczęśliwi z powrotu bohatera, choć dawało się dostrzec w jego zachowaniu poszukiwanie samotności – był milczący, skryty. Rodzinie wydawało się to zrozumiałe po jego więziennych przejściach.

    Nowy oddech wolności

    Pewnego dnia Alojzy nie wrócił po pracy do domu w Bytomiu Odrzańskim. Ciocia, u której mieszkał, wydzwaniała do bliskich w Zielonej Górze, ale nikt nie wiedział, co się z nim stało. Po krótkim czasie okazało się, że wyjechał na Pojezierze Mazurskie i wstąpił do zakonu. – Wydaje mi się, że styl życia zakonnego, zamknięcie w murach za mocno przypominały mu dramatyczne doświadczenia z celi więziennej i wstąpił do seminarium we Wrocławiu – mówi M. Olechno-Troć. Ks. Alojzy przyjął święcenia kapłańskie we Wrocławiu w 1971 r. Pracował w duszpasterstwie do 1983 r. Zmarł w Zawidowie, w wieku 52 lat. – Jestem przekonana, że trudne doświadczenia bardzo mocno osłabiły serce Alojzego. Miesiące spędzone w celi śmierci, kiedy każdego poranka kroki strażnika mogły oznaczać, że nadszedł czas, potem odsiadka dożywocia, bez perspektywy wyjścia na wolność. Ale jednocześnie wiem, że był życzliwym księdzem, który dostrzegał potrzeby ludzi, bo sam przeżył wiele trudnych chwil – wspomina kuzynka Maria.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      03.11.2016 15:36
      Pani Mario, bardzo dziekuję za ten artykuł o moim stryju! Znałam niewiele szczegółów na temat wczesnego życia "stryjka Alka",który niestety odszedł zanim mogłam "dorośle" z nim porozmawiać. Jestem córką jego brata Józefa i pamietam stryja ze sporadycznych wizyt w naszym domu-juz w stanie duchownym.Chcę by moje dzieci dowiedziały się jak najwięcej na jego temat oraz historii tamtych czasów. Pozdrawiam,Agata Kelso- Burzyńska
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół