• facebook
  • rss
  • Ojciec ma tu swój dom

    dodane 05.03.2015 00:00

    Z misjonarzem ks. Witoldem Lesnerem o świeckich katechistach, modlitwach, których nie znają „praktykujący katolicy”, i ewangelicznym sianiu rozmawia Krzysztof Król.

    Krzysztof Król: Za Księdzem pierwszy Adwent, pierwsze Boże Narodzenie, pierwsze powitanie Nowego Roku, a teraz pierwszy Wielki Post na Kubie. Już oswoił się Ksiądz ze swoją misją?


    Ks. Witold Lesner: Powoli poznaję kraj i specyfikę życia tutejszych ludzi. Powoli zdaję sobie również sprawę z tego, ile jeszcze mnie czeka. I bardzo się cieszę, że tu jestem. Kubańczycy to bardzo życzliwi ludzie. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z żadnym przejawem niechęci czy nieuprzejmości. Wręcz przeciwnie. W odwiedzanych przeze mnie domach niesamowicie brzmią wciąż powtarzane zapewnienia: „Ojciec ma tutaj swój dom. Nie zapraszamy więcej w odwiedziny, ponieważ od teraz ojciec ma tutaj już swoje miejsce, swój dom”.


    Jakie ma Ksiądz obowiązki?


    Po miesiącu bycia na wyspie zostałem proboszczem w parafii św. Józefa w miejscowości Guisa. To 23-tysięczne miasto powiatowe, którego początki sięgają XVII wieku. Kościół, który został wybudowany 6 lat temu na ruinach dawnej świątyni hiszpańskiej, stoi przy głównym placu miasta, jednak nie jest za bardzo odwiedzany. W niedzielę we Mszy św. uczestniczy ok. 50 osób. Ochrzczonych jest znacznie więcej, jednak jakoś im nie po drodze. To jest chyba największe i główne pole pracy tutaj. Chociaż parafia istnieje już wiele lat, jestem pierwszym księdzem, który mieszka na miejscu. Wcześniej kapłani dojeżdżali na Msze w niedziele, a później również w jeden dzień w tygodniu. Oprócz wspólnoty przy kościele w Guisie, parafię tworzy 7 innych wspólnot. To w znacznej mierze małe grupy, które spotykają się w kaplicach lub domach prywatnych. Oficjalnie na Kubie nie można budować nowych kościołów, więc kupuje się tu domy i przerabia na kaplice. Są one zarejestrowane na osoby prywatne i dlatego nie można na nich umieszczać żadnych znaków religijnych. W parafii są dwa takie miejsca. W czterech innych miejscowościach Mszę św. i katechizację mamy w domach prywatnych, tzw. domach misyjnych.


    Jakie są najpilniejsze zadania?


    Największym wyzwaniem duszpasterskim w tych wspólnotach jest znalezienie i przygotowanie osób odpowiedzialnych oraz katechistów. To właśnie na osobach świeckich w dużej mierze opiera się praca duszpasterska. To one przygotowują liturgię, dbają o miejsca modlitwy, przygotowują dorosłych, młodzież i dzieci do przyjęcia kolejnych sakramentów. Bez ich zaangażowania nie wyobrażam sobie funkcjonowania Kościoła. Potrzeby są duże, ale możliwości małe. W jednej ze wspólnot ksiądz bywał sporadycznie, a dzisiaj Msze św. są co drugą niedzielę, na zmianę z katechizacją. Ludzie sami chcieli mieć spotkania częściej, więc znaleźli dwie dziewczyny, które przygotowują się,
by zostać katechistkami. Wspólnota składa się dla nich na dojazd do parafialnego kościoła na spotkania formacyjne. To chyba najbiedniejsza z miejscowości w parafii, jednak bardzo chcą rozwijać się duchowo, więc i pieniądze się znajdują (nie mam
pojęcia, skąd). Miejscem spotkań jest wiata kryta liśćmi palmowymi, przez które za dnia przebijają promienie słońca, a wieczorami można liczyć gwiazdy, ale za każdym razem, gdy odwiedzam tę wspólnotę, widzę radość z przyjazdu księdza, z tego, że mogą uczestniczyć we Mszy św., że mogą dowiedzieć się czegoś nowego o Panu Bogu. Serce rośnie, gdy widzę to zaangażowanie.


    Ale pewnie nie brakuje problemów?


    Tak. Są i inne, smutniejsze spotkania. Brak księdza i formacji duchowej w przeszłości oraz duża presja władzy komunistycznej procentują dziś tym, że wielu ochrzczonych nie czuje nawet potrzeby uczestniczenia w życiu Kościoła. Najczęściej dla tych osób kontakt z chrześcijaństwem kończy się na chrzcie św. Niedawno, podczas katechizacji dla rodziców i chrzestnych, zauważyłem, że pewna osoba nie odmawia z nami modlitw „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”. Okazało się, że ich nie umie. Zapytałem ją, jak więc chce być matką chrzestną, jak chce przekazać wiarę, wychowywać po chrześcijańsku? Usłyszałem w odpowiedzi: „Jestem chrześcijanką i osobą praktykującą, ale do tej pory z takimi modlitwami się jeszcze nie spotkałam”. O chrzest dla swoich dzieci prosi coraz więcej ateistów. Sami nie chcą przyjąć chrztu, ale chcą go dla dzieci. Mówią, że słyszeli, że to ważne. Proponuję im katechizację, żeby również jako rodzice przyjęli chrzest... Zobaczymy, czy przyjdą na pierwsze spotkanie. Brak potrzeb duchowych miesza się z powtarzanym pytaniem: „Ojcze, kiedy mamy to spotkanie biblijne?”, „Czy mogę się trochę spóźnić na Mszę św., bo dziś pracę kończę później? Czy Msza będzie wtedy ważna?”. Widząc takie kontrasty, bardzo żałuję, że nie umiem lepiej języka. Cały czas nie jestem w stanie wytłumaczyć wielu rzeczy, nie mogę podać wielu argumentów, bo... nie wiem, jak to powiedzieć. Denerwuje mnie to! Robię, co mogę, ale chciałbym zdecydowanie więcej. Tutaj zdecydowanie mocniej niż w Polsce doświadczam ewangelicznego siania słów Dobrej Nowiny bez realnego wpływu na jego wzrost. Jako kapłan sieję i liczę, że Pan Bóg da wzrost. Wierzę w to głęboko.


    A ma Ksiądz jakąś prośbę do naszych diecezjan?


    Może jeszcze ktoś nie ma sprecyzowanych intencji wielkopostnych – postu, modlitwy i jałmużny, więc zapraszam do „ukierunkowania” ich na Kubę. Proszę o wsparcie tutejszego Kościoła, by na nowo zazielenił się obecnością Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół