• facebook
  • rss
  • Cudem uniknęliśmy wywózki

    dodane 19.03.2015 00:00

    Dla pana Zdzisława wszystko zaczęło się w 1934 r. w Dobropolu. Tam przyjął chrzest, bawił się z kolegami na podwórku, chodził do szkoły i przeżył II wojnę światową.

    Dziś Dobropole leży na Ukrainie, przed 1939 rokiem był na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. – Przed wojną wszyscy żyliśmy w zgodzie. Bawiliśmy się razem i nikt nikogo nie pytał, czy Polak, czy Ukrainiec. Oczywiście każdy jakoś tam pokazywał swoje korzenie. Polscy chłopcy nosili rogatywki, a ukraińscy mazypenki – wspomina Zdzisław Czechowski z Zielonej Góry. – W Dobropolu wszyscy się szanowali, także w kwestii wyznania. Pamiętam, miałem nauczycielkę Żydówkę. Jak 3 maja szliśmy do kościoła, to ona też szła z nami, a że miała swoją religię, to inna sprawa. Szanowała wiarę katolicką – opowiada.

    Aresztowanie ojca

    Błogie dzieciństwo szybko przerwała wojna. – Jak przyszli Sowieci, to mało nas na Sybir nie wywieźli. Mieliśmy dom na skraju wsi i najpierw do nas zapukali. Kazali szybko się ubierać. Już byliśmy prawie spakowani, gdy ktoś nagle przyszedł i powiedział, że to pomyłka. I jak gdyby nigdy nic poszli sobie. Cudem uniknęliśmy wywózki. Okazało się, że chodziło im o mieszkańców oddalonej o kilometr parcelacji, na której osiedliła się grupa Polaków w latach 20. – tłumaczy. Pan Zdzisław miał dwóch braci. Najmłodszy w urodził się w momencie, gdy Niemcy napadły na Rosjan. – Wtedy ojca i innych Polaków aresztowali. Pilnowali ich Ukraińcy, którzy współpracowali z Niemcami. Mama po porodzie chodziła i prosiła, aby go wypuścili, ale to nic nie dało – opowiada zielonogórzanin. – Specjalnego więzienia nie było, więc trzymali ich w remizie. Raz poszedłem odwiedzić ojca i rozmawiałem z nim przez szparę w ścianie, a on powiedział, żebym przyniósł taki mały brzeszczot. Chcieli w nocy zrobić dziurę, aby uciec. Nie była jednak potrzebna. Obok wsi pojawił się oddział Sowietów, którzy uciekali przed Niemcami. Ukraińcy chcieli ich rozbroić, ale nie dali rady. Kiedy Rosjanie dowiedzieli się, że w remizie są zamknięci ludzie, to rozerwali łańcuchy i kazali uciekać. Od tamtej pory ojciec prawie cały czas ukrywał się przed Ukraińcami, którzy mordowali Polaków. Spał w stodołach, na polu lub w krzakach, gdzie się dało. Przychodził od czasu do czasu coś zjeść, przebrać się i szedł. W domu mało kiedy był – dodaje.

    Ksiądz Anczarski

    Dobropole było też miejscem wzrostu w wierze. – Nasza rodzina była bardzo wierząca. Byłem ministrantem i lubiłem chodzić do kościoła – wspomina zielonogórzanin. – Babcia mi opowiadała, że kiedyś w mojej rodzinnej wsi był piękny kościół, który miał 12 ołtarzy. Opiekowali się nim franciszkanie. Jak przyszli Tatarzy, to wszystko spalili. Dopiero w 1904 roku wybudowano nową świątynię, ale znacznie skromniejszą – dodaje. Proboszcz mieszkał w Wiśniowczyku oddalonym o 7 km od Dobropola i posługiwał w kilku wioskach. – W 1939 roku zaraz po święceniach przyszedł do naszej parafii ks. Józef Anaczarski. Wkrótce zamieszkał w Dobropolu, gdzie było dużo Polaków. Po prostu chodziło o to, żeby nie musiał co chwilę dojeżdżać. Ludzie bardzo go lubili i cenili. To właśnie on przygotowywał mnie do Pierwszej Komunii Świętej. W 1943 roku musiał wyjechać, bo był nękany przez Niemców i Ukraińców. Nawet aresztowali go kilka razy – tłumaczy pan Zdzisław. – Po wojnie trafił na Ziemie Odzyskane. Przez 15 lat pracował jako dyrektor wydziału duszpasterskiego kurii biskupiej w Gorzowie Wlkp., a później był proboszczem w Świnoujściu. Nawet odwiedziłem go, jak już był na emeryturze. Kiedy powiedziałem, że jestem synem stolarza, to zaraz sobie mnie przypomniał – dodaje.

    Krzyż z patyków

    Rodzinny dom Czechowscy opuszczali w 1945 roku. Na Ziemie Zachodnie jechali ponad miesiąc. – Nieraz maszynista stanął w polu i mówił, że nie pojedzie dalej. To trzeba było mu dać coś do jedzenia, do wypicia i wtedy znowu ruszał. Jechaliśmy taką odkrytą platformą. Strasznie zimno było, szczególnie w nocy, ale mieliśmy pierzyny i jakoś daliśmy radę – wyjaśnia zielonogórzanin. Nie każdy jednak przeżył drogę. – Z maszynistą byliśmy umówieni na dwa sygnały tuż przed odjazdem. Drugi oznaczał, że pociąg za moment rusza. Pamiętam pewną kobietę – jechała z matką i malutkim dzieckiem. Podczas jednego z postojów gotowała dla niego kaszkę. Był już drugi sygnał, a ta kobieta dalej czekała, aż woda się zagotuje. Pociąg ruszył, ona podała garnek z wodą matce, a ta wylała wrzątek na dziecko. Płakało całą noc, na drugi dzień – zmarło. Jak ta kobieta rozpaczała. Maszynista zatrzymał się w polu. Wykopano dołek, zrobiono krzyż z patyków i pochowano – wspomina pan Zdzisław.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół