• facebook
  • rss
  • Wiarę wyniosłam z domu

    dodane 09.04.2015 00:00

    Choć pani Katarzyna Szydełko pochodzi z Kresów, to na Ziemiach Zachodnich znalazła swoje miejsce do życia i pasję do służby Kościołowi.

    Urodziła się tuż przed II wojną światową w Tuligłowach koło Lwowa. – Rodzice bardzo tęsknili za rodzinnymi stronami. Cały czas mówili, że tam była inna ziemia i wszystko inne. Pamiętam, że cały dobytek przywieźliśmy w starych drewnianych i malowanych kufrach. Na początku jednak nikt nie rozpakowywał się. Babcia mówiła, że wrócimy jeszcze do domu. Dopiero na wiosnę ludzie trochę się tutaj zadomowili, jak zaczęli pracować w polu. Ale oczywiście wciąż z uśmiechem i łzą w oku wspominali rodzinne strony – mówi pani Katarzyna Szydełko z Trzebicza.

    Opieka MB Bolesnej

    Trzebiczanka urodziła się w 1939 roku w Tuligłowach. Była mała i z rodzinnych stron niewiele pamięta. Najwięcej dowiedziała się z opowiadań rodziców. – Tuligłowy leżały niedaleko Lwowa, bardzo blisko Rudek, gdzie pochowany jest Aleksander Fredro. Nasza wieś była duża, przeszło 700 numerów. Żyli w niej prawie sami Polacy. Tam był piękny dwór, gdzie mieszkał pan Bal, u którego pracowali ludzie ze wsi. Tutaj urodził się też jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów: Julian Fałat. Stąd pochodzi wielu księży, a wśród nich salezjański muzyk i kompozytor ks. Michał Winiarz. Ludzie tam byli bardzo wierzący. Przykładowo wszystkich modlitw i przykazań uczyli nie księża na religii, ale rodzice – opowiada pani Katarzyna. – W Tuligłowach mieliśmy gospodarstwo. Nie za duże, nie za małe. Tata był też cieślą i budował z innymi domy. Wszyscy utrzymywali się z pracy własnych rąk. Po prostu to, co ludzie sobie wyprodukowali, to mieli. Tkano nawet płótna, a potem szyto z tego ubrania. To były bardzo dobre materiały. Po wojnie nie byłam już w rodzinnych stronach, ale była za to moja młodsza siostra Elżbieta. Dziś już domu rodziców nie ma. Na tym miejscu stoi już inny. Została tylko studnia – dodaje. To, co pamięta z wojny, to stale towarzyszący strach. – Dookoła byliśmy otoczeni wioskami ukraińskimi. Jak Ukraińcy zaczęli mordować Polaków, to chłopi wybudowali w ziemi schron. Kiedy tylko był jakiś alarm, to ja do tego schronu pierwsza leciałam. Wszyscy mnie wszędzie szukali, a już tam byłam. Na szczęście u nas we wsi nie było mordów – opowiada pani Katarzyna. – Przed wojną panowała zgoda. Nieważne, czy Polak, czy Ukrainiec – ludzie odmiennych narodowości nawet się ze sobą pobierali. Mama opowiadała kiedyś o rozmowie z ukraińskim kolegą. Powiedział jej: „Mówi się o tym, że Ukraińcy będą mordować Polaków”. O ona do niego: „To jak to? Przyjdziesz do nas i będziesz nas zabijał?”, a on na to: „Ja nie! Tylko tak słyszałem” – kontynuuje. Pani Katarzyna mieszka dziś w Trzebiczu, ale sporo jej krajan w Łozinie w województwie dolnośląskim. – Wie- lu parafian pojechało tam razem z proboszczem. Zabrali ze sobą główny obraz z ołtarza: Matki Bożej Bolesnej – wyjaśnia pani Katarzyna. Tuligłowianie właśnie Maryi przypisywali fakt, że podczas napadów wszechobecnych banderowców ich miejscowość ocalała. W 2000  r. kard. Henryk Gulbinowicz ustanowił w Łozinach lokalne sanktuarium Matki Bożej Bolesnej.

    Odznaczenie od biskupa

    Tu, na Ziemiach Zachodnich, pani Katarzyna znalazła swoje miejsce, ale też życiową pasję w służbie Kościołowi. – Kiedyś mieszkały tu siostry zakonne. Jedna była katechetką, druga pielęgniarką, trzecia gotowała w kuchni, a czwarta grała na organach. Ta ostatnia gromadziła wokół siebie sporo dzieci. Kilkoro zachęciła do grania. I ja tam sobie też grywałam – wyjaśnia pani Katarzyna. – Później siostra organistka zachorowała i wyjechała. Więc inna zakonnica śpiewała, a ja grałam. Nie za bardzo jednak mi to szło. Ksiądz proboszcz poprosił więc organistę z Drezdenka pana Edwarda Weidemanna, żeby mnie nauczył grać do Mszy świętej. Ten przyjechał, podrapał się za uchem. Nauczył mnie grać prostą gamę zharmonizowaną. Później siostry odeszły, a ja już dawałam radę sama grać – kon-tynuuje. Trzebiczanka nie uczęszczała nigdy do żadnej szkoły muzycznej, ale wciąż rozwijała swój talent. Z czasem nawet kilka osób nauczyła grać na organach. Jedna z nich do dziś gra w Trzebiczu. Pani Katarzyna prowadziła też kiedyś chór. – Poprosił o to ks. Stefan Kałużny. To był chór na cztery głosy. Kiedyś poprosiliśmy organistę z Drezdenka, żeby przyjechał nas posłuchać. Przyjechał, posłuchał i powiedział, że śpiewamy prawie tak jak jego chór. Ambitnie wszystko śpiewaliśmy, nawet po łacinie. Później powstał chór młodzieżowy. Dziś już niewiele osób w nim zostało, ale wciąż śpiewają – opowiada z uśmiechem. Posługę pani Katarzyny i jej zaangażowanie na rzecz lokalnej wspólnoty doceniają nie tylko miejscowi parafianie i proboszcz, ale także biskup. Dwa lata temu otrzymała specjalne odznaczenie: „Zasłużony dla Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej”. To wyróżnienie jest przyznawane świeckim, szczególnie aktywnie angażującym się w służbę na rzecz zielonogórsko-gorzowskiego Kościoła.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół