• facebook
  • rss
  • Nie pomyślałam, że Pan Bóg to weźmie na serio

    Katarzyna Buganik

    |

    Zielonogórsko-Gorzowski 23/2015

    dodane 03.06.2015 00:00

    Życie konsekrowane. – Prowadzimy ośrodek rehabilitacji, przedszkole, bursę dla dziewcząt. Mamy też okno życia. Pomagamy potrzebującym, jak umiemy i jak tylko możemy, bo podobnie czyniła nasza patronka św. Elżbieta – mówią siostry.

    Siostry elżbietanki w Zielonej Górze posługują od 1882 roku. Od początku swojej działalności pomagają chorym. Najpierw prowadziły przytułek, później szpital. Do 1945 r. w Zielonej Górze pracowały siostry niemieckie. Po wojnie zarządzono, że przełożoną zielonogórskiego zgromadzenia musi być Polka. Do 1960 r. siostry pracowały w szpitalu, z którego za obronę Domu Katolickiego zostały wyrzucone. Elżbietanki do mocno zdewastowanego budynku przy ul. Powstańców Wielkopolskich wróciły w 1992 r., rozpoczęły remont generalny i przystosowały budynek do potrzeb osób niepełnosprawnych. Dziś w zielonogórskim domu mieszka 6 sióstr: s. Melania Polachowska, s. Stella Wardyńska, s. Bibianna Smętek, s. Goretti Idzikowska, s. Irmina Zielińska i s. Barbara Jóźwiak.

    Ponad 120 pacjentów

    Za ośrodek rehabilitacji odpowiada s. Barbara Jóźwiak. – W naszym zakładzie prowadzimy opiekę ambulatoryjną i zabiegi rehabilitacyjne. Mamy fizykoterapię, kinezyterapię i masaż. Posiadamy nowoczesny sprzęt i zatrudniamy wykwalifikowany personel medyczny. Dziennie przyjmujemy od 120 do 150 pacjentów. Z rehabilitacji korzystają też dzieci z naszego przedszkola i młodzież z naszej bursy – wyjaśnia s. Barbara. – Prowadzimy również rehabilitację domową. Kiedy spotykam się z osobami chorymi, dostrzegam, że bardzo chcą porozmawiać. Nawet chwila rozmowy to dla nich bardzo dużo. Modlimy się też za naszych pacjentów, których jest bardzo wielu. Niestety, nie wszystkim możemy pomóc, bo i tak pracujemy od 6.30 do 18.00 – dodaje. Elżbietanki przenoszone są  z jednej placówki do drugiej, często otrzymują nowe obowiązki. – Nie jesteśmy w jednym miejscu przez całe życie. Otrzymujemy różne zadania i musimy sobie z nimi poradzić. Wiemy jednak, że Pan Bóg nad nami czuwa – mówi s. Barbara. W codziennej pracy pomaga też siła powołania i charyzmat zgromadzenia, którym jest m.in. pomoc bliźnim.

    Papierowe serduszka

    O swoim odkrywaniu życiowej drogi s. Barbara opowiada z radością. – Przed maturą, podczas ferii zimowych, z koleżanką chciałyśmy się udzielać społecznie i zapytałyśmy księdza katechetę, gdzie mogłybyśmy pomagać. On powiedział nam o siostrach elżbietankach. Poszłyśmy do nich. Kiedy zapukałyśmy do drzwi domu zakonnego, otworzyła nam niesympatyczna siostra i powiedziała, że nie potrzeba im żadnej pomocy. Poszłyśmy więc do drugiego domu sióstr i tam otworzyła nam już inna, uśmiechnięta siostra, która zaproponowała, byśmy poszły do trzeciego domu sióstr elżbietanek, gdzie było duże przedszkole. Tam siostry przyjęły nas z otwartymi ramionami. Pomagałyśmy wtedy w przygotowaniach do balu karnawałowego. Wycinałyśmy m.in. papierowe serduszka z dziećmi i poznałyśmy życie sióstr – opowiada siostra. – Nie bardzo chciałam się uczyć i „umówiłam się” z Panem Bogiem, że jeśli zdam maturę, to pomyślę nad życiem zakonnym. Kiedy zdałam egzaminy, przypomniałam sobie o mojej obietnicy. Wiedziałam, jak wygląda posługa sióstr, ale postanowiłam, że pójdę na pielgrzymkę i pomodlę się o dobrego męża. Nie pomyślałam wtedy, że Pan Bóg to weźmie na serio i da mi siebie samego. Postanowiłam, że spróbuję zakonnego życia i tak zostałam w zgromadzeniu i trwam w tym postanowieniu – uzupełnia.

    Dla tych najmniejszych

    Siostra Irmina Zielińska jest dyrektorką przedszkola i bursy. Pracuje w Zielonej Górze od ponad 20 lat. – W naszym domu najpierw powstał ośrodek dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej ruchowo w normie intelektualnej. Później stworzyłyśmy też przedszkole. Początkowo dzieci korzystały z rehabilitacji medycznej, z czasem rozszerzyłyśmy naszą ofertę o zajęcia terapeutyczne i specjalistyczne. Pojawiły się też w naszej placówce dzieci autystyczne. Powstały m.in. specjalistyczne pracownie logopedyczna i dydaktyczna. Dziś mamy m.in. pracownię Tomatisa i Montessori oraz salę doświadczenia świata, służącą do prowadzenia terapii polisensorycznej – wymienia. – Mamy również przedszkole dla dzieci zdrowych i bursę dla dziewcząt, a od 2009 r. prowadzimy okno życia, do którego trafiło jedno dziecko – dodaje s. Irmina.

    Nie chciałam iść do klasztoru

    Oprócz posługi w przedszkolu i ośrodku rehabilitacyjnym siostry mają jeszcze codzienne obowiązki, bo prowadzą dom. Gotują, sprzątaja, dbają o kaplicę, robią zakupy, opiekują się starszymi siostrami. Nad tymi wszystkim czynnościami czuwa s. Goretti Idzikowska, która w zgromadzeniu jest od 49 lat. – Kiedy byłam młoda, nie chciałam iść do klasztoru. Gdy widziałam siostry zakonne na ulicy, przechodziłam na drugą stronę. Później jednak zaczęłam się interesować życiem zakonnym. Wpłynął na to również fakt, że czasem pomagałam jednej z sióstr układać kwiaty w kościele. Kiedy miałam 17 lat, udałam się z mamą do siostry prowincjalnej, by dowiedzieć się, co trzeba zrobić, by zostać siostrą zakonną. Po rozmowie siostra powiedziała, żebym za 2 tygodnie przyjechała do zakonu z walizką – wspomina s. Goretti. – Opierałam się, mówiąc, że muszę skończyć szkołę, ale siostra powiedziała, że dokończę ją w klasztorze. Kiedy później przyjechałam do sióstr i weszłam do kaplicy, to poczułam się jak w domu – dodaje. Siostra nie żałuje swojej decyzji, bo – jak sama mówi – całe swoje życie całkowicie oddała Panu Bogu. – Życie zakonne jest piękne i podobne do życia innych osób. Modlimy się trochę więcej niż inni i żyjemy świadomością obecności Bożej, a poza tym funkcjonujemy tak jak wszyscy ludzie. Przez wiele lat uczyłam katechezy, pracowałam z dziećmi i młodzieżą, prowadziłam schole i oazy. Spośród moich uczniów dziś 12 jest kapłanami, a 6 siostrami zakonnymi. To bardzo cieszy – dodaje.

    Cztery dekady

    Siostra Stella Wardyńska jest  dziś na emeryturze, ale pomaga innym siostrom, jak tylko może. Do jej ulubionych zadań należy praca w kuchni. – Modlitwa i praca ludzi wzbogaca – mówi. Siostra seniorka 44 lata poświęciła na pracę w Ziemi Świętej, gdzie prowadziła dom pielgrzyma. – Pochodzę z Gniezna i należałam do KSM-u. Siostry elżbietanki nas odwiedzały w salce, gdzie się spotykaliśmy. One były dla mnie wzorem. W kaplicy podczas nabożeństw zawsze patrzyłam, jak one się modlą. Podobało mi się to zgromadzenie, bo siostry były zawsze uśmiechnięte, radosne, pracowały z dziećmi i młodzieżą – mówi s. Stella. – Moim marzeniem od zawsze była praca misyjna. Kiedy zaczynałam swoją pracę, pielgrzymów z Polski nie było, to były takie czasy, że Polakom nie dawano wiz. Później dopiero nastąpiła zmiana. Choć dziś jestem w Zielonej Górze, to duchem jestem tam, bo jest to ziemia Chrystusa i kto tam nie był, tego nie zrozumie. Pomagam siostrom, bo lubię pracować. Obok modlitwy to bardzo ważne zadanie – dodaje. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół