• facebook
  • rss
  • Był dla nas jak ojciec

    Katarzyna Buganik

    |

    Zielonogórsko-Gorzowski 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:00

    Wspomnienie. – Asyż ma św. Franciszka, a Nową Sól Bóg obdarzył ojcem Medardem, za co jesteśmy Mu bardzo wdzięczni – mówią przyjaciele zakonnika.

    Ojciec Medard Stanisław Parysz OFMCap pracował w Nowej Soli przez 34 lata. Odszedł 20 czerwca 2013 roku, ale pamięć o nim nie umarła. Żyje we wspomnieniach bliskich mu osób i miejscach, w których bywał. Jego przyjaciele postanowili utrwalić osobę o. Medarda m.in. poprzez wydanie pamiątkowego albumu ze zdjęciami zakonnika i jego rozważaniami oraz książki „Moje duszpasterzowanie”, a także zorganizowanie pamiątkowej wystawy w nowosolskim kościele pw. św. Antoniego, a także stworzenie miejsca pamięci w Studzieńcu z ławeczką o. Medarda i ulami z jego pasieki.

    Milczenie Boga Jest wyrazem jego nieskończonej cierpliwości i troski o człowieka (…) Bóg nigdy nie odwraca się od człowieka (..)

    Maria Szczecińska spotkała o. Medarda w swoim rodzinnym domu, który zakonnik często odwiedzał. – Ojciec przychodził do mojej mamy w piątki na pierogi i na różne rodzinne uroczystości. Kiedy moja mama się postarzała, to zaczął przychodzić do mnie. Jak wielkim był przyjacielem, okazało się, kiedy moja córka Agnieszka miała wypadek samochodowy i leżała nieprzytomna w szpitalu. Lekarze mówili nam, że jeśli przeżyje, to utraci pamięć i zdolność mówienia. Nie wiedziałam, że o. Medard w tym czasie za nas wszystkich się modlił i codziennie odprawiał Mszę św. za Agnieszkę – opowiada pani Maria. – Ojciec odwiedzał też córkę w szpitalu, a tam przychodzili różni ludzie, studenci, również ateiści. Ojciec wchodził do sali i zaczynał się modlić. Agnieszka odzyskała przytomność, wróciła do życia, później zrobiła nawet doktorat. Ona jest przekonana, że wyzdrowiała dzięki modlitwom o. Medarda – dodaje pani Maria. Kapucyn często odwiedzał swoich znajomych, rozmawiał z napotkanymi na ulicy ludźmi, ewangelizował. – Nie przychodził po to, by wypić herbatę czy zjeść kolację, ale powiedzieć coś o Bogu. Interesował się problemami domowymi i pomagał, doradzał. Miał też niesamowite poczucie humoru – wspomina Maria Szczecińska.

    Nie musimy być doskonali, Nie musimy być zdrowi, Nie musimy być bardzo mądrzy. Musimy tylko kochać Boga i ludzi (…)

    Zofia Mikusińska poznała o. Medarda na spotkaniach Duszpasterstwa Ludzi Pracy, na które przychodzili również inni przyjaciele zakonnika. Maria Szczecińska poprosiła ją wtedy o pomoc w redagowaniu zeszytów i książeczek z rozważaniami o. Medarda. Tak zaczęła się nie tylko przyjaźń pani Zofii i zakonnika, ale i długa wspólna podróż. – Jeździłam z ojcem do pasieki w Studzieńcu, towarzyszyłam mu w pracy przy pszczołach, chodziliśmy razem do szpitala. Podróżowaliśmy też wspólnie m.in. do Warszawy i Wilna. – Byłam już wtedy na emeryturze, miałam czas i chciałam towarzyszyć i pomagać o. Medardowi – mówi Zofia Mikusińska. – Kiedy ojciec przychodził do mnie do domu, zawsze przynosił ze sobą zapiski i fotografie, i ja je zbierałam. Najpierw wydawaliśmy to jako zeszyty, później jako książeczki. Ojciec dyktował mi również wspomnienia „Moje duszpasterzowanie”. Później na pierwszą rocznicę jego śmierci postanowiłam tę książkę wydać – dodaje.

    Nie orlich skrzydeł nam potrzeba, aby wzbić się do nieba, lecz jedynie porwani miłością do Jezusa (…) wszystko pokonamy i niebo osiągniemy (…)

    Ojciec Medard poprzez posługę w konfesjonale i zwykłe, codzienne rozmowy z ludźmi wielu pomógł wejść na właściwą drogę i powrócić do Boga. – Ojciec nie mówił dużo, wystarczyło kilka słów, które jednak mocno docierały do człowieka. Czasem wystarczyła sama jego obecność. Pokazywał, że nie musimy być wielcy, że „Nie orlich skrzydeł nam trzeba”, by podążać do nieba… – mówi Zofia Mikusińska. Kapucyn kochał ojczyznę, lubił śpiewać, grał na altówce, fascynował się przyrodą, pomagał ludziom i zawsze rozdawał innym co tylko miał. Wyróżniał się pobożnością i skromnością. Sam był pokorny i pokory uczył innych. – Ojciec nigdy nie nudził, jego kazania były krótkie i proste, ale treściwe. Umiał dotrzeć do każdego. Zaczepiał różnych ludzi, niekoniecznie przyjaznych sobie, a miał w sobie coś takiego, że przy nim nawet największy łobuz stawał się potulny jak baranek – wspomina Maria Szczecińska. Przyjaciele o. Medarda, by upamiętnić niezwykłego zakonnika, na pierwszą rocznicę jego śmierci wydali album „Ojciec Medard. Spotkajmy się w niebie”, w którym umieszczone zostały m.in. rozważania zakonnika, teksty Jana Pa- wła II i wiele fotografii. Autorem większości zdjęć jest Krzysztof Moroz, fotograf i przyjaciel kapucyna. – Ojciec bywał u moich dziadków, rodziców, a także w domu moim i mojej żony. Moja córka Ania również miała z ojcem bardzo dobry kontakt. Kiedy studiowała kulturoznawstwo na KUL-u dzwoniła do ojca i prosiła go o modlitwę. On wymodlił jej te studia. Ojciec był wzorem dla kapłanów i dla nas wszystkich. Wystarczyło spojrzeć w jego oczy… – mówi Krzysztof Moroz. – Często wracamy do jego rozważań, które są dla nas modlitwą i katechezą – dodaje. Na drugą rocznicę śmierci kapucyna Zofia Mikusińska, która towarzyszyła kapucynowi do ostatnich chwil jego życia, z pomocą przyjaciół i nowosolskiego muzeum, stworzyła wystawę poświęconą o. Medardowi. Na ekspozycję składa się 12 plansz, na których umieszczono m.in. fotografie i rozważania o. Medarda oraz 4 gabloty z pamiątkami i przedmiotami osobistymi zakonnika. – My, spadkobiercy tego, co nam przekazał o. Medard, chcieliśmy, by te pamiątki i zapiski nie zginęły. To jest również forma ewangelizacji i przekazywanie tego wszystkiego innym, by pamięć o ojcu trwała – mówią przyjaciele zakonnika.

    Pochwalony bądź Panie, przez słońce i gwiazdy, szumiące lasy i pachnące kwiaty przez wodę czystą i powietrze przezroczyste

    W Studzieńcu, położonym kilkanaście kilometrów od Nowej Soli, o. Medard posługiwał przez wiele lat w kościele filialnym, miał tam również swoją pasiekę i oddanych przyjaciół. – Obok mojego domu na łące ojciec miał 12 uli, kapliczkę Matki Bożej, oczko wodne i wóz, który my, mieszkańcy Studzieńca, nazywaliśmy „wozem Drzymały”, a o którym ojciec mawiał „mój pałac”. Często modlił się tam na różańcu i zapraszał mnie do tej modlitwy. Przychodził też do naszego domu na herbatę – wspomina Janina Wiszniowska. – Z Nowej Soli do Studzieńca chodził pieszo. Uwielbiał kwiaty, pszczoły, drzewa, motyle… Kochał najmniejsze stworzenia – dodaje pani Janina. Ojciec Medard bardzo lubił pracę w swojej pasiece. Angażował mieszkańców wsi do siania gryki, by pszczoły miały gdzie zbierać nektar, a później dzielił się zebranym miodem. – Kiedy byłam bardzo chora i leżałam w szpitalu, odwiedził mnie o. Medard. Wyszłam na korytarz, patrzę, stoi o. Medard ze słoiczkiem miodu ze swojej pasieki. Dla mnie to był ojciec i przyjaciel. Zawsze każdego zrozumiał i jak trzeba było, pomagał. Towarzyszył nam w radościach i smutkach. Nigdy nikogo nie zostawił, dla każdego miał czas – mówi Janina Wiszniowska.

    Pytają mnie często: – Ojcze Medardzie, dlaczego ludzie tak chętnie przychodzą do ojca się spowiadać? Odpowiadam: – Bo myślą, żem głuchy.

    Ojciec Medard był również wzorem oddanego duszpasterza i spowiednika. Miło wspomina o. Medarda ks. Sławomir Przychodny, obecny proboszcz parafii pw. Świętej Rodziny w Lubieszowie, do której należy Studzieniec, a która dawniej była filią parafii św. Antoniego w Nowej Soli. – Miałem zaszczyt spotkać ojca rok przed jego śmiercią, kiedy tworzyła się parafia w Lubieszowie. Ojciec leżał w łóżku, na dłoni miał zawinięty różaniec. Odczułem wielką życzliwość i radość. To dla mnie świadek wiary, kapłaństwa, życia zakonnego i miłości do Pana Boga, i ojczyzny. Popatrzył na mnie i powiedział: „Ty mi się podobasz, możesz być proboszczem Studzieńca”, a później jeszcze mnie wyspowiadał i pobłogosławił – wspomina ks. Przychodny. – Uczył nas, jak żyć i być blisko Boga. Te prawdy i sentencje zapisywał w swoich książeczkach, które w domu ma prawie każdy. Ja sama często sięgam do tych jego myśli i rozważań – dodaje Dorota Kancurzewska. Zakonnik dbał również o integrację parafian. Zapraszał do Studzieńca wspólnoty z Nowej Soli, by ludzie razem przebywali i poznawali się wzajemnie. – Ojciec uczył nas, jak cieszyć się małymi rzeczami, wschodami i zachodami słońca. Pokazywał, jak obserwować przyrodę. Ojca nie da się zapomnieć… – mówi Alicja Długosz. Zakonnika dobrze pamięta i wspomina także o. Grzegorz Marszałkowski OFMCap, proboszcz parafii pw. św. Antoniego w Nowej Soli. – Ojciec Medard był osobą wyjątkową, niesamowicie uzdolnioną. Miał duży dystans do samego siebie i wielkie poczucie humoru. Posiadał też umiejętność dyplomacji i łatwość kontaktów z różnymi ludźmi. Był bardzo pogodny i radosny, co udzielało się wszystkim, z którymi się spotykał. W każdym człowieku dostrzegał dobro. Nawet jeśli był świadkiem jakiegoś napięcia, to potrafił jakimś żartem rozładować konflikt. Umiał rozmawiać z każdym – mówi o. Grzegorz. – Kiedy widział, że ktoś jest zatroskany, to pytał, o co chodzi i zapraszał do wspólnej modlitwy. Większość życia spędzał poza klasztorem. Rano o godz. 6.30 wychodził na spowiedź i Mszę św., a wracał o 22.00. Wędrował, spotykał się z ludźmi, był wszędzie znany i mile widziany. Całe swoje życie zawierzył Panu Bogu – dodaje.•

    Był piękny czerwcowy dzień w roku 1925, Słońce chyliło się ku zachodowi (…) Mama robiła masło. W pewnej chwili odezwała się do mnie: – Stasiu, nie chciałbyś być księdzem? Tak się zaczęło moje powołanie.

    Ojciec Medard (imię zakonne), Stanisław Parysz, urodził się 17 grudnia 1913 roku w Haczowie, gdzie ukończył szkołę podstawową. Następnie uczęszczał do Kolegium Serafickiego w Rozwadowie. Do zakonu kapucynów wstąpił 7 września 1929 roku. Po odbyciu nowicjatu w Sędziszowie Małopolskim, złożył śluby zakonne 8 września 1930 roku. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1939 roku z rąk ks. bp. Stanisława Rosponda. Po święceniach pełnił duchową posługę w wielu miastach Polski, m.in. w Krakowie, w Olszanicy, w Mydlnikach. Był kapelanem Armii Krajowej w powstaniu warszawskim. Za udział w walkach odznaczony został Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Walecznych i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W latach 1945–1948 był gwardianem w Sędziszowie Małopolskim, w latach 1953–1956 – gwardianem w Krośnie. W latach 1959–1963 pełnił funkcję rektora kościoła w Tenczynie. Kolejno przebywał w domach zakonnych we Wrocławiu, Dobiegniewie, Wałczu, Kwietnikach, Gdańsku, Bytomiu i Nakielnie. Do Nowej Soli, która stała się jego drugim domem, przybył w 1979 roku i nieprzerwanie pełnił duchową posługę w parafii pw. św. Antoniego. Zmarł 20 czerwca 2013 roku, w wieku 99 lat, w nowosolskim szpitalu. Pogrzeb zakonnika odbył się 24 czerwca. Ojciec Medard pochowany został na cmentarzu komunalnym przy ul. Wandy w Nowej Soli w grobowcu ojców kapucynów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół