• facebook
  • rss
  • Habit, nie szpilki

    dodane 09.07.2015 00:00

    Opowieści powołaniowe. – W „Liście do Diogneta” jest piękne zdanie: „Czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie”. Ono dobrze oddaje istotę życia zakonnego. Świat uważa nas za stracone, ale my chcemy pokazać, że istnieje coś ważniejszego. Pokazać cel podróży – tłumaczy s. Beata z Białorusi.

    Tuż przed ślubami wieczystymi zapytaliśmy sześć sióstr ze Zgromadzenia Jezusa Miłosiernego o historię ich powołania. Gotowych recept na odkrycie powołania nie ma! Najważniejsze to spotkać Chrystusa. – Jak człowiek doświadczy miłości Bożej w swoim życiu, to wtedy może usłyszeć najlepszy plan na życie, Boży plan. Bez osobistego spotkania Jezusa nie da się! – przyznaje mistrzyni junioratu s. Anastazja Dudzińska. – Oczywiście przyjście do zakonu nie oznacza, że klamka zapadła. Na ostateczną odpowiedź i rozeznanie jest przecież 8 lat formacji. Dopiero na koniec są śluby wieczyste. Wiele osób przyszło do zakonu, ale po roku czy trzech latach zrezygnowały. Mam do nich wielki szacunek za odwagę. Bo w jaki sposób dowiedzieć się, czy to życie dla mnie, jeśli nie spróbuję? – dodaje.

    Pomogły film i gazeta

    O życiu konsekrowanym po raz pierwszy pomyślała po obejrzeniu filmu o siostrze Faustynie. S. Maria Benedetta Hutnikiewicz ze Szczecina była wtedy w szóstej klasie podstawówki. – W siostrze Faustynie uderzyła mnie postawa takiego całkowitego oddania się Bogu. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „A może ja też?” – zwierza się. – Długi czas jednak miałam opór przed taką drogą. Na szczęście potem zaczęłam się modlić, aby rozeznać swoje powołanie. Z czasem nabierałam coraz większej pewności, że to Pan Bóg mnie wzywa. Chciałam wstąpić do zakonu już po maturze, ale moi rodzice namawiali mnie na studia, i tak zrobiłam. Poszłam na teologię oraz na doradztwo psychospołeczne. Po studiach nie zmieniłam zdania. Powiedziałam o tym ponownie rodzicom. Tym razem przyjęli to dużo spokojniej, bo wiedzieli, że to dojrzała decyzja – dodaje. Natomiast pierwsze pragnienie życia konsekrowanego u s. Cecylii Gąsior z Nowogardu pojawiło się w czasie I Komunii św. – I później ten głos Pana Jezusa cały czas za mną „chodził”. W modlitwach mówiłam: „Panie Jezu, jeśli chcesz, żebym Tobie służyła, wskaż mi konkretny zakon” – wyjaśnia s. Cecylia. – I tak po pewnym czasie wpadł w moje ręce miesięcznik „Miłujcie się”. Tam znalazłam adres do sióstr Jezusa Miłosiernego do Gorzowa z zaproszeniem na rekolekcje – dodaje. Planowała wstąpić do zakonu zaraz po maturze, ale postanowiła posłuchać rodziców, którzy doradzali jej kontynuację nauki. Czas studiów pedagogicznych jeszcze bardziej utwierdził ją w powołaniu. – Pan Jezus cały czas wołał. On jest dla mnie skarbem, dla którego chcę się oddać maksymalnie – mówi s. Celina.

    Biblia na urodziny

    Chorwatka, s. Agata Zuanić, przyznaje, że miała swój szczegółowy plan na życie i nie było w nim miejsca na zakon. – Moja rodzina nie była zbytnio wierząca i po bierzmowaniu przestałam chodzić do kościoła na bardzo długo – mówi siostra. – Konsekwentnie realizowałam swój plan. Miałam pracę, mieszkanie i samochód, ale ciągle czegoś mi brakowało. Nie wiedziałam czego – dodaje. Na szczęście na jej drodze pojawił się kuzyn, który jest księdzem. – Zaprosił mnie na rekolekcje. I to był przełom. Byłam po raz pierwszy od 10 lat u spowiedzi – opowiada s. Agata. – Pracowałam w zakładzie krawieckim. Jedna z moich koleżanek z pracy w pewnym momencie zniknęła. Dowiedziałam się, że poszła do sióstr Jezusa Miłosiernego. To mnie zaciekawiło, a z czasem, po spotkaniu z siostrami, pojawiła się myśl o życiu konsekrowanym. Mój kuzyn ksiądz powiedział, żebym prosiła Pana Jezusa o konkretny znak. Powiedziałam, że jeśli na urodziny dostanę Pismo Święte, to będzie to znak, że mam iść do zakonu. Miałam urodziny i byłam pewna, że od znajomych ze wspólnoty czcicieli Miłosierdzia Bożego dostanę „Dzienniczek” siostry Faustyny. Otworzyłam prezent, a tam Pismo Święte! Oczywiście znalazłam sobie zaraz wymówkę, że przecież to pobożni ludzie i dlatego dali mi Pismo Święte. Ale następnego dnia przyjechała moja przyjaciółka, która nie chodziła za bardzo do kościoła. Zaniemówiłam, gdy powiedziała mi, że zamówiła dla mnie Biblię, ale nie ma jej ze sobą, bo jeszcze nie przywieźli. Wtedy już nie miałam nic do powiedzenia – kontynuuje.

    W glanach do zakonu

    Wprawdzie pierwszy raz o zakonie pomyślała, mając 12 lat, ale wtedy było to tylko chwilowe. Mając naście lat, s. Beata Kulevich z Białorusi była daleka od tej drogi. – Wyglądałam jak moi rówieśnicy. Tu wygolone, tam postawione, a na nogach glany. Był taki ksiądz, który nabijał się ze mnie, ale też nieświadomie był głosem Boga. Pamiętam, jak widział mnie, to zawsze z uśmiechem mówił: „Ale masz głupią fryzurę, lepiej byś pomyślała o chwale Bożej”, albo „Ale jesteś durnowato ubrana, lepiej byś pomyślała o chwale Bożej” – opowiada s. Beata. – Jak później przyjechałam do zakonu, to ugrzeczniłam swoją fryzurę, ale i tak, jak mnie siostra zobaczyła, to powiedziała: „Z taką śmiałą fryzurą do zakonu?”. W glanach jeszcze chodziłam w nowicjacie, a później jak je schodziłam, to wyrzuciłam – dodaje. Przed bierzmowaniem do jej rąk trafił jednak „Dzienniczek” siostry Faustyny. – Myślałam, że nie istnieje takie zgromadzenie i nawet sama chciałam je założyć – śmieje się s. Beata. – W tym czasie miałam chłopaka. To była wielka miłość, ale wciąż myślałam o zakonie. Pamiętam, jak kiedyś szłam ulicą i modliłam się: „Panie Boże, jak mam iść do zakonu, to niech on pierwszy pójdzie”. I co zabawne, tak się stało! Poszedł do sercanów. Już nie miałam wymówki, a poza tym wcale nie chciałam się wymawiać. Tata jest niewierzący i co jakiś czas ma kryzys mojego powołania, a mama powiedziała: „Jak już idziesz, to idź, ale nie oglądaj się jak żona Lota” – kontynuuje.

    Książka od s. Celiny

    Wśród sześciu sióstr jest jedna nasza diecezjanka. S. Maria Laura Kaczmarek pochodzi ze Zbąszynka. – W naszym mieście siostry Jezusa Miłosiernego były ponad 20 lat. Więc ja wychowałam się wśród nich w szkole i przy parafii. Słuchając na katechezie opowiadań o siostrze Faustynie, nawet myślałam, że to działo się w mojej parafii – wyjaśnia s. Maria Laura. – Do sióstr też jeździłam na dni skupienia dla dziewcząt i tak naprawdę to zawsze chciałam być siostrą zakonną – dodaje. Siostry jednak wyjechały z parafii, a zbąszynianka poszła na studia pedagogiczne i do pracy. – Oczywiście myślałam też o małżeństwie i macierzyństwie. Najważniejsze było dla mnie żyć zgodnie w wolą Boża. Cały czas jednak towarzyszyła mi myśl o życiu zakonnym – wspomina siostra. – W pewnym momencie Pan Jezus mocno przypomniał się. Byłam zaangażowana w Salezjańską Pielgrzymkę Ewangelizacyjną. Pewnego razu wracaliśmy z warsztatów przed pielgrzymką. Po drodze zatrzymaliśmy się w Myśliborzu, gdzie była s. Celina, która kiedyś służyła w mojej parafii. Chciałam się koniecznie z nią spotkać, i udało się. Pamiętam, jak mnie zapytała: „To kiedy przyjedziesz?”. Powiedziałam jej, że mam jeszcze wiele rzeczy niepozamykanych. Dała mi książkę „Każda dusza to inny świat”. Wróciłam do domu i przeczytałam ją jednym tchem. Wtedy Pan Jezus poukładał wszystkie puzzle mojego życia – dodaje.

    Rozdała sukienki

    Siostra Iwona, z domu Musiał (Stary Żmigród k. Jasła), doświadczyła nie tylko miłosierdzia Boga w swoim życiu. – Pan Bóg prowadził mnie przez całe życie i był w tym bardzo cierpliwy – uśmiecha się. – Najpierw zakochałam się w św. Franciszku. Nawet miałam jego plakat w pokoju. Po ósmej klasie poszłam na pieszą pielgrzymkę, gdzie spotkałam się z siostrami serafitkami, które mają brązowe habity. (śmiech) Do nich jeździłam na rekolekcje w liceum. Tam Bóg rozwijał moje powołanie. Zachwycało mnie życie sióstr, ale nie czułam, że to moje miejsce – dodaje. Na pielgrzymce maturzystów na Jasną Górę kupiła sobie „Dzienniczek” siostry Faustyny. – Po przeczytaniu zrodziło się w moim sercu pragnienie, aby pójść do zakonu, którego chciała św. Faustyna. W książce nie było jednak żadnej wzmianki, czy taki w ogóle istnieje. Powiedziałam, że pójdę do zakonu, ale tylko do takiego. Potem studiowałam teologię i z czasem dowiedziałam się, że jest zgromadzenie, o którym pisała siostra Faustyna. Poczułam ogromną radość, ale do zakonu jeszcze nie poszłam. Pan Bóg był cały czas cierpliwy – uśmiecha się s. Iwona. – Pamiętam jedno zdarzenie. Wtedy Pan Jezus mi „przyłożył”. To była Niedziela Miłosierdzia. Mieliśmy jechać ze znajomymi do Łagiewnik, ale była zła pogoda i nie pojechaliśmy. Poszliśmy na Mszę św. do naszego akademickiego kościoła, a po niej wyszła siostra zakonna i powiedziała: „Mam na imię siostra Samuela i jestem ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego”. Pomyślałam tylko: „Pan Jezus się przypomina”. Najzabawniejsze jest to, że w tym dniu pan Bóg powołał nas trzy. Zrobił sobie taki wielki połów. Co miałam zrobić? Rozdałam sukienki, biżuterię i moje ukochane szpilki. Ale nie żałuję. Tak naprawdę najważniejsze jest życie wieczne. Ktoś pięknie powiedział, że jeśli tracimy z oczu cel, to najważniejszy staje się dla nas komfort podróży – dodaje z promieniejącym uśmiechem. •

    Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego

    ul. kard. Stefana Wyszyńskiego 169 66-400 Gorzów Wlkp. tel. 95 722 52 46 www.jezuufamtobie.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół