• facebook
  • rss
  • Nie da się zamalować krwi

    dodane 23.07.2015 00:00

    – Urodziłam się w styczniu 1940 roku. Cztery miesiące wcześniej tato poszedł na wojnę i już nigdy z niej nie wrócił. Widziałam go tylko na zdjęciach – opowiada pani Marianna.

    Marianna Tula to najmłodsze dziecko Władysława i Rozalii Karnickich. Dla obecnej głogowianki wszystko zaczęło się we wsi Niebyła k. Jędrzejowa. – Mój ojciec był piłsudczykiem. Żołnierze marszałka Józefa Piłsudskiego po wojnie dostawali ziemię na Wschodzie. Nie wyjechaliśmy na Wschód, bo moja mama miała tu rodzinę i nie chciała się zgodzić. Jeśli ktoś nie wziął ziemi, to dostawał do pensji ekwiwalent. Tata był komendantem policji w Pińczowie – wyjaśnia pani Marianna.

    Chcesz przeżyć, to milcz

    Kiedy wybuchła II wojna światowa, Władysław Karnicki poszedł walczyć w stopniu oficera. Zaginął jednak bez wieści. – Szeregowych żołnierzy puszczali do domów, a oficerów zatrzymywali. Żołnierze z naszej miejscowości, którzy poszli z ojcem na wojnę, przyszli do swoich domów. Gdy mama dowiedziała się o tym, od razu poszła się spytać, czemu tata nie wrócił. Kiedy ją zobaczyli, pospuszczali głowy. Nalegała: „Jeśli zginął, to powiedzcie! Chcemy wiedzieć!”. Nie podnieśli jednak głów i nic nie powiedzieli... – mówi głogowianka.

    Pani Marianna należy do głogowskiego Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Niedawno przekonała się, że prawda o Katyniu nie tylko nie odchodzi w zapomnienie, ale jest skutecznie utrwalana w kolejnych pokoleniach. – Jestem przeszczęśliwa, że są młodzi ludzie, którzy propagują pamięć o tych wydarzeniach. Mam na myśl Stowarzyszenie „Patriotyczny Głogów”. W tym roku wraz z nimi organizowaliśmy pogadanki w szkołach. Myślałam, że pójdziemy najwyżej do jednej albo dwóch szkół, a poszliśmy do 11. Byliśmy też w Zakładzie Karnym w Głogowie. I w każdym miejscu wszyscy naprawdę słuchali. Cieszę się, że w młodych coś się budzi – podkreśla pani Marianna.

    W latach młodości głogowianki nie można było nawet używać słowa „Katyń”. – Po wojnie mieszkaliśmy w Żukowicach k. Głogowa. Próbowaliśmy się wszędzie dowiedzieć, co się stało z ojcem, ale z każdego miejsca przychodziła odpowiedź, że zaginął bez wieści. Mama pomyślała, że skoro zginął na wojnie, a przedtem tyle lat przepracował dla Polski, to może jej jako wdowie i dzieciom coś się należy. Wtedy Głogów był jeszcze zrujnowany i nie było żadnych biur. Poszła więc pieszo do Wschowy. Urzędnik spytał ją, kim był jej mąż, a mama zaczęła opowiadać. Ten w pewnym momencie położył palec na usta i kazał milczeć. Wziął ją pod rękę, wyprowadził na zewnątrz z budynku i powiedział: „Kobieto, jeśli chcesz przeżyć, ty i twoje dzieci, to milcz! Więcej nie rozmawiaj na ten temat”. Oczywiście, w domu o tym rozmawiano. Nie przy mnie, bo byłam małym dzieckiem, ale i tak słuchałam. Gdy byłam starsza, też nie mogłam mówić, gdzie zginął nasz ojciec. Mówiliśmy, że mamy pochodzenie robotnicze, bo nigdzie człowiek do szkoły by się nie dostał – mówi pani Marianna. – Na spotkaniach z młodzieżą w szkole mówiłam, że najgorszą rzeczą po wojnie było to, że nie musieliśmy bać się już Niemca, Rosjanina, ale baliśmy się swoich.

    Znicz na grobie ojca

    Rodzina pani Marianny oficjalnie o miejscu śmierci Władysława Karnickigo dowiedziała się po upadku w Polsce komunizmu. – W 1990 roku wyszła pierwsza książka o Katyniu. Wertując ją, wśród zaginionych, ale nie całkiem zidentyfikowanych, znalazłam nazwisko mojego ojca, ale było przy nim imię mojego dziadka. Napisaliśmy do Stowarzyszenia Rodziny Katyńskiej w Warszawie i stamtąd przysłali nam listę rozstrzelanych w Twerze. Na wykazie z 5 kwietnia było imię i nazwisko mojego ojca – mówi ze łzami w oczach pani Marianna.

    Na grób ojca głogowianka mogła pojechać dopiero w 2000 roku. – Polski rząd zaprosił nas na otwarcie cmentarza w Miednoje. Jechaliśmy specjalnym pociągiem. Cieszyłam się, że wreszcie będę mogła zapalić mojemu ojcu znicz – mówi pani Marianna. – Po drodze Rosjanie bardzo pilnowali, żeby nikt nie miał do nas dostępu, abyśmy przypadkiem nie opowiadali o celu naszej podróży. Do dziś pamiętam widok opróżnionych ulic, które mijaliśmy, jadąc autobusem na cmentarz. W lesie za każdym drzewem stał żołnierz z automatem. Byłam przerażona! W czasie oczekiwania na resztę delegacji poszliśmy do budynku, gdzie zabijali naszych ojców. Na ścianach w piwnicy, gdzie to się stało, naszą uwagę przykuł charakterystyczny szary nalot. Wracając do Polski, rozmawiałam z jedną kobietą, która była przy ekshumacji. Powiedziała mi, że już wiele razy zbijali tam tynki ze ścian, kładli nowe i malowali, ale i tak co roku krew wychodziła z tych ścian. Po prostu nie da się zamalować krwi naszych ojców...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół