Nowy numer 16/2018 Archiwum

Życie toczyło się wokół kościoła

– Rodzice zaszczepili mi głęboką wiarę, prawdziwy patriotyzm i miłość do ludzi – przyznaje emerytowana gorzowska lekarka.


W Rosie znajdowały się kościół, bożnica, cerkiew, cementownia, tartak i mleczarnia. To było takie typowe kresowe miasteczko, gdzie żydzi, prawosławni i katolicy żyli w zgodzie. Tutaj swój majątek mieli Braniccy, u których pracowali moi rodzice. Mieliśmy też małe gospodarstwo i piękny dom – wspomina z uśmiechem Maria Downar-Zapolska z Gorzowa Wlkp. – Wracam tam z chęcią i sentymentem. Tam przecież były pierwsze miłości, pierwsze przyjaźnie i tam rodziła się moja wiara. Wyjechałam stamtąd jako człowiek uformowany. Tęsknię za tamtymi stronami, jeżdżę tam co roku, ale wiem, że to już nie wróci. Tak widocznie miało być – dodaje.


Polski i katolicki dom


Dawne kresowe miasteczko Roś leży dziś na zachodniej Białorusi. Miejscowość leżąca nad rzeką o tej samej nazwie usytuowana jest 8 km od Wołkowyska, 66 km od Grodna, 277 km od Mińska. To właśnie tam w 1933 roku na świat przyszła Maria Downar-Zapolska. – Gdy wybuchła wojna, miałam 6 lat i do szkoły jeszcze nie chodziłam. Uczęszczałam za to na komplety. W domu bardzo dużo czytałam. Mieliśmy bardzo polski i katolicki dom – tłumaczy pani Maria. – W czasie wojny i po niej w innych miejscowościach świątynie były zamknięte, ale nie u nas w Rosie. Całe życie toczyło się wokół kościoła. Do Pierwszej Komunii św. przygotowywał mnie ks. Ryszard Werbel, który był proboszczem w tej parafii, aż do śmierci w 1989 roku – dodaje.
Front przeszedł obok bardzo szybko i dość spokojnie. – Pamiętam, jak wchodzili Rosjanie, to mama płakała, bo przeżyła wojnę bolszewicką i wiedziała, czym grozi komunizm. Natomiast z okupacji niemieckiej pamiętam płonące getto żydowskie – wspomina. – Z naszych terenów na Syberię wywozili nie tylko bogatszych Polaków, ale też Białorusinów i Żydów. Ostatnia wywózka z naszej miejscowości miała miejsce w 1951 roku. Zabierali osoby, które miały krewnych za granicą – dodaje.


Zerwali mi medalik


Po wojnie pani Maria zdała maturę, ale już w języku rosyjskim, i poszła na studia medyczne w Mińsku. – Na 500 studentów było tylko 17 Polaków. Nasi rodacy mieli po wojnie utrudniony dostęp do studiowania – tłumaczy pani Maria. – Mińsk był bardzo sowieckim miastem. Przeszłam tam swoją drogę krzyżową. Chciano mnie zmusić, abym wstąpiła do Komsomołu, szykanowano za wiarę. Gdy przyjechałam do Mińska, miałam na szyi medalik. Jak poszłam na pierwszą gimnastykę, to zerwali mi go z szyi. Wtedy po raz pierwszy doznałam prześladowania z powodu wiary – dodaje.
Wyznawanie wiary praktycznie było niemożliwe. – Stare kościoły były przerobione na magazyny. Brak świątyni, którą w Rosie zawsze miałam otwartą, był dla mnie niezwykle trudny. Czasem spotykaliśmy się ze studiującymi Polakami przy kaplicy na cmentarzu katolickim w Mińsku. Tam przykładowo dzieliliśmy się opłatkiem – opowiada gorzowianka. – Cały czas byłam czarną owcą, bo nie należałam do Komsomołu. Za to piętnowano mnie na studiach. Nawet próbowano mnie werbować do współpracy. Nie udało im się, ale to bardzo mocno upokarzało człowieka. Nie mam stamtąd żadnych przyjaźni. Tęskniłam do Polski, do kraju, do wiary... Nie da się tego opisać... To, że jestem tu w Polsce, to wielka łaska i zasługa Pana Boga – dodaje.


Grób taty na Kresach


Pani Maria przyjechała do Gorzowa dopiero w roku 1959, i to po długich staraniach. – Nie wyjeżdżaliśmy wcześniej, bo nie chciał tego mój tata. Ciągle słuchał radia, gdzie mówili, że wybuchnie III wojna światowa. Dlatego nie wyjeżdżaliśmy. Został tam na zawsze, zmarł z powodu choroby niedługo przed moim wyjazdem. Na Kresach ma swój grób. W rodzinne strony jeżdżę co roku. Nasz dom nadal stoi i mieszka w nim moja rodzina. Gdy przyjeżdżam, to mam dla siebie pokój – mówi pani Maria.
Wśród pamiątek przywiezionych z Kresów są krzyż, wiele zdjęć i obrazki. Na jednym z nich jest figura Pana Jezusa Frasobliwego z tutejszego sanktuarium. Wciąż przychodzą tam pielgrzymki. Wiara dla tamtejszych ludzi jest czymś niezwykle ważnym. – Pamiętam, jak pojechałam do Mińska w latach 80. po otwarciu kościołów. Widziałam, jak ludzie jechali nawet po kilkanaście kilometrów na Mszę św., a także jak całowali sutannę księdza oraz szaty liturgiczne. Oni naprawdę tęsknili za otwartym kościołem i księżmi. Nie zrozumie tego ten, kto tego nie przeżył – zauważa gorzowianka. – Ludzie tam żyjący są bardzo religijni. Naprawdę możemy się od nich uczyć wiary. Kościoły tam są pełne młodzieży, czego nie ma u nas – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma