• facebook
  • rss
  • Ksiądz był z nami zawsze

    dodane 03.09.2015 00:00

    – Miałam bardzo dobrych rodziców i dziadków. Jestem wdzięczna Panu Bogu za to moje życie – mówi Anna Huzar z Kołczyna.

    Mieszkańcy parafii pw. św. Stanisława Kostki w Kołczynie żyją z dala od miejskiego gwaru, pośród pięknej przyrody, tuż nad brzegiem Warty. Część z nich swoje korzenie ma w parafii pw. św. Marii Magdaleny w Wołkowie koło Lwowa. Tak jak chociażby pani Anna Huzar.

    A co ja komu zrobił?

    Pani Anna mieszkała w miejscowości Tołszczów, należącej do wołkowskiej parafii. To była duża wieś. Mieszkali w niej głównie Polacy i Ukraińcy. – Przed wojną ludzie żyli w zgodzie, tak jak się należy – tłumaczy Anna Huzar, która przyszła na świat w 1930 roku. – Gospodarstwem zajmowała się mama Jarosława. Natomiast tato Antoni robił meble i zajmował się pszczelarstwem. To była duża pasieka. W wielu domach była bieda, ale nam dzięki Bogu niczego nie brakowało. Pamiętam, że mama do szkoły dawała mi zawsze miodu do słoika albo jakiegoś garnka. Jak przychodziłam z tym miodem, to koledzy i koleżanki mnie oblegali, bo każdy chciał trochę zjeść – dodaje. Wszystko zmieniła wojna. – Mama była Ukrainka, a tato Polak. W domu było dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. My mogłyśmy zostać w domu, ale chłopaków trzeba było ukrywać. Mieliśmy pod stodołą dziurę i tam się schowali. Donosiliśmy im jedzenie. Rodzice stwierdzili, że najlepiej będzie, jak tato będzie się ukrywał u brata we Lwowie. Niestety, trudno było tam się dostać. Dlatego, żeby mógł tam bezpiecznie dotrzeć, musiał przebrać się za kobietę. Pamiętam taką sytuację. Tata był już u brata, banderowcy wpadli do nas z krzykiem: „Gdzie jest ten sk...? Jak nam nie powiesz, to pozabijamy ci dzieci!”. Mama zaczęła płakać, a myśmy się pochowali. Pamiętam, jak jeden z nich uderzył mamę garnkiem, który miał pod ręką. Na szczęście nic więcej nie zrobili – opowiada mieszkanka Kołczyna. Nie wszystkim udało się przeżyć. – Banderowcy zabili ojca mojego męża. Wcześniej zabrali go Rosjanie i wywieźli na Sybir. Udało mu się wrócić, ale co z tego? Pewnego razu siedział w domu i przyszedł do niego sąsiad, aby zagrać w szachy, bo u nas dużo w szachy się grało. W pewnej chwili wpadła sąsiadka i mówi: „Uciekaj! Chodzą po wiosce i zabierają chłopów!”. On wtedy odpowiedział: „A co ja komu zrobił? Ja dopiero z Sybiru wrócił!”. Niestety, jego też zabrali. Niedaleko było leśnictwo, tam ich mordowali – opowiada ze smutkiem kołczynianka.

    Mieliśmy nadzieję, że wrócimy

    Pani Anna o mało co nie trafiła na Sybir. Tuż przed wyjazdem na Ziemie Zachodnie mama wysłała ją do cioci. – Wsiadłam na konia i pojechałam. Ciotka była krawcową i miałam odebrać od niej ubrania. Przyjechałam wieczorem, a nazajutrz rano miałam wracać. Siedzimy w chałupie i rozmawiamy, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. To był Rosjanin, którego wszyscy się bali. Przyszedł z dwoma żołnierzami, którzy stanęli w progu. Rosjanin siadł na krześle i zaczął o wszystko wypytywać, także o mnie. Ciotka powiedziała, że jestem córką siostry, która wyjeżdża do Polski. On otworzył swój zeszyt. Szukał, szukał, ale nie znalazł mnie na swojej liście. Powiedział o mnie do ciotki: „Pamiętaj, rano przyprowadź ją do mnie!”. A potem do córki ciotki: „Żarty, żartami, ale zabieraj się!”. Zaraz krzyk i płacz. To było straszne – wspomina pani Anna. – Pamiętam, ciotka trzy razy mdlała, a ja ją ratowałam, bo nie wiedziałam, czy mdleje, czy nie żyje. Do rana siedziałam przy niej. Rano ktoś zapukał i mówi do ciotki: „Hanka, wstawaj, bo nasze dzieci wyjeżdżają”. Mnie na szczęście puścili, ale niestety córkę ciotki wywieźli. Wcześniej na Syberię zabrali jej męża, a potem samą ciotkę. Wywieźli wszystkich osobno do różnych miejsc. Na szczęście z tego zesłania wszyscy wrócili żywi – dodaje. Po wojnie tak jak inni Polacy wyjechali na Ziemie Zachodnie. Rodzina pani Anny miała nadzieję, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. – Mogliśmy zabrać, co chcieliśmy. Nawet pasiekę, ale zostawiliśmy ją u brata mojej mamy, bo mieliśmy nadzieję, że wrócimy. Stało się inaczej – wspomina mieszkanka Kołczyna. – W czasie drogi było strasznie. Nawet jedna kobieta po drodze zmarła. Pociąg zawiózł nas aż do niemieckiej granicy, do Kostrzyna nad Odrą. Kolejarze przepięli lokomotywę i pociąg ruszył z powrotem. Pamiętam, jak mężczyźni krzyczeli, a kobiety płakały. W końcu zabrali nas i wysadzili w Kołczynie. Na szczęście w tych trudnych chwilach był z nami zawsze ks. Henryk Szymusik, dobry i świątobliwy człowiek. Dzięki jego wsparciu wielu z nas udało się przetrwać najcięższe chwile podróży – mówi z przekonaniem pani Anna.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół