• facebook
  • rss
  • Aby było tydzień, toby było ładni…

    Katarzyna Buganik

    |

    Zielonogórsko-Gorzowski 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    Wesele bukowińskie kiedyś trwało tydzień. Para młoda w pierwszym dniu nie tańczyła w ogóle. Dopiero po oczepinach był pierwszy taniec. uważano, że jeżeli zatańczyliby wcześniej, to byliby nieszczęśliwi przez całe życie – opowiada Czesław Najdek z zespołu „Watra”. Dziś to inaczej wygląda.

    Górale czadeccy z zespołu „Watra” od 46 lat pielęgnują swoje tradycje i zwyczaje. Wesele bukowińskie to był ich pierwszy program artystyczny, który nadal cieszy się dużą popularnością. Na tegorocznym Festiwalu Folkloru „Oblicza Tradycji” w Zielonej Górze zespół otrzymał za niego II nagrodę. Górale czadeccy osiedlili się zaraz po wojnie głównie w dawnych województwach zielonogórskim i wrocławskim. Na ziemię lubuską mieszkańcy Bukowiny przybyli w dużej liczbie do gminy Brzeźnica w okolice Żagania i Żar. To tam 46 lat temu powstał zespół górali czadeckich „Watra”.

    – Ludzie o tak bogatej przeszłości tułaczej nie od razu przystosowali się do nowej rzeczywistości. Byli inni od pozostałej ludności, różnili się gwarą, strojem, obrzędami. Przez ludność innych grup nazywani byli Rumunami i Cyganami – co ich bardzo bolało. Przez wieki tułaczki czuli się Polakami, marzyli o Polsce, swej ojczyźnie. Kiedy wrócili do swoich, nie zostali właściwie przyjęci – opowiada Jadwiga Parecka, kierownik zespołu „Watra” z Brzeźnicy. – Stroje powędrowały do skrzyń, gwarę coraz częściej zastępowano językiem literackim, na weselach coraz rzadziej kultywowano swoje dawne obyczaje. I zaginęłoby to chyba śmiercią naturalną, gdyby w 1969 roku nie powstał zespół górali czadeckich „Watra” – dodaje.

    100 to mało

    Ich pierwszym programem było właśnie wesele, jego przebieg. Pieśni i tańce odtworzyli na podstawie wywiadów z najstarszymi mieszkańcami Brzeźnicy i okolicznych wsi oraz najstarszymi muzykantami. Choć wesele to radosny obrzęd, zawierało w sobie także elementy poważne i żałosne. Ślub był ważnym wydarzeniem nie tylko dla młodych i ich rodziców, ale dla całej wsi. Na Bukowinie młodzi, którzy chcieli się pobrać, musieli najpierw uzyskać zgodę rodziców. Młody szedł ze swatami do młodej, a kiedy byli już „po słowie”, we wsi wszyscy wiedzieli, że będzie wesele. Później dawano na zapowiedzi, a szczegóły wesela omawiali rodzice młodych. Kiedy w kościele ksiądz wyczytał już trzecią zapowiedź, zaczynały się przygotowania do ślubu. – Dawniej wesela odbywały się w domach. Mężczyźni zwozili stoły i ławy, zabijali świnie i jałówki, robili wyroby. Kobiety piekły ciasta, zwracając szczególną uwagę na kołacze weselne, którymi błogosławiło się młodych i witało się ich po powrocie z kościoła – opowiada Jadwiga Parecka. – Dzisiaj zaproszenia roznosi się pół roku wcześniej, kiedyś drużbowie zapraszali na wesele słownie, chodzili od domu do domu, czasem zajmowało im to nawet kilka dni. Młodzi natomiast prosili tylko starostów i drużki. Zwykle były to duże wesela, bo rodziny były liczne. Na 100 osób to było małe wesele – dodaje.

    Warkocz i kolorowy dziordan

    Na Bukowinie śluby odbywały się w niedzielę. Przed uroczystością ślubną w niedzielę rano ubierano młodą. Matka zaplatała jej warkocze i przyczepiała wianek. Gromadziły się tam również drużki, sąsiadki i koleżanki i śpiewały obrzędową pieśń: Mamiczko, mamiczko zaplić mnie drobuczko Bo jo cie odejdem w niedziele raniuczko. W niedziele raniuczko jak wyjdzie słuneczko. Mamiczko, mamiczko zaplić mnie drobuczko. Mamka zaplatała, żałośnie płakała, Boże mój, Panie mój, czegoch się doczekała. Mamko moja mamko, sierco mi sie zamokło, Dajcie mi kluczyczek z tych waszych rynczyczek. – Młoda ubrana była w białą spódnicę, białą zapaskę przyozdobioną mirtą, białe wełniane skarpety, kierpce i białą koszulę z naramiennikami ozdobionymi haftem paciorkowym, i tak samo wykończonym dołem rękawów. Na szyi miała ozdoby z koralików – piesek (wąska obróżka) oraz dziordan (koralikowy kołnierzyk). Włosy splecione w warkocze, upięte wokół głowy i przyozdobione białymi kwiatkami – opowiada Jadwiga Parecka. – Pan młody na głowie miał kapelusz przyozdobiony bukiecikiem z mirty i wstążką. Ubrany był w białą wyszywaną koralikami koszulę, skórzany kiptarek (kamizelka) haftowany kolorowymi nićmi, spodnie z sukna i kierpce – uzupełnia. Następnie przychodził młody z drużbami i kapelą. Zaproszeni goście siadali za stołem, a drużbowie szli przyprowadzić pannę młodą. Dopiero za trzecim razem przyprowadzali właściwą przyszłą żonę, która dawała młodemu koszulę, zakładała i przypinała mu kistkę – kokardę ze zwisającą wstążką i mirtą, a on dawał jej bukiet. Później następowało błogosławieństwo. – Młodzi klękali przed rodzicami i było tzw. odpytywanie. Najczęściej robił to starosta, który podpowiadał młodym regułkę, którą powinni byli zwrócić się do rodziców, sąsiadów i przyjaciół, by im przebaczyli wszystkie zniewagi i błogosławili na nową drogę życia – tłumaczy Czesław Najdek z zespołu „Watra”. – Rodzice błogosławili młodych chlebem i solą. Później formował się orszak weselny. Drużbanci prowadzili młodą, a drużki pana młodego. Dopiero po ślubie państwo młodzi wracali razem. Jeżeli było blisko do kościoła, to młodzi chodzili pieszo, a jeśli dalej, jechali końmi i furmanką. Zawsze było po dwóch drużbantów i dwie drużki. Starostami na weselu najczęściej byli świadkowie od bierzmowania. To oni siedzieli obok młodych na honorowym miejscu. Para młoda w pierwszym dniu nie tańczyła w ogóle. Dopiero po oczepinach był pierwszy taniec. Uważano, że jeżeli zatańczyliby wcześniej, to byliby nieszczęśliwi przez całe życie – dodaje pan Czesław.

    Huśpielina, bimber i strudle

    Po powrocie z kościoła rodzice witali młodych chlebem i solą, i rozpoczynało się wesele. Na uroczystości nie brakowało dobrego jedzenia i trunków oraz muzyki, którą zapewniała kapela. Na weselu obowiązkowo był m.in. rosół z makaronem, gotowane mięso drobiowe, kasza manna albo ryż, huśpielina (galareta), pierogi, strudle i bimber. Ważne były również prezenty, które dawano, nie tak jak dziś, zaraz po ślubie, ale dopiero w trakcie wesela. – Prezentami obdarowywała najbliższa rodzina, a do reszty gości podchodzili starostowie z talerzem, na który kładło się pieniądze. Starosta zanosił je młodym, a oni każdemu z osobna dziękowali. W darach natomiast dawano najpotrzebniejsze rzeczy, m.in. magielnicę, maselniczkę czy tarkę do prania. Obowiązkiem było też policzenie pieniędzy w trakcie wesela i ogłoszenie, ile i jakich prezentów młodzi zebrali – wyjaśnia Jadwiga Parecka. Wesele nie mogło obyć się bez bukowińskich tańców, m.in. takich jak: harkan, cioban, kundziela czy polka i syrba. Ważnym momentem wesela były również oczepiny. – Pannę młodą sadzano na putni – metalowym wiadrze i poduszce. Kobiety śpiewały obrzędową pieśń, zdejmowano młodej wianek i zakładano chustkę – symbol gospodyni i pani domu. Młody musiał podnieść młodą, by pokazać, że ją wykarmi. Kobiety natomiast brały poduszkę i tłukły starych kawalerów po kolei, żeby się jak najszybciej żenili – opowiada Czesław Najdek. – Na weselu było radośnie, bo to było okazja do spotkań, rozmów i biesiady, to było urozmaicenie szarego, ciężkiego życia. Wesele na Bukowinie trwało długo, bo aż tydzień. Dziś to inaczej wygląda. Kiedy wesele było krótkie, mówiono następujący wiersz: Co to za wiesiele, Kiedy jacy dwa dni. Aby było tydzień, Toby było ładni.

    Chciałabym takie błogosławieństwo

    Chociaż dziś wesela są już współczesne i młodzi rzadko ubierają się w stroje regionalne, to jednak w bukowińskich domach zachowały się pewne tradycje. – Młoda ubrana jest w białą suknię i welon, czasem we włosy ma wpięty kwiat. Tak jak kiedyś są drużbanci – zwykle są to najbliższe osoby. Czasem tych par jest nawet pięć lub sześć i jeszcze dodatkowo są świadkowie. Drużki są jednakowo ubrane – mają takie same bukiety i sukienki. Kolor strojów jest taki, jaki zażyczy sobie panna młoda – zwykle ten sam, który dominuje w wystroju sali. Młodych z domu zawsze wyprowadza orkiestra. Przeważnie jest marsz, a wcześniej pieśń na błogosławieństwo, podczas której wszyscy płaczą. Panna młoda musi też pamiętać, by do ślubu mieć zakryte ramiona – szalem lub bolerkiem – opowiadają Ania Chabiniak i Agata Stachowiak z zespołu „Watra”. Na współczesnym weselu zachowały się również bukowińskie tańce i przyśpiewki oraz kilka tradycyjnych dań jak strudel, andrut przekładany dżemem lub masą czy gołąbki i huśpielina. – Wesele trwa cztery dni. Przygotowania zaczynają się już w piątek. Później jest wesele i poprawiny, a następnie jeszcze poprawiny poprawin w poniedziałek, czyli podziękowania dla osób, które pomagały przy weselu. Na weselu młoda może tańczyć i bawić się, nie siedzi tylko za stołem, jak to było kiedyś – mówią Ania i Agata. Choć pewne tradycje zanikają, to jednak młodzi utożsamiają się z bukowińskim folklorem i chcą, by ich wesela również miały cząstkę dawnej obrzędowości. – Z tych wszystkich zwyczajów i tradycji najważniejsze jest dla mnie błogosławieństwo. Chciałabym, by na moim weselu było tak jak kiedyś, by był ten uroczysty i wzruszający moment – kiedy prosi się o błogosławieństwo, jest przepraszanie i dziękowanie – tłumaczy Ania Chabiniak. – Zaczyna się nową drogę życia i chce się wejść w nowe życie z czystym sumieniem. To dla mnie bardzo ważne, bo to jest nasza bukowińska tradycja – dodaje.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół