• facebook
  • rss
  • Dom już tylko w pamięci

    dodane 15.10.2015 00:00

    - Tego, co przeżyłam, nie życzę nikomu. To wiara trzymała nas przy życiu. Codziennie na Syberii klękaliśmy całą rodziną do modlitwy - mówi Janina Pińkowska z Koźli Kożuchowskiej.


    Województwo wileńskie, powiat mołodecki, gmina Raków, osada Adamaryn. To właśnie tam w 1931 r. na świat przyszła Janina Pińkowska. – Tato był na wojnie w 1920 roku. Po jej zakończeniu marszałek Józef Piłsudski każdemu żołnierzowi przyznał ziemię na Kresach Wschodnich. Tato wraz z innym 14 osadnikami trafił do Adamaryna – opowiada pani Janina. – Żyliśmy z uprawy ziemi. A ta była tam bardzo żyzna. Rodzice mieli 24 hektary. Uprawialiśmy niemal wszystko – wspomina.


    Dali nam 10 minut


    10 lutego 1940 roku, późny wieczór, łomot do drzwi. Pani Janina miała tylko 9 lat, ale tę chwilę zapamiętała na całe życie. – Mieliśmy 10 minut, żeby się spakować. Ale co można w tak krótkim czasie zabrać? Chleb rodzice mieli dopiero piec, więc nawet nie było czego wziąć do jedzenia. Każdy chwycił, co mógł – opowiada ze łzami w oczach.
Na Syberię wywieziono niemal całą rodzinę pani Janiny. – Było nas sześcioro rodzeństwa. Kiedy przyszli, to najstarsza siostra była u cioci, ale to było dosyć blisko, więc ją znaleźli i też zabrali. Natomiast brat pojechał w gościnę do dziadków, którzy mieszkali 50 km od nas i tam już został – tłumaczy mieszkanka Koźli. – Najpierw zawieźli nas do Krasnego nad Uszą. Tam był podstawiony pociąg. Ładowali nas po 45 osób do jednego wagonu. Byliśmy jak śledzie w puszcze. Na Ural jechaliśmy miesiąc i trafiliśmy do miejscowości Konny Dwor. Moi rodzice zostali skierowani do pracy w kopalni miedzi i złota. Mamusia była tam rok, ale zachorowała i nie mogła już dalej tam pracować, to dali ją do ogrodnictwa. Ojciec został w kopalni. Przychodził tak zmęczony, że po powrocie od razu kładł się spać. Pamiętam, że jak w pracy złamał nogę, to nie zawieźli go do lekarza ani do domu. Musiał sam przejść do domu 4 kilometry – dodaje.


    Głodowe przydziały żywności


    Na Syberii doskwierały zimno i głód. – Mieszkaliśmy w baraku, w którym były 24 mieszkania. Na każde dziecko rodzice dostawali 30 dkg chleba. Był też przydział – po 40 dkg kaszy, 40 dkg cukru i 40 dkg mięsa na miesiąc. Ale ani mięsa, ani kaszy nie dostawaliśmy. A jak Niemcy wypowiedzieli wojnę Rosjanom, to i cukier zabrali. Został nam tylko chleb i woda. Potem, jak została zawarta umowa Sikorski–Majski, to dano nam trochę wolności. Nawet można było wyjechać. I jak ktoś miał pieniądze, to jechał – tłumaczy pani Janina. – Wtedy też otworzyli polską szkołę. Wcześniej, przed wojną, zdążyłam skończyć tylko jedną klasę. Na zesłaniu musiałam chodzić do rosyjskiej, bo jakbym tego nie robiła, to by nam chleb zabrali. Nawet jak były mrozy po minus 45 stopni, to też szłam na lekcje – kontynuuje opowieść.
Rodzina Lipnickich została potem wywieziona na Ukrainę. – Tam już był ciepło, ale mieszkanko było tak małe, że mieściło się tam tylko jedno łóżko i piecyk – przypomina. – Na Ukrainie mama nie mogła pracować, bo bardzo chorowała. Pracowały za to dwie moje siostry. Tato też pracował, ale był strasznie wyczerpany po kopalni i nie mógł dźwigać żadnych ciężarów, więc kierownik zaproponował mu, żeby pasł krowy. Powiedział, że od każdej wydojonej krowy dostanie litr mleka i kilogram chleba na miesiąc. A że było ok. 60 krów, to codziennie były 2 kg chleba i 2 litry mleka. I tym się żywiliśmy – dodaje. 


    Wizyta po latach


    W końcu nadszedł upragniony czas wyjazdu. – Któregoś dnia przyszedł wojskowy oficer i powiedział, że kto chce jechać do Polski, to musi wyrobić dokumenty. Poszliśmy 25 km pieszo do najbliższego urzędu. Tam siedzieliśmy trzy dni – wspomina pani Janina. – Gdy z dokumentami wróciliśmy do domu, przyjechała furmanka. Wzięliśmy swój tłumoczek i pojechaliśmy na stację, gdzie podstawiono wagony. Do Polski też miesiąc jechaliśmy. Po przyjeździe powiedziano nam, abyśmy szukali sobie gospodarstwa, ale w wielu mieszkali jeszcze Niemcy. Pamiętam, jak tato powiedział: „Mnie wypędzili, ale ja nie będę nikogo wypędzał!”. My i jeszcze trzy rodziny zamieszkaliśmy najpierw na plebanii, w której wtedy nie było jeszcze księdza. Potem zwolnił się jeden dom i nam przydzielili to gospodarstwo – dodaje.
– W 1975 r. pojechałam do kuzynki do Mołodeczna, w rodzinne strony. Na miejscu powiedziałam, że chciałabym zobaczyć, jak wygląda teraz nasza osada. Zawiozła nas córka kuzynki. Poszliśmy odwiedzić jednego pana, którego Rosjanie nie wywieźli, bo nie był osadnikiem wojskowym. Mieszkał trochę dalej od Adamarynu. Jak kuzynka powiedziała, że jestem córką Marii i Michała Lipnickich, to ukląkł, przeżegnał się i popłakał, bo myślał, że nas wszystkich wtedy zabili. Po naszej osadzie nie było śladu. Mimo to wszystko pozostało w pamięci. Pokazywałam, gdzie stał dom, spichlerz, obory i stodoła. Do dziś wszystkie obrazy mam w pamięci – wspomina ze łzami pani Janina.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół