Nowy numer 16/2018 Archiwum

Wracam tam co roku

– Dopóki ojciec żył, mówił, że wrócimy do Rychcic. Nie wróciliśmy, ale przywiozłem stamtąd ziemię i wysypałem na jego grobie – mówi Jan Tarnowski.

Dziś przenosimy się do Rychcic. To wieś leżąca 5 km od Drohobycza. To właśnie tam zabiera nas dziś Jan Tarnowski z Zielonej Góry, choć tak naprawdę powinien nazywać się Tarnawski, ale to wynik błędu w metryce urodzenia.

Dom u podnóża góry

W czasach II Rzeczypospolitej w Rychcicach mieszkało 2 tys. osób. – Około 1200 Polaków i 800 Rusinów. Mówię Rusinów, bo nasi rodzice nigdy nie używali słowa Ukrainiec. Wieś dzieliła się na dwie strony: polską i ruską. Żyliśmy w zgodzie i dopiero wojna nas podzieliła. Jednak w naszej wsi banderowcy nikogo nie zamordowali – opowiada pan Jan, prezes zielonogórskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Andrzej Tarnawski, ojciec pana Jana, miał dwie żony. Z pierwszą miał troje dzieci: Janinę, Rozalię i Józefa. Gdy zmarła, ożenił się powtórnie. Z Katarzyną z domu Watral miał czwórkę dzieci: Jana, Marię, Zbigniewa i Kazimierza. – Ojciec początkowo pracował u hrabiego Bielskiego. Był stangretem, woził hrabiego bryczką na różne uroczystości. Później pracował w pobliskiej rafinerii nafty, tam gdzie zresztą większość mieszkańców Rychcic. Mama zajmowała się domem – wyjaśnia pan Jan. – Nasz dom był położony u podnóża góry. To była stara drewniana chata kryta strzechą, z glinianym klepiskiem. Dzięki pracy w rafinerii ojciec odkładał jednak pieniądze na budowę domu murowanego. Rolników było mało, ale prawie każdy miał swoje niewielkie pole. Mieliśmy pół hektara ziemi. Obok domu był strumień o nazwie Bar. Wiosną potrafił tak wylać, że zatapiał okoliczne łąki – dodaje.

Cudem uniknął śmierci

Spokojne życie przerwała wojna. Na początku Andrzej Tarnawski wraz z bratem Michałem należeli do Związku Walki Zbrojnej. – Niestety, ktoś zdradził i Sowieci szybko rozpracowali organizację. Kilku przywódców zostało skazanych na karę śmierci, a wiele osób aresztowano. Ojca nie złapali, ale musiał się ukrywać, bo ścigało go NKWD. Gdy przychodzili, matka mówiła, że ojca nie ma, bo poszedł na front. Dopiero jak przyszli Niemcy, to ojciec wyszedł z ukrycia i rozpoczął normalną pracę. Niemców, starych wermachtowców, którzy tam stacjonowali, dobrze wspominał, bo zawsze jak przyszli po jedzenie, to płacili – opowiada pan Jan. Aresztowania nie uniknął jednak stryj Michał, który był więziony w Samborze. – Gdy 22 czerwca 1941 Niemcy uderzyli na Rosjan, wszystkich więźniów w Samborze sowieci wyprowadzili na dziedziniec i rozstrzelali. Stryj Michał cudem uniknął śmierci. Kule go nie dosięgły. Leżał kilka godzin pod zwałami trupów. Gdy zapadła cisza, wyczołgał się spod ciał. Po kilku godzinach wstał i z innym rannym więźniem wrócił do domu. Musieli przejść ponad 20 km, ale obaj przeżyli – wyjaśnia. Wojna odcisnęła piętno także na Rychcicach i okolicy. W 1944 roku zbombardowano zakład przetwórstwa ropy naftowej, w którym pracował Andrzej Tarnawski. – Miałem trzy lata, ale dobrze to pamiętam. Biegliśmy z ojcem do schronu. W pewnym momencie zatrzymał mnie i powiedział: „Zobacz! Zobacz!”. A tam samoloty i lecące z nich bomby. To pamiętam. Wtedy zginęło ponad 600 osób... – opowiada.

W czerwcu jedziemy znowu

Rodzinne strony trzeba było opuścić, i to szybko. – Na początku 1945 roku już się pakowaliśmy. Front przeszedł, weszło wojsko radzieckie i ojciec dostał kartę mobilizacyjną. Opowiadał, że przyszedł oficer NKWD i mówił, że tu nie będzie już Polski, tylko ZSRR. I każdy, kto zostanie, będzie miał obywatelstwo rosyjskie. A kto nie chce, może wyjechać na Ziemie Odzyskane. Ojciec zdawał sobie sprawę, że jeśli pozostanie, NKWD prędzej czy później aresztuje go za działalność w Związku Walki Zbrojnej – wyjaśnia pan Jan. Mieszkańcy z Rychic rozjechali się w różne strony. Spora grupa dotarł do Drzonowa. Także rodzina Tarnawskich. – Jechaliśmy trzy tygodnie. Nie obyło się bez perypetii. Na Śląsku siostra poszła po wodę i pociąg już odjechał. Na szczęście dogoniła nas następnego dnia, innym transportem – opowiada zielonogórzanin. Pierwszy raz po wojnie pan Jan pojechał w rodzinne strony 13 lat temu. – Naszego domu już nie ma – mówi. – Ale wciąż czuję się tam jak w domu. Jestem zawsze przyjmowany jak w rodzinie. W polskich domach zamieszkali Łemkowie przesiedleni po akcji „Wisła” z Czerteża w Bieszczadach. Są bardzo gościnni i serdeczni. Jak pojechałem raz, to chciałem pojechać i drugi, i trzeci. Po prostu chwyciłem bakcyla. Zacząłem też działać w Towarzystwie Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Co roku robiłem pielgrzymko-wycieczkę. W zeszłym roku pojechaliśmy na poświęcenie kościoła we Lwowie. Obiecywałem sobie, że jadę ostatni raz, bo już człowiek coraz starszy, ale ciężko usiedzieć w miejscu. W czerwcu jedziemy znowu – dodaje z uśmiechem.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma