• facebook
  • rss
  • Łzy spadały na obraz Maryi

    dodane 05.05.2016 00:00

    – Całą nadzieję na`  zmianę straszliwych warunków pokładano w Matce Bożej, do której Polacy zwracali się w pokornej prośbie o ratunek. Ta nadzieja pozwalała ludziom walczyć o przetrwanie – mówi Rodrycjusz Gerlach z Lubska.

    Korzenia pana Rodrycjusza sięgają Podola. Urodził się we wsi Holendry. – To była polska wioska, która później zmieniła nazwę na Mazury. Do Podhajec, miasta powiatowego, mieliśmy dwa kilometry. Tam zostałem ochrzczony, tam chodziliśmy do kościoła i tam uczęszczałem do szkoły powszechnej – rozpoczyna swoją opowieść mieszkaniec Lubska.

    – Tato miał 15-hektarową gospodarką. Był też działaczem Stronnictwa Ludowego. Proszę nie mylić ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym utworzonym po II wojnie światowej. Mama była gospodynią i to ona rządziła domem. Tak żyliśmy na tym pięknym Podolu. Przepiękna kraina. Jak zamknę oczy, to wszystko widzę – dodaje.

    Sowiecki porządki

    Spokojny żywot trwał do połowy 1939 roku. – Wtedy byłem już w szóstej klasie i słuchałem, co dorośli mówią. A mówili, że będzie wojna i Hitler napadnie na Polskę. Niestety, okazało się to prawdą – opowiada pan Rodrycjusz. – Ale nikt się nie spodziewał, że 17 dni później napadną na nas Sowieci. Gdy wkroczyli, zaczęły się aresztowania. Szukali oficerów, prawników, nauczycieli, leśników, księży, lokalnych działaczy politycznych. Mimo młodego wieku to wszystko rejestrowałem w pamięci – dodaje. Najgorsze przyszło w nocy 10 lutego 1940 roku. Wtedy rodzinę Gerlachów obudził łomot do drzwi. – Tato szybko wstał i poszedł otworzyć. A tam stoi oficer sowiecki z pistoletem w ręku i krzyczy: „Wstawać i ubierać się!”. Przyszedł z dwoma pomocnikami. Powiedzieli, że mamy pół godziny na spakowanie i opuszczenie domu – opowiada mieszkaniec Lubska. – Tato domyślił się, że będą nas wywozić i kazał pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Mama nic nie mówiła, tylko zdjęła obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Modliła się, a jej łzy padały na ten obraz. Zdała sobie sprawę, że w tym momencie tracimy cały dorobek naszego życia – dodaje.

    40 deko chleba

    Podróż na Syberię w zatłoczonych po brzegi wagonach trwała miesiąc. – Już po drodze zaczęły się głód i choroby. Niektórzy nie wytrzymywali trudu i umierali w wagonach. Ich ciała trzeba było zostawić na przystanku, a pociąg jechał dalej. Nie wolno było ze zmarłymi jechać, ani ich pochować – opowiada pan Rodrycjusz. – Podążaliśmy cały czas na wschód i na wschód. Po 30 dniach dojechaliśmy do Krasnojarska. Stamtąd szliśmy za ciągnionymi przez małego konia saniami po zamarzniętym Jeniseju na północ. W Jenisiejsku nastąpiła zamiana furmanek, nas, niestety, nikt zmienić nie mógł. Nadal szliśmy na północ, z tym że teraz droga wiodła przez Wyżynę Środkowosyberyjską. W ten sposób dotarliśmy do Siewiero-Jenisiejska. Pokonaliśmy pieszo ponad 500 km! Nie był to kres naszej drogi. Byliśmy przeznaczeni do łagru NKWD usytuowanego w tajdze, oddalonego od Krasnojarska o ponad 700 km – dodaje. Docelowym przystankiem była Teja. – Tę nazwę nosiła rzeka, miejscowość i łagier. Tylko że łagier był oddalony od tej miejscowości o 20 km. To były dwa olbrzymie baraki w stanie surowym. Tam nas wszystkich umieszczono, a było nas ok. 500 osób – opowiada pan Rodrycjusz. – Wszyscy dorośli musieli chodzić do pracy przy wyrębie drzewa. Każdy pracujący dostawał 60 deko chleba, pozostali 30, a późnej 40 deko chleba. Poza tym nie mieliśmy nic i był straszny głód. W tym czasie dużo ludzi umierało. Jak obliczyłem, w tym łagrze zmarło ok. 50 osób – dodaje.

    Zostali na syberii

    Po zawarciu w 1941 roku układu Sikorski–Majski nie od razu mogli opuścić Syberię. – Podróż stamtąd była tak samo trudna i męcząca, jak przyjazd. Pieszo, tratwami, łodziami i statkiem rzecznym dotarliśmy do Krasnojarska, cierpiąc straszliwy głód. Stamtąd miejscowe władze skierowały nas do rejonowego miasta Ujar, oddalonego o 120 kilometrów. Zesłańcy, którzy tam dotarli, dostali pracę w miejscowej cegielni – opowiada pan Gerlach. W Uraju 24 grudnia 1942 roku zmarła mama pana Rodrycjusza. – Wkrótce straciliśmy także tatę. Tato był mężem zaufania delegatury ambasady polskiej w Krasnojarsku na rejon Ujaru. W czerwcu 1943 roku został w nocy aresztowany przez NKWD i w październiku skazany przez sąd w Krasnojarsku na karę śmierci przez rozstrzelanie. Oskarżono go m.in. o to, jak podano w akcie oskarżenia i wyroku, że „organizował zbrojne powstanie przeciwko Związkowi Sowieckiemu”. Tato zmarł w łagrze w Krasnojarsku. Na tej „nieludzkiej ziemi” umarł on, mama, dwóch braci i dwie siostry – dodaje ze łzami w oczach. Pan Rodrycjusz w 1944 roku poszedł do wojska. – Dopiero w 1946 roku zostałem zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Do 1949 roku mieszkałem w Lublinie. Siostry wyjechały na Ziemie Zachodnie. Pisały: „Przyjedź, przyjedź, będziemy razem”. No to wziąłem walizkę pod pachę i przyjechałem – mówi pan Rodrycjusz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół