• facebook
  • rss
  • Tożsamość z modlitewnika

    dodane 17.11.2016 00:00

    – Powrót do Polski zawdzięczamy Bożej opatrzności i naszym matkom – przyznaje Marian Szymczak.

    Mama była dzielną Polką. Wierzyła, że kiedyś nastąpi cud i opuścimy to miejsce zesłania. Modliła się o to codziennie do Matki Bożej i Serca Jezusowego – rozpoczyna swoją opowieść Marian Szymczak, prezes zielonogórskiego koła Związku Sybiraków. – Nas, jako dzieci, które na co dzień musiały mówić po rosyjsku, uczyła przez modlitwę i pieśni patriotyczne polskiej mowy. Mimo nacisków enkawudzistów, by przyjęła obywatelstwo ZSRR, kategorycznie odmówiła. Powiedziała, że jest Polką, a polska ziemia jest jej kochaną ojczyzną.

    Aresztowanie taty

    Maria Szymczak, z domu Skałecka, urodziła się 17 stycznia 1905 roku w miejscowości Kąkolewo k. Nowego Tomyśla. W 1929 roku wyszła za mąż za Ignacego Szymczaka, który pochodził ze wsi Łąki Wielkie k. Kościana i był uczestnikiem powstania wielkopolskiego. Oboje wyjechali na Kresy Wschodnie do miejscowości Krasne (powiat Mołodeczno). – Tato jako uczestnik powstania otrzymał od marszałka Piłsudskiego gospodarstwo w tej miejscowości. Najpierw pracował w wojsku, a potem w policji – wyjaśnia pan Marian, który przyszedł na świat w 1937 roku. Wcześniej urodzili się jego brat Mieczysław i siostra Zdzisława. Spokojny żywot przerwała wojna. Ojciec rodziny dostał się do aresztu. – Był więziony w Katyniu, a później w Kozielsku. Cudem ocalał. Kazali pokazać ręce. Jeśli ręka była spracowana, kazali iść na prawo, a jeśli delikatna – to na lewo i do rozstrzelania. Pytali też o udział w wojnie polsko-sowieckiej, ale ojciec zgodnie z prawdą powiedział, że był powstańcem wielkopolskim, a to ich już zupełnie nie interesowało. Później mój tata przeszedł szlak bojowy z armią Andersa, uczestniczył w bitwie o Monte Cassino. Otrzymał nawet Krzyż Virtuti Militari, który zabrali mu urzędnicy Bolesława Bieruta – wyjaśnia zielonogórzanin.

    Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet

    10 kwietnia 1940 roku o godz. 4 rano do domu Szymczaków weszli żołnierze sowieccy i jacyś cywile. – Sprawdzili swoją listę, kazali nam w 15 minut ubrać się i spakować. Mama nie wiedziała, co ma ze sobą zabrać. Wszystko leciało jej z rąk. Wtedy jeden z żołnierzy zapytał mamę, czy ma butelkę wódki. Kiedy ją dostał, kazał kolegom iść do innych domów sprawdzić przygotowania do wywózki. Gdy wyszli, czerwonoarmista powiedział mamie, że jadą na Sybir. Sam pomagał jej pakować walizki i kosze. Kazał ubrać dzieci bardzo ciepło, zabrać żywność i napoje. Wsadzono nas na wozy, zawieziono na stację Olechnowicze i tam załadowano do wagonu bydlęcego – kontynuuje opowieść. Podróż w strasznych warunkach sanitarnych trwała prawie miesiąc. – Nasze dwa wagony zatrzymały się w miejscowości Szczerbakty. Po rozładowaniu około 20 rodzin załadowano na dwa samochody ZIS-y i zawieziono do wioski Nazarowka, gdzie był kołchoz Krasny Agranom. Na placu, gdzie mieściło się Biuro Zarządu Kołchozu, przywitał nas przewodniczący zarządu wraz z grupą enkawudzistów: „Sobirajties, kto nie rabotajet, tot nie kuszajet. Waszej Polszy już nie budiet”. Mama, jako córka gospodarza, dostała pracę w kołchozie. Za ciężką pracę otrzymywała skromny pajok w postaci zboża z plewami, czasem – mleko dla dzieci. Dlatego przez prawie dwa lata nasza rodzina głodowała. – Prawdziwą katuszą były wszy i pluskwy. Przez nie Polacy mieszkający w kołchozie często cierpieli na tyfus i dur brzuszny. Zachorowała też nasza mama i tylko dzięki wiceprzewodniczącemu kołchozu została odratowana – opowiada pan Marian. – Mama, pracując dorywczo w kołchozie przy różnych pracach rolniczych, pokazała kołchoźnikom, że może wykonywać różnorakie zajęcia. Dlatego władze kołchozu zaproponowały jej pracę przy hodowli owiec i baranów. Kiedy mama pasła zwierzęta, mogła zbierać słonecznik i ziarna zbóż z kłosów. Mieliśmy swoje żarna, na których mełliśmy zboże. W ten sposób robiliśmy kaszę – do gotowania lub pieczenia placków zwanych „lepioszkami”. Na początku 1946 roku pojawiła się szansa wyjazdu dla zesłańców, którzy udokumentują swoje polskie obywatelstwo. – Dokumentem, którym posłużyła się mama, była ukryta w książeczce do nabożeństwa legitymacja organizacji kobiecej z jej zdjęciem i polskim orłem. Na początku maja 1946 roku została poinformowana przez władze sowieckie, że może wraz z rodziną wyjechać do swojej Polski – tłumaczy zielonogórzanin.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół