• facebook
  • rss
  • Jak dręczy sumienie, to słuchaj

    dodane 08.12.2016 00:00

    Nie chodził przez prawie 72 lata. Zegar z kościelnej wieży w Białkowie k. Cybinki dostał nowe życie. Ale drugą szansę zyskał nie tylko on.

    Staraniem proboszcza i wiernych parafii pw. św. Andrzeja Boboli w Białkowie krok po kroku miejscowa świątynia odzyskuje dawny blask. Teraz przyszedł czas na zegar, który wisi na kościelnej wierzy. Małego tego – już chodzi i wybija pełne godziny.

    Kawał rzemieślniczej roboty

    Zrobieniem nowego zegara na wzór starego zajął się stolarz Kazimierz Jurkowski, który pochodzi z Białkowa. – Dręczyło mnie sumienie, że nie mam jakiegoś widocznego wkładu w swoją miejscowość. Dowiedziałem się od księdza proboszcza, że nikt nie chce się podjąć rekonstrukcji starego zegara. A że lubię takie wyzwania i mam doświadczenie pracy przy renowacji antyków, to pasowało mi to zadanie – uśmiecha się pan Kazimierz i dodaje: – A zegar trzeba przyznać jest niesamowity. Wszystko z drewna, nawet cyferki był ręcznie rzeźbione. Rzadko można taką tarczę spotkać. Nawet konserwator to powiedział. Zostawiłem na półtora miesiąca inne prace i zająłem się tylko tym. Pan Kazimierz musiał wykonać trzy tarcze oraz drewniane żaluzje nad nimi. – Wszystko jest nowe i zrobione na styl starego zegara. Tarcze zostały wykonane zgodnie ze starą technologią, łączenia są zrobione na jaskółczy ogon. Pracy było sporo, po 7–8 godzin dziennie. Najwięcej czasu zajęło mi malowanie. Kolory są oryginalne. Przyjechał konserwator z Torunia, który po kolei odkrywał farby. Są cztery kolory: zieleń, czarny, złoty i biel łamana – wyjaśnia pan Kazimierz. – Potem trzeba było to wszystko zamontować. oczywiście sam bym nie dał rady, ale z pomocą pośpieszył pan Eugeniusz Niparko z Białkowa. Zegar już chodzi, ale nie ma, jak kiedyś, jednego centralnego mechanizmu – każda tarcza ma swój, sterowany przez satelitę. Wszystko już widział konserwator, który nie tylko nie miał żadnych uwag, ale spodobało mu się wykonanie i powiedział, że to kawał rzemieślniczej roboty.

    Każdy ma swoje dno

    Nie zawsze jednak życie pana Kazimierza było tak poukładane. Kiedyś z nim samym było jak z tym zegarem. – Piłem i trwało to dosyć długo. W tej chwili już prawie siedemnasty rok nie piję – zwierza się i kontynuuje: – Zaczęło się, jak odeszła żona. Później miałem poważny wypadek samochodowy. Praktycznie dwa lata byłem wyeliminowany z życia. Miałem nawet nie chodzić, bo tak byłem połamany. Leżąc w szpitalu obiecałem, że jak znów zacznę chodzić, pojadę do Częstochowy i Lichenia podziękować Matce Bożej. Jednak to doświadczenie nie wpłynęło na moje życie. Zacząłem chodzić, do Maryi nie pojechałem, a piłem dalej. Ale w końcu przyszedł moment otrzeźwienia. – Człowiek sięga dna i wtedy trzeba podjąć decyzję. Jak spotykam się z osobami mającymi ten sam problem, to mam takie powiedzenie: „Brakło odwagi, żeby się powiesić, nie było pieniędzy, żeby się zapić, no to trzeba było wziąć się za pracę” – opowiada pan Kazimierz. – Mamy grupę samopomocową AA. Teraz pomagam innym, nie ma dnia, żeby ktoś się nie zgłosił. U nas we wspólnocie mówi się, że staram się nieść posłanie. Jeśli ktoś się zgłasza z prośbą o pomoc, to nigdy nie odmówię nikomu. I zawożę na detoks, albo do terapeuty. W Częstochowie i Licheniu już byłem. Pan Kazimierz wie, że nie jest święty, ale dziękuje Bogu za trzeźwość i powoli układa swoje życie. – Dopiero na koniec zeszłego roku wyzerowałem swoje długi. Najbardziej pomogła mi siostra z mężem – przyznaje. – Nie mam gotowych recept, jak wyjść z nałogu, ale mam jedną radę. Najważniejsze jest przestać oszukiwać samego siebie. Dopiero wtedy idzie się do przodu – podkreśla zdecydowanie.

    Talent przekazać dalej

    O drewnie Kazimierz Jurkowski wie prawie wszystko. – Wezmę deskę do ręki i wiem czy jest dobra. Kiedy drzewo było ścięte, czy było sezonowane i jak przechowywane. Po prostu czuję moc albo słabość tej deski – mówi pan Kazimierz, który prowadzi swoją stolarnię. – W pewnym momencie zauważyłem, że stanąłem w miejscu. Znowu dręczyła mnie myśl, że tyle rzeczy umiem zrobić, a nikomu nie mogę tego przekazać. A mógłbym szkolić uczniów, ponieważ mam przygotowanie pedagogiczne i dyplom mistrzowski. Chciałbym to robić, bo dziś coraz mniej stolarzy to prawdziwi rzemieślnicy, którzy wiedzą, co to intarsja (sposób łączenia różnych gatunków drewna) czy inkrustacja (łączenie różnych materiałów np. drewna z metalem albo kością słoniową). Uczyłem się w dobrej szkole, gdzie nauczycielami byli prawdziwi rzemieślnicy. Wszystko robiliśmy ręcznie. Nawet teraz potrafię strugiem zrobić krzesło – tłumaczy stolarz. Pan Kazimierz zaczyna spełniać swoje marzenia. Prowadzi zajęcia artystyczne w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Cybince. – Mam też jednego ucznia w swoim warsztacie, który także ma trudną przeszłość. Chciałbym przekazać mu to, czego sam się nauczyłem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół