• facebook
  • rss
  • Serce zostało pod Drohobyczem

    dodane 08.12.2016 00:00

    – Z domu wyniosłam wiarę oraz zasady: nigdy nie kłamać i żyć w zgodzie z ludźmi – opowiada pani Józefa.

    W rodzinnym albumie starych zdjęć już nie ma, a było ich bardzo dużo. Niestety żadne się nie zachowało. – Ludzie bali się wywózki na Sybir. Brat mojego ojca był przed wojną oficerem. Jak ojciec dowiedział się, że nadchodzą Rosjanie, to zdjął wszystkie zdjęcia ze ściany i spalił. Tak było! Rosjanie robili łapanki na Sybir, a Niemcy do pracy do Niemiec – opowiada Józefa Wałaga, która dziś mieszka w Czechowie k. Gorzowa, ale dzieciństwo spędziła w Rychcicach k. Drohobycza. Jej brat Stanisław przynosi pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej: – To mi tylko zostało z dzieciństwa. Jak przyszliśmy z chłopakami po pamiątkę do księdza, to dał każdemu po dwa ciastka. A dziewczyny, które przyszły później, dostały już tylko po jednym – dorzuca ze śmiechem.

    Modlitwy już znaliśmy z domu

    Rychcice to wieś leżąca 5 km od Drohobycza (teren dzisiejszej Ukrainy). W czasach II Rzeczypospolitej mieszkało tu 2 tys. osób. – To była dużą miejscowość. Nasza wioska ciągnęła się przez 5 km, albo więcej. Na samym środku było skrzyżowanie i droga z Drohobycza na Sambor. Było chyba z pięćset numerów. Była część polska i część ukraińska. My mieliśmy swój kościół, a Ukraińcy swoją cerkiew. Żyliśmy osobno, ale w zgodzie – opowiada pani Józefa. Rodzice pani Stanisławy mieli gospodarstwo rolne. – Wszystko się wtedy uprawiało i z tego przez cały rok później się żyło. Od dzieciństwa już pomagaliśmy rodzicom, bo kiedyś to było coś normalnego – mówi mieszkanka Czechowa. – Oczywiście szkoła była najważniejsza. Mój ulubiony przedmiot to matematyka i język polski. Mieliśmy dobrych nauczycieli, którzy umieli trzymać dyscyplinę. Był taki nauczyciel, że jak przyszedł i kij położył na stole, to było słychać przelatującą muchę – wspomina. Kościół w każdą niedzielę był pełen, a księdza każdy szanował. – Niedziela to był naprawdę dzień święty. Nawet ścierki na sztachety nie można było tego dnia położyć – mówi pani Józefa. – A do Pierwszej Komunii Świętej przygotowywał mnie ks. Tomasz Jaroch. Po szkole mieliśmy zajęcia z religii. Modlitw nie musieliśmy się uczyć, bo dobrze znaliśmy je z domu. Mama wszystkiego nas nauczyła.

    Seria strzałów pod nogi

    Potem przyszła wojna. Do dziś pani Józefa ma w pamięci bombardowania pobliskiej fabryki Pol- min, czyli Państwowej Fabryki Olejów Mineralnych. – Dwa razy ją zbombardowali. Najpierw Niemcy na początku wojny, a później w 1944 roku Amerykanie – opowiada pani Józefa i kontynuuje: – Wojna była straszna. Codziennie człowiek żył w strachu, co będzie. Ludzie bali się Niemców, Rosjan, a potem także Ukraińców. Nasza wioska była duża i Ukraińcy bali się na nas napadać, ale pamiętam, że zabili naszego kościelnego, który mieszkał na skraju wsi. Wojna kojarzyła się też z głodem. – Pamiętam, jak w 1942 roku woda zalała nam kartofle, a resztę Niemcy zabrali. Nie było co jeść – wspomina pani Józefa, a pan Stanisław dodaje: – I jadło się zupkę z lebiody. A jak! Tak to było! Wojna miała jednak bardzo różne oblicza. – Pamiętam, że Rosjanie puszczali swoje filmy i jako mały chłopak chodziłem z ciekawości oglądać – opowiada pan Stanisław i kontynuuje: – Pamiętam też, że zbieraliśmy łuski od nabojów w miejscu, gdzie żołnierze urządzali sobie strzelanie. Jednego razu poszedłem nad rzeczkę. Siadłem na brzegu, a jeden z Niemców mnie zauważył i zaczął coś krzyczeć. Chyba miał sumienie, bo sypnął serię pod nogi, a nie we mnie. Z tego wszystkiego przewróciłem się. Zauważył to jeden z gospodarzy, który orał w polu i myślał chyba w pierwszej chwili, że nie żyję. Ocknąłem się i wstałem, a gospodarz zaczął krzyczeć najgłośniej, jak potrafił, żebym uciekał do domu. Z kolei pani Józefa zapamiętała, jak Niemcy się wycofywali. – Byliśmy w kościele na nieszporach. Nagle grupa Niemców weszła do środka. Ludzie nie wiedzieli, co się dzieje i byli przerażeni. Żołnierze podeszli do ołtarza i poprosili księdza do zakrystii. Chwilę potem ksiądz wrócił i powiedział: „Nie uciekajcie. Ci żołnierze to księżą i chcą odprawić Mszę św.”. Odprawili i potem poszli – opowiada pani Józefa.

    Podróż w węglarce na zachód

    Rodzinne strony opuścili w 1945 roku. – Rosjanie mówili, że jedziemy na Ziemie Odzyskane. Nikt nie wiedział, gdzie to jest i ludzie nie chcieli się na to zgodzić. Ale później Rosjanie zabrali mężczyzn z Polminu, żeby wziąć ich do wojska. Ale tych, którzy zapisali się na wyjazd na Zachód, wypuszczali. Więc ksiądz na kazaniu powiedział, że nie ma rady i trzeba się zapisywać. To ludzie się zapisywali, mając cały czas nadzieję, że nigdzie się stąd nie ruszą. Ale w końcu Ukraińcy przyszli pod każdy polski dom i kazali wyjeżdżać – opowiada pani Józefa, a brat dodaje: – Jechaliśmy cały miesiąc, w pięć rodzin, w jednej węglarce. Dojechaliśmy do Witnicy, a potem pojechaliśmy do Gorzowa Wlkp. Ze dwa tygodnie szukaliśmy mieszkania, bo wszystko było już pozajmowane. I tak w końcu dotarliśmy do Czechowa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół