• facebook
  • rss
  • Sakrament w ostatniej chwili

    dodane 15.12.2016 00:00

    Są jak położna przyjmująca na świat małe dziecko. Z tą różnicą, że pomagają dorosłemu człowiekowi przejść do życia wiecznego.

    Wolontariusze z Hospicjum Domowego św. Wincentego à Paulo w Słubicach pomagają swoim podopiecznym nie tylko przetrwać cierpienie tu, na ziemi, ale także być gotowym na przyjście Pana. – Hospicjum jest potrzebne i jestem przekonany, że jest to Boże dzieło. Oczywiście, śmierci nie zatrzymamy, ale wiele razy zdarza się, że osoby chore, dzięki posłudze wolontariuszy i księży, odchodzą z tego świata pojednane z Bogiem. Mało tego, towarzyszymy im nawet po ich śmierci. W każdy trzeci czwartek miesiąca na Mszy św. jest wspólna modlitwa za podopiecznych, wolontariuszy i tych, którzy już odeszli – opowiada ks. Tomasz Partyka CM, kapelan hospicjum i proboszcz parafii pw. NMP Królowej Polski.

    Pielęgnacja, rozmowa i bycie

    Inicjatywa zrodziła się sześć lat temu podczas misji świętych w słubickiej parafii księży misjonarzy. Wszystko po to, aby pomóc cierpiącym dotkniętym chorobą nowotworową oraz członkom ich rodzin. – Zaczęło się od jednego łóżka, a w tej chwili hospicjum dysponuje już ponad 90. Teraz nawet nie mamy łóżka do szkolenia, bo pojechało do chorego – tłumaczy Przemysław Szewieliński, prezes hospicjum. Placówka pomaga przede wszystkim osobom z chorobą nowotworową w stanie terminalnym, ale ze sprzętu korzystają również dzieci, osoby po udarach, rozległych złamaniach. – Dla przykładu mamy panią, której wypożyczyliśmy łóżko w 2010 roku i do dzisiaj na nim leży. Co ciekawe, mamy 40 wózków inwalidzkich i 50 balkoników dla seniorów, ale żadnego z tych sprzętów nie kupiliśmy. Ludzie nam to oddają, bo ufają, że przekażemy je dalej. To zaufanie wyraża się też w przekazywaniu 1 procenta podatku dochodowego – w tym roku otrzymaliśmy ponad 50 tys. zł. Ludzie chętnie nas wspierają także podczas kwest – wyjaśnia szef domowego hospicjum. Hospicjum oczywiście to nie tylko pomoc sprzętowa. Do dyspozycji chorych są wolontariusze, pielęgniarka, lekarze i kapelan. – Do chorych chodzi dwóch wolontariuszy albo pielęgniarka i wolontariusz. W zależności od potrzeb i naszych możliwości, to 3–4 wizyty w tygodniu. Pomagamy w pielęgnacji, ale także rozmawiamy i po prostu przebywamy z chorymi – wyjaśnia pan Przemysław. Wolontariusze cały czas się szkolą. To szczególnie ważne dla osób, które nie miały nigdy wcześniej doświadczenia pracy z chorymi. – Mieliśmy niedawno podstawowe szkolenie z toalety pacjenta. Niby wszystko proste, ale każdy się tego boi. Planujemy kontynuować to szkolenie, a także temat pielęgnacji odleżyn – tłumaczy pielęgniarka Krystyna d’Huet.

    Nie wyciszamy telefonu

    Hospicjum działa w dwie strony. To pomoc dla chorych i ich rodzin, ale także dla samych wolontariuszy. – Czemu tu jestem? Nie wiem, po prostu taką mam potrzebę. Bycie tutaj daje mi wewnętrzną radość, że można komuś pomóc. I czasem wchodzi się w sytuację, gdzie jest niemiło, nieciekawie, nie pachnie fajnie, a jednak człowiek, widząc chorego, uśmiecha się. To tak jakby dotykać Jezusa. Trudno o tym opowiadać, trzeba tego samemu doświadczyć – mówi pani Krystyna, a pan Przemysław dodaje: – Staram się widzieć zawsze w tej osobie cierpiącego Chrystusa, a kiedy z tą moją wiarą w danym dniu nie jest dobrze, to staram się widzieć siebie i zrobić dla tej osoby coś, co sam chciałbym otrzymać w takiej sytuacji. Daje to niesamowitego kopa. Są momenty, kiedy jest trudno, kiedy człowiek nie ma siły i chciałby zostawić ten telefon hospicyjny, żeby już nikt nie dzwonił, ale jest w nas odpowiedzialność za to, co powstało. Obecnie w domowym hospicjum jest ok. 20 wolontariuszy. Niektórzy kiedyś otrzymali wsparcie, a teraz sami pomagają. – Mój brat zachorował na raka. Dowiedziałam się o hospicjum. Przyszedł do nas lekarz, wolontariusze dali nam ogromne wsparcie. Zaangażowałam się na początku z chęci odwdzięczenia się, a później tak mnie to wciągnęło, że czerpię z tego radość – wyjaśnia Danuta Kudrelek. Z pomocy hospicjum przez sześć lat działalności skorzystało kilkaset rodzin. – Były też takie osoby, którym towarzyszyliśmy do samego końca – mówi pan Przemysław. Wolontariusze do każdego chorego starają się dotrzeć z Dobrą Nowiną, choć nie zawsze jest to możliwe. – Pamiętam podopiecznego, któremu zaproponowałem spotkanie z kapłanem. Ten pan początkowo oponował, ale spokojnie porozmawialiśmy i zgodził się. Następnego dnia wraz z kapłanem pomodliliśmy się wszyscy. Nad ranem ten pan zmarł. Takich sytuacji było dużo, kiedy w ostatniej chwili udało się zdążyć z sakramentami – zapewnia pan Przemysław.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół