• facebook
  • rss
  • Historia pewnej fotografii

    dodane 19.01.2017 00:00

    Bp Wilhelm Pluta regularnie odpoczywał w Tatrach, w Kirach. Ks. Jerzy Nowaczyk, zielonogórski duszpasterz akademicki, wiedział o tym i zaprosił biskupa do góralskiej chaty w Witowie-Roztoce na spotkanie ze studentami.

    Biskup Wilhelm przyjął zaproszenie ks. Nowaczyka i odwiedził nas. Dojście do naszego obozu nie było łatwe, trzeba było przejść po kamieniach przez górski strumień. Biskup Pluta zrobił to w sutannie, dostojnie.

    Letnia burza

    Problem pojawił się w drodze powrotnej, po spotkaniu. Po południu przeszła nad Doliną Chochołowską letnia burza, potok wezbrał i woda zakryła kamienie. Jedynym wyjściem z opresji było przeniesienie bp. Wilhelma nad rwącym strumykiem. – Z pomocą przyszli studenci, szczególnie „wielki Irek”, kolega, który miał ponad dwa metry wzrostu i był niezwykle silny, więc bezpiecznie przetransportowali szacownego gościa na drugi brzeg – wspominała Maria Łastowska. W pamięci uczestniczek spotkania w góralskiej chacie bp Wilhelm Pluta pozostał jako osoba reprezentująca Kościół „dostojny”, który odwiedził młodzież w nienagannej sutannie, a jednocześnie potrafił usiąść na prostej drewnianej ławce, popijać herbatę z metalowego kubka i miał zawsze w zanadrzu śmieszny dowcip. – Bp Wilhelm był świadomy godności, jaką obdarzył go Bóg, ale my również czuliśmy, jak powinniśmy się zachować względem biskupa, to był wzajemny szacunek i respekt. Nie było jakiegoś luzu, słuchaliśmy biskupa z ogromną atencją. Jeśli Kościół ma przetrwać, to właśnie dzięki ludziom, którzy żyją według ewangelicznych zasad – opowiada Elżbieta, studentka z fotografii, a jej siostra Maria dodaje: – Często ważniejsze od słów były gesty, zachowania. Były niezwykle czytelne, dało się wyczuć powściągliwość i zasady. Pamiętam, kiedy bp Pluta wszedł do izby, zapytał: „czy w tym pokoju ktoś śpi”? Chodziło o Mszę św., którą miał odprawić. Kiedy upewnił się, że nikt nie nocował, celebrował Eucharystię. Czytelne zasady bardzo mocno utkwiły w pamięci młodzieży.

    Woda ze strumienia

    Spotkanie sprzed 40 lat wywołało jeszcze wiele innych wspomnień. – Fotografia z bp. Wilhelmem Plutą z lipca 1977 r. przywołuje skojarzenia z atmosferą Tatr. Powracają zapachy, wspomnienia. Przede wszystkim czyste, ostre, górskie powietrze, po ulewnym lipcowym deszczu. Wiele czasu spędzaliśmy wtedy na górskich wędrówkach. Całodniowe wyprawy były czymś oczywistym – wspomina Elżbieta Łastowska. Studenci mieszkali w góralskiej chałupie w Witowie-Roztoce, która przez lata była w ciągłej budowie. „Sypialnia” dziewcząt była po prawej, a chłopców po lewej stronie poddasza, nad oborą z krowami. Z podwórka, odgrodzonego przez strumień od cywilizacji, rozciągał się widok na Dolinę Chochołowską i tatrzańskie szczyty. Zimna woda ze strumienia była doskonałym orzeźwieniem podczas porannej toalety oraz błyskawicznie przywracała siły po całodniowych eskapadach. Strumień zaopatrywał również studentów w wodę, którą gotowali na ognisku. Dyżurujący w kuchni musieli bardzo wcześnie rano rozpalić ogień, ugotować herbatę albo kawę zbożową, a następnie przez cały dzień pilnować żaru i przygotować posiłek na wieczór. Kucharze dwoili się i troili, żeby z ziemniaków i puszek mięsnych, właściwie jedynych dostępnych produktów, przyrządzić syty posiłek. Na zdjęciu w lewym dolnym rogu widać studenta w czapce kucharza. To obecnie jezuita o. Jerzy Konieczny, który postawił sobie za punkt honoru, że poprawi jakość obozowych posiłków. Swoje wysokie umiejętności zaprezentował podczas organizacji spotkania z bp. Wilhelmem Plutą, postarał się o białe obrusy i polne kwiaty oraz wyczarował ciasto.

    Lina z kurtek

    Po 40 latach wspomnienia życia w prostych warunkach są ciągle żywe. Młodzież wędrowała po Tatrach Wschodnich i Zachodnich. Nierzadko górskie wędrówki były pełne przygód. – Pamiętam przejście z Zakopanego na Murowaniec, następnie na Zawrat, Świnicę, dojście do Kasprowego i na koniec zejście do naszego obozu. Tego dnia spędziliśmy w górach ponad 13 godzin. Tę historię muszę opowiedzieć: na Koziej Przełęczy było jeszcze dużo śniegu. Doszliśmy do ogromnych śnieżnych języków i nie mieliśmy odwrotu. Wtedy ks. Jerzy Nowaczyk potrafił wyczarować „liny asekuracyjne” – wiązaliśmy kurtki i w ten sposób bezpiecznie pokonywaliśmy przeszkody. Albo w pewnym momencie, również na Koziej Przełęczy, trzeba było wspiąć się na drabinkę; byłam jedną z ostatnich asekurujących osób. Jedną z dziewcząt, na środku drabiny, zamurował atak panicznego strachu, nie mogła ruszyć ani w górę, ani w dół, straciła przez moment całkowitą kontrolę. Jeden z kolegów zachował na tyle zimną krew, że spokojnym głosem przekonał dziewczynę, że trzeba ruszyć do góry. Kiedy weszliśmy na górę, to poziom adrenaliny był tak wysoki, że musiałam wybuchnąć – opowiadała Elżbieta.

    Uśmiechnięte siostry

    W prawym rogu fotografii druga od lewej to Maria, a czwarta od lewej – Elżbieta. Siostry Łastowskie były od szkoły średniej mocno związane z duszpasterstwem akademickim prowadzonym przez ks. Jerzego Nowaczyka i jak przyznają, ich osobowości zostały w istotny sposób ukształtowane przez formację duchową. Obie skończyły studia medyczne. Elżbieta jednak zawsze marzyła o sztuce, malowaniu obrazów. Pracując na stażu w poznańskiej klinice ginekologicznej, młoda lekarka miała bardzo dramatyczne przeżycia. – Pracowałam na oddziale izolacyjnym, czyli oddziale aborcyjnym, gdzie wykonywano ok. 30 aborcji dziennie. Moim zadaniem było przeprowadzanie wywiadów przed zabiegiem. Niestety nie udało mi się odwieść od aborcji żadnej z kobiet, przez 3 miesiące nie miałam szans. Przy jednej z aborcji pojawiły się komplikacje, kobieta zaczęła umierać i lekarz krzyczał, że mam mu pomagać. Wtedy pomyślałam, że wszystko, albo nic, i zdecydowałam, że nie przyłożę ręki do aborcji. Po tym wydarzeniu zrezygnowałam z praktyki lekarskiej, wyjechałam do Anglii i studiowałam historię sztuki oraz malarstwo – mówiła Elżbieta. Prof. dr hab. Maria Łastowska była jedną z inicjatorek Niezależnego Zrzeszenia Studentów na poznańskiej Akademii Medycznej. – We wrześniu 1980 r. byłam już na ostatnim roku studiów, rozpoczęłam działalność w NZS, bo uważałam, że to był mój obowiązek – mówiła Maria. Na początku lat dziewięćdziesiątych organizowała działalność „Solidarności” w instytucie badawczym i tworzyła Izby Lekarskie. Wybrana do Naczelnej Rady Lekarskiej, uczestniczyła w Komisji Redakcyjnej tworzącej Kodeks etyki lekarskiej. Kodeks został zatwierdzony w 1991 r. Pracowała w Instytucie Pediatrii, a następnie wyjechała na stypendium naukowe i przez wiele lat prowadziła badania genetyczne nowotworów dziecięcych na angielskim uniwersytecie w Newcastle. Po kilkunastu latach pracy w Instytucie Genetyki Człowieka w 2011 r. wróciła do Polski i pracuje w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół