• facebook
  • rss
  • Buty dopiero przed kościołem

    dodane 26.01.2017 00:00

    – Człowiek tęskni do tej ziemi! Ubogo się żyło, ale szczęśliwie. Bogu dziękować! – mówi Władysław Jahołkowski.

    Jestem 23. rocznik. Już niedługo 100 lat – śmieje się Władysław Jahołkowski ze Starego Kisielina, który niedawno został włączony do Zielonej Góry. Jego rodzinne strony, które wciąż wspomina, to Jahołki k. Kobrynia (teren dzisiejszej Białorusi), oddalone obecnie o ok. 30 km od wschodniej granicy Polski. Na tych terenach obok siebie mieszkali w zgodzie m.in. Polacy, Rosjanie, Białorusini i Żydzi.

    Żyli z pracy rąk

    W domu pana Władysława było dziewięcioro dzieci. On urodził się przedostatni. Teraz żyje już tylko on. – Wtedy była straszna bieda. Żyliśmy z roli, mieliśmy nawet 20 ha ziemi, ale co z tego, jak ziemia była słaba. Było dużo piasków i bagien – mówi Władysław Jahołkowski, a syn Kazimierz dodaje: – Dziadkowie hodowali owce, choć to nie były najlepsze dla nich tereny. Głównie trzymali je dla kożuchów. Co rok przychodził Żyd i szył dla kogoś kożuch. Mama pana Kazimierza – Wacława także mieszkała w Jahołkach. – W samym centrum było kilkanaście domów. Natomiast większość wsi była porozrzucana w koloniach. Dziadkowie od strony matki mieszkali z drugiej strony Jahołek. Ich ziemia była znacznie lepsza – wyjaśnia syn i dodaje: – Mama opowiadała, że jej ojciec specjalizował się w serach, które dostarczał do majątku i z tego był konkretny grosz.

    Odmówił złożenia rosyjskiej przysięgi

    Spokojny żywot zniszczyła wojna. Gdy wybuchła, okolica stała się niespokojna. – Wszystkie wojny przechodziły właśnie tędy, bo dookoła były bagna, a tu był taki korytarz – wyjaśnia pan Kazimierz i kontynuuje: – Początkowo położony na uboczu dom mamy omijała wojna, ale do czasu. Zaraz po świętach Bożego Narodzenia w 1943 roku wkroczyło niemieckie wojsko, które zrobiło obławę na partyzantów. Kazali wszystkim wyjść na dwór i chwilę później cały ich dobytek stanął w płomieniach. Małego tego, wkrótce zginął dziadek. Pana Władysława Rosjanie zabrali do wojska. – Brat Stach uciekł i nie poszedł w kamasze. Natomiast ojca i drugiego brata wcielono do rosyjskiego wojska – wyjaśnia syn i kontynuuje: – Wywieźli ich daleko pod Moskwę. Najpierw był szkolony na obsługę działek przeciwlotniczych, a potem dostał inny przydział do ckm-u. Kazali im składać rosyjską przysięgę, ale zawsze odmawiali. W końcu trafili do Lublina i złożyli przysięgę, ale już w 2. Armii Wojska Polskiego. I od Lublina na piechotę doszli przez Szprotawę do Nysy. Przeszli rzekę i ojciec został ranny. W sumie w wojsku był do 10 lutego 1947 roku w Toruniu.

    Odnaleziona fotografia

    Przyszła żona pana Władysława przyjechała na zachód dokładnie 15 sierpnia 1945 roku. – Jechali przez Warszawę, Poznań i w końcu dotarli do Starego Kisielina i tu kazali wysiadać. Mama razem z drugą żoną dziadka (babcia zmarła w maju 1939 r.) i siostrą Bronisławą trafiły do Jan – opowiada pan Kazimierz i kontynuuje: – Jej siostra wyszła za mąż jeszcze w czasie wojny. Z tym wiąże się ciekawa historia. Do zdjęcia pojechali do Kobrynia i za jakiś czas mieli odebrać, ale już nie zdążyli, bo podczas nalotu został zburzony dom, w którym mieścił się zakład. Znajomy jednak wśród porozrzucanych zdjęć znalazł ich ślubne. Władysław i Wacława pobrali się 3 października 1947 roku. – Najciekawsze, że ślub kościelny był szybszy niż państwowy. Nawet nazwiska nie musieli zmieniać, bo mama i tato mieli to samo jeszcze przed zawarciem małżeństwa – wyjaśnia pan Kazimierz. Dziś Jahołek już nie ma. Zostały w pamięci ludzi tam niegdyś mieszkających i ich potomków. – Ja tam nie byłem, ale ojciec jeździł, mama też była 2 razy. W latach 70. składaliśmy się na remont kościoła w Kobryniu, w którym, z tego, co słyszałem, po wojnie zrobiono magazyn. Rodzice oczywiście też się dołożyli i ten kościół istnieje – opowiada pan Kazimierz, a tato zaraz dodaje: – Kościół był 7 km od nas w Kobryniu. Przed wojną na Mszę św. jechało się końmi, a później, jak żołnierze je zabrali, to na piechotę. Buty dopiero przed kościołem zakładaliśmy, żeby nie zniszczyć – opowiada pan Władysław.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół