• facebook
  • rss
  • Upodlić i zabić

    dodane 02.03.2017 00:00

    „Bardzo dziwne Wam będzie, że dopiero po upływie roku daję o sobie znać. Nie wierzcie w to, co Wam mówią. Nie martwcie się tym, że Ciocia umrze, trudno nie ma żadnego ratunku. Na razie jeść mi jeszcze dają, ale to już niedługo, już się kończy” – tak Bronek Kozak pisał do rodziców z więziennego szpitala.

    Bronisław Kozak, rocznik 1928, przyjechał do Szprotawy z okolic Lubartowa w styczniu 1948 r. Szukał szans na nowe, lepsze życie w powojennej Polsce. Próbując odnaleźć się w trudnych okolicznościach Polski Ludowej, zamieszkał u swojego wujka. Po kilku miesiącach przeniósł się do szkolnego internatu, bo najprawdopodobniej nie dogadywał się z krewnymi w kwestiach politycznych.

    Dwudziestolatek zapisał się do Gimnazjum Ogólnokształcącego, aby kontynuować naukę. Był zdolnym uczniem, w pół roku zaliczył program dwóch klas. Tylko 10 uczniów ze szkoły otrzymywało stypendium, a wśród nich – Bronek. Wiek młodzieży w szkole był bardzo zróżnicowany, uczniowie w wieku studenckim nikogo tu nie dziwili. Jak wspomina koleżanka ze szkoły, Bronek był bardzo wesoły, życzliwy, uczynny, z łatwością nawiązywał znajomości. Dobrą okazją do poznania nowych koleżanek i kolegów była pomoc przy nalewaniu czarnej kawy, którą uczniowie dostawali na przerwie. Chłopak miał fantazję i poczucie humoru. Pewnego dnia z zapałem rysował coś na kartce. – Zapytałam, co jest na rysunku, bo nie mogłam dokładnie zobaczyć. Odpowiedział poważnie, że to jadące samochody, ale niestety już przejechały i został tylko kurz – opowiadała z uśmiechem Halina Jaroszewicz.

    Antysystemowa działalność

    Bronek, podobnie jak wielu jego rówieśników, miał jasno sprecyzowane poglądy polityczne. Nie uznawał tworzącej się struktury państwa polskiego, opartej na zasadach komunizmu, oraz obecności wojsk radzieckich, które uznawał za nowego okupanta. Nigdy nie ukrywał antypatii do reżimowego systemu, a wykorzystując zdolności plastyczne, rysował niepodległościowe ulotki. Ochlapał farbą sztandar socjalistycznej młodzieżówki, a 30 kwietnia 1949 r. wspólnie z kolegami obrzucili żarówkami wypełnionymi atramentem emblemat ZMP w siedzibie Powiatowego Zarządu ZMP w Szprotawie. Bronek Kozak na pewno nie zdawał sobie sprawy, że jest obserwowany przez funkcjonariuszy UB, a jego zachowanie zostało ocenione i zakwalifikowane jako działalność, której celem było siłowe obalenie panującego systemu.

    Oskarżenie o morderstwo

    9 czerwca 1949 r., jak podaje akt oskarżenia, Czesław Suszko zobaczył nad Bobrem łowiącego ryby radzieckiego oficera Wasyla Adamowicza Żukowa. Wspólnie z Bronisławem Kozakiem uzbrojeni w pistolety zaczaili się i Kozak miał zastrzelić starszego lejtnanta Żukowa. Kilka lat później wojskowa prokuratura wyjaśniła sprawę zabójstwa radzieckiego oficera. Okazało się, że zastrzelił go rodak, mający romans z żoną Żukowa. Dla chcących wykazać się lojalnością funkcjonariuszy PUBP w Szprotawie, ustalenie faktów nie było priorytetem, pojawiła się natomiast okazja do rozprawienia się z „wrogami Polski Ludowej”. I faktycznie – w sierpniu 1950 r. przeprowadzono akcję aresztowań. Za kratki trafiło 30 osób, ks. Dominik Milewski – katecheta, trzech nauczycieli, w tym Aleksander Czajkowski – kierownik szkoły, i uczniowie najstarszych klas, wśród nich m.in.: Jan Bałazy, Laura Kotlińska, Bronisław Kozak, Czesław Suszko. Po przewiezieniu aresztowanych do Wrocławia rozpoczęło się wielomiesięczne brutalne śledztwo.

    Ostanie tygodnie życia

    W jednej celi spotkało się dwóch upodlonych chłopaków. – Bronek po ciężkim śledztwie, już z wyrokiem śmierci, wyglądał jak gimnazjalista. Ja półnagi, w kajdankach, ze słoikiem w ręce, do którego z drenu toczyła się ropa z rany po wyrostku. Obaj mieliśmy gruźlicę, przy czym ja tylko płuc, on jelit. Bronek udawał w więzieniu niemowę, myślał, że jeśli uznają go za chorego, to wykonanie wyroku będzie się oddalało i w końcu doczeka amnestii. Wierzył w to bardzo głęboko. O tym, że Bronek symuluje, doniósł jeden z więźniów. Tym samym pewnie przyczynił się do jego szybszego rozstrzelania. To więzienie to był koszmar. W tym samym czasie siedzieli w nim np. niemieccy oficerowie, członkowie NSDAP, a fryzjerem więziennym był pułkownik SA. Niemcy byli często traktowani lepiej od nas. Dla antypaństwowca stałą „atrakcją” było sadzanie na odwróconym krześle. Podczas jednego z przesłuchań włożono mi do ust lufę pistoletu i naciśnięto spust. Broń nie była nabita, ale trudno sobie wyobrazić, co myśli człowiek, który o tym nie wie i jest przekonany, że to ostatnia sekunda jego życia – opowiadał w wywiadzie z 2010 r. Tadeusz Mróz. We wrocławskim więzieniu na ul. Kleczkowskiej Bronisław Kozak był przesłuchiwany, bity, maltretowany i katowany przez kilka miesięcy. Nie miał szans, by skontaktować się z rodziną. W archiwach znaleziono tylko jeden gryps Bronka wysłany do rodziców ze szpitala więziennego. „Bardzo dziwne Wam będzie, że dopiero po upływie roku daję o sobie znać. Co do mnie proszę być dobrej myśli, ja czuję się dobrze. Nie wierzcie w to, co Wam mówią. Proszę Was, byście byli ostrożni, co do tego listu. Jak Wam wiadomo ciocia Rózia jest bardzo chora, także wkrótce zmuszony będę powrócić do domu, ponieważ za chwilę ona może umrzeć i nie będę miał u kogo mieszkać. U nas wszystko w porządku, lepiej nie trzeba, jak jest. Nie martwcie się tym, że Ciocia umrze, trudno nie ma żadnego ratunku. Na razie jeść mi jeszcze dają, ale to już niedługo, już się kończy”.

    Wyrok

    Skazani na śmierć siedzieli w celi na I piętrze, w bloku A2, gdzie przez całą dobę paliły się światła. – Tam, skąd wcześniej dochodziły nas krzyki skazanych wyprowadzanych na egzekucję. Ostatni akt odbywał się zawsze nocą, ok. godz. 23 na więziennym dziedzińcu – wspominał w jednym z wywiadów Jan Bałazy. Przebieg egzekucji odbywających się w więzieniu na ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu opisał ks. Jan Skiba, kapelan więzienny. Podejmując posługę kapelana, duchowny nie przypuszczał, że będzie świadkiem zbrodni. Za każdym razem przed wykonaniem wyroku śmierci kapelan dostawał niebieski kartonik z podanym terminem egzekucji, przy której miał być obecny. Rozstrzelanie jednego więźnia wykonywał trzyosobowy pluton egzekucyjny, a kiedy było trzech skazańców sześcio- lub dziewięcioosobowy zespół. Ksiądz Skiba wspominał, że wszyscy skazani, w większości bardzo młodzi ludzie, wykazywali ogromny hart ducha, wyglądali na pogodzonych z losem. W ostatniej chwili modlili się szczerze, prosząc kapelana, żeby był przy nich, w zasięgu wzroku, dopóki nie założą im na oczy opaski. – Któregoś razu było pięcioro skazanych. Wśród nich 18-letnia dziewczyna, która miała w kieszeni książeczkę do nabożeństwa i modliła się żarliwie. Zwykle rozstrzeliwano na dziedzińcu więziennym, wtedy jednak skierowano nas do jakiejś szopy. Ustawili ich przy filarach, opaska na oczy, ręce do tyłu. Prokurator odczytał akt oskarżenia i wyrok, a oni śpiewali „Pod Twoją obronę”. Podałem krzyżyk do pocałowania, a oni jak na komendę krzyknęli „Jeszcze Polska nie zginęła!”. W tej samej chwili oficer dał komendę do strzału. A potem jeden, jedyny krzyk – mamo!!! Ten okrzyk prześladował mnie po nocach, modliłem się za nich. Kilka dni po tamtej egzekucji, kolejna. Jeden z trzech skazańców był na noszach (istnieje duże prawdopodobieństwo, że mógł to być Bronisław Kozak). Kiedy prokurator czytał wyrok, lekarz zaoponował, wskazując na leżącego, że jest chory i zgodnie z prawem międzynarodowym nie można wykonać wyroku. Więźnia odesłano do celi, jednak po dwóch dniach znowu przyniesiono go na dziedziniec. Prokurator wymamrotał treść oskarżenia, jeden z plutonu egzekucyjnego podszedł z automatem w ręku i kilkakrotnie strzelił w okolice serca – wspominał po latach w audycji radiowej ks. Jan Skiba. Oczekujący w celi śmierci na wykonanie wyroku Bronisław Kozak i Czesław Suszko napisali prośbę do Bolesława Bieruta o ułaskawienie. Ułaskawiony został jeden ze skazańców, a Bronek został zabity najprawdopodobniej w styczniu 1952 roku. Szczegóły związane z egzekucją nie są do końca zbadane. Istnieje jeszcze wersja, że zmaltretowany i wycieńczony skutkami wielomiesięcznego śledztwa chłopak zmarł przed wykonaniem kary śmierci. – Nie dotarłem do dokumentów procesowych, do przesłuchań. Od roku czekam na udostępnienie dokumentów z wrocławskiego IPN, żeby rozwiązać wątpliwości – powiedział Marek Budniak, historyk.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół