• facebook
  • rss
  • Po polsku się oddychało

    dodane 20.04.2017 00:00

    „I choć Polska jest długa i szeroka, i wszędy są podobni ludzie, to jednak tamte lata przeżyte w domu rodzinnym, w tamtej rodzinnej wiosce, są dla mnie najmilsze” – przyznała w swoich wspomnieniach Maria Majcher- -Tarniowa.

    Pani Maria zmarła 22 lata temu, ale w ostatnich latach swojego życia zdążyła spisać pamiętnik, który dla najbliższych jest prawdziwą relikwią. Urodziła się w 1920 roku w wiosce Zabojki, położonej 7 km od Tarnopola (teren dzisiejszej Ukrainy). „Rodzice moi to bardzo religijni, z dziada pradziada Polacy, patrioci. (…) Różne pieśni patriotyczne czy opowieści historyczne znałam od młodych lat. I choć u nas w domu nie przelewało się, to Ojciec prenumerował gazetę »Wieś Polska«, a Mama »Rycerza Niepokalanej« i »Posłańca Serca Jezusowego«. Zdawało mi się, że w moim domu po polsku się oddychało” – tak rozpoczyna swoje wspomnienia pani Maria.

    Jak dzieci do Matki

    Pamiętniki pani Marii ukazały się w serii „Biblioteczka Podolska” w zeszycie nr 78. Jedno ze wspomnień dotyczy dorocznych pielgrzymek do oddalonego o 50 km Podkamienia, gdzie była świątynia ojców dominikanów, a w niej cudowny obraz Matki Bożej łaskami słynący. „Zawsze 29 czerwca rano podwozili pielgrzymów furami przez Dołżankę, Kolonię Sienkiewiczówkę, Kurowce, Załoźce do Seretca, a stamtąd na piechotę do wsi Palikrowy. Po drodze odmawialiśmy Różaniec, śpiewaliśmy pieśni maryjne i nad wieczorem zachodziliśmy na nocleg do jakiegoś bogatego gospodarza w Palikrowach (…). Raniutko wszyscy umyli się, uczesali i pożegnaliśmy miłych gospodarzy. Zaczynając śpiewać godzinki ruszyliśmy w drogę. Po niedługim czasie zobaczyliśmy wieżę kościoła w Podkarmieniu. Wszyscy poklękali i z daleka uczcili to święte miejsce. Każdy szedł do swojej ukochanej Opiekunki i Orędowniczki u Boga (…). Do tej pory pamiętam tę pieśń, jaką witaliśmy Matkę Bożą z Panem Jezusem na ręku, gdy na klęczkach ze łzami w oczach weszliśmy do świątyni: »Jak dzieci do Matki tu się garniemy/ Na tym świętym miejscu łaski pragniemy./ Śliczna, śliczna jak różany kwiat/ Matko w Podkarmieniu./ Niech Cię wielbi świat«”.

    Nie brakowało odważnych

    Szczęśliwe lata zmąciła wojna. Niebezpieczeństwo, jak się szybko okazało, nadeszło z każdej strony. Przekonali się o tym chociażby żołnierze wracający z kampanii wrześniowej. „Około 20 września 1939 r. na polu kopiemy ziemniaki i z daleka widać, jak przez pola idzie ktoś goły. Wariat, czy co? Całkiem nagi! Tylko czasy są apokaliptyczne. Nie wiadomo, co spowodowało, że on nagi idzie. Gdy podszedł bliżej, rozpoznaliśmy, że to z naszej wioski Ładzio Matusz. Wraca z wojny, ale w Szybalinie koło Rohatyna Ukraińcy obdarli go do naga, a on bał się już wstępować do chat. Idzie drugi dzień i noc goły. Niedługo znowu kilku żołnierzy wróciło i mówili to samo, że odzierano ich do naga, jak kto umiał pacierz po ukraińsku i umiał trzema palcami trzy razy przeżegnać się, to mu ubranie zmieniali na podarte cywilne, a jeśli nie umiał, to go mordowali, a w najlepszym wypadku szedł goły” – przywołuje wojenne losy pani Maria. Na szczęście nie brakowało ludzi odważnych, którzy w swoim życiu kierowali się dokładnie odwrotnymi wartościami niż wojenni oprawcy. Pani Maria wspomina Błażeja i Anielę Onycherów ukrywających ośmioro Żydów. „Ta odwaga i bezinteresowność zwykłych ludzi budziła podziw u sąsiadów, którzy wiedzieli, że tam ukrywają się Żydzi. Nikt z Polaków nie wydał, bo wiedzieli, co zrobili Niemcy w Chodaczkowie Wielkim. Jan Kliważ przechowywał kobietę i dwóch synów. Ktoś wydał. Przyjechało gestapo. 2 Żydów złapali w stajni, a Żydówkę w kuchni, nie zdążyła uciec. Kazali im pod progiem wykopać jamę i wszystkich troje rozstrzelali. Jaśka skatowali i zabrali na gestapo do Tarnopola. Miał być tam proces pokazowy, a potem publiczna egzekucja. Ale zaraz ks. Michał Karczewicz z Zabojek i ksiądz Stefan Chabło z Chodaczkowa jeździli, prosili i coś dali w łapę gestapo, że zmienili karę śmierci na dożywotnie więzienie” – tak opisuje to pani Maria.

    Dziwna rzecz

    Po wojnie nastał czas repatriacji do Polski w nowych granicach. Mieszkańcy z Zabojek jako ostatni wyjechali z rejonu Kozłowa. Na wagony do Polski musieli czekać w Tarnopolu dwa tygodnie. Wyjechali 16 października 1945 roku, a do Żar dotarli siedem tygodni później. „Z załadowaniem też były problemy. Na jedną lorę wyznaczyli 66 osób (…). W jednym wagonie jechały krowy, jedna przy drugiej, jeden na konie, jeden na wozy i narzędzia rolnicze, jak pługi, wozy, rozebrane na części. Dziwna rzecz: im więcej nas gnębią, tym ludzie są coraz więcej dla siebie życzliwi” – zauważyła pani Maria.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół