• facebook
  • rss
  • Przyspieszona Komunia

    dodane 01.06.2017 00:00

    – Wojna była straszna. Niech Pan Bóg broni! – przestrzega Maria Sylwestrzak, której wiele obrazów wojennych pozostało w pamięci.

    Pani Maria, która pochodzi z Draganówki k. Tarnopola, kontynuuje: – Mój dziadek nie umiał czytać ani pisać, ale znał wszystkie pieśni i modlitwy kościelne. Ja wszystkiego od niego się nauczyłam. Kiedyś wiara to było coś codziennego. Warto powiedzieć, że z naszej wioski było wiele powołań do kapłaństwa i zakonu. A w jednej z rodzin, wśród rodzeństwa, było czterech księży, cztery siostry zakonne i jeden policjant.

    Biała kawa i bułeczki

    Ale od początku: Maria Sylwestrzak, z domu Cymbała, urodziła się w 1933 roku. – Dziś to Ukraina, ale kiedyś to była Polska. Nasza wioska była bardzo duża. Mieszkali w niej Polacy i Ukraińcy. Przed wojną wszyscy żyli w zgodzie, żenili się i za maż wychodzili. Dopiero później ludzie się poróżnili – wyjaśnia ze smutkiem pani Maria, która mieszka dziś w Kamienicy nad Nysą Łużycką k. Trzebiela. Była jedynym dzieckiem Jana i Genowefy. Rodzina żyła z uprawy roli. – U nas ziemia była bardzo urodzajna, czarnoziem. Na wiosce nie było łąk, bo ludzie chcieli dobrze zagospodarować każdy kawałek ziemi – podkreśla Maria Sylwestrzak. – Tata uprawiał dużo konopi. Można powiedzieć, że dzięki temu wybudował nasz dom. Sprzedawał je na olej i włókna – dodaje. Spokojny żywot przerwała wojna. A ta nie oszczędzała ani rodziny pani Marii, ani innych mieszkańców wsi. W kwietniu 1944 roku przez naszą wioskę przechodził front. – Podczas walk mnóstwo domów zostało zniszczonych, wielu mieszkańców wioski zginęło. Gdy walki ustały, ksiądz zrobił dla dzieci Pierwszą Komunię Świętą. Brał tych, co mają pięć i dziesięć lat, bo mówił, że nie wiadomo, jak długo pożyjemy. Ja też wtedy po raz pierwszy przyjęłam Pana Jezusa do swojego serca. Pamiętam, że to była niedziela po Wielkanocy. Oczywiście nie było w co się ubrać, bo wszystko się spaliło. Nam z mamą zostało tylko to, co miałyśmy na sobie. Tata już wtedy był na wojnie. Nowych ubrań nie było ani gdzie kupić, ani za co. Było więc bardzo skromnie. Jak wyszliśmy z kościoła, to ksiądz zrobił nam niespodziankę i wystarał się, aby jakaś pani zrobiła dla nas białą kawę i takie bułeczki. Do dziś to pamiętam, taka radość była – opowiada pani Maria.

    Dzwony biły na alarm

    To nie był jednak koniec wojennej zawieruchy w Draganówce. – Wojna bardzo ciężko nas doświadczyła. W lipcu nadleciały samoloty i reszta wioski się spaliła – opowiada pani Maria. – Wtedy też zginęła moja ciocia. Sąsiadka trzymała u niej krowy i przyszła akurat je wydoić. W tym czasie ciocia zagniatała ciasto, bo chciała na kolację zrobić kluski. A sąsiadka nagle wpada do domu i mówi: „Chodź zobaczyć, jak nad Jaśkowym ogrodem lecą samoloty”. Jak wyszła przed dom, to akurat zaczęli strzelać i dostała odłamkiem. Zawieźli ją do szpitala, ale nie uratowali – dodaje. W czasie wojny ich życie było też niestety zagrożone ze strony sąsiadów. – Jak tylko banderowcy szli zabijać, to zaraz zaczynał dzwonić dzwon na kościele, żeby ludzie zdążyli się pochować. U nas we wsi było dużo więcej Polaków niż Ukraińców, ale mimo to było niespokojnie i niektórzy zginęli. Pamiętam, jak pod lasem całą rodzinę zabili, nawet trzyletnie dziecko – mówi ze łzami w oczach. – Mama i dziadek chcieli wykopać dół pod stertą siana, aby tam się chować, ale ktoś to zobaczył i powiedział: „Co wy robicie? Oni jak to zobaczą, to podpalą to razem z wami”. Dlatego w razie zagrożenia spaliśmy między wiśniami – dodaje.

    Poodmrażane nogi i ręce

    Niespokojnie było do samego końca. Dlatego sołtys w 1945 roku zabrał ludzi do oddalonej o 40 km Stryjówki, bo znowu front miał przechodzić przez wieś. – Gdzie sołtys pokazał, musieliśmy mieszkać. My trafiliśmy do jednej Ukrainki, u której okazało się, że mieszkają też banderowcy. Mówiła nam, że jak chcemy tu być i przeżyć, to mamy nic nie widzieć i nic nie słyszeć – opowiada pani Maria. – A jak chleba nie było, to mama szła 40 km do Draganówki. Dom babci ocalał, a tam były żarna oraz piec. Mama wiedziała też, gdzie dziadek zakopał zboże – dodaje. Przed wyjazdem na zachód rodzina pani Marii wróciła jeszcze do rodzinnej miejscowości. – Zaczęliśmy wyrabiać papiery, a jak już były, to musieliśmy czekać na swoją kolejkę. Mama już była od sierpnia w Tarnopolu zarejestrowana, ale wyjechaliśmy 1 listopada, a na zachód dojechaliśmy dopiero 6 stycznia. Taki był mróz, że miałam nogi i ręce poodmrażane. Najpierw trafiliśmy do Opola, gdzie pomogły mi siostry zakonne, a w 1947 roku przyjechaliśmy i osiedliliśmy się w Kamienicy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół